Eckersdorf Ciekawostki Historyczne Bożkowa i Okolic

  • Home
  • Eckersdorf Ciekawostki Historyczne Bożkowa i Okolic

Eckersdorf  Ciekawostki Historyczne Bożkowa i Okolic "Eckersdorf - Ciekawostki Historyczne Bożkowa i Okolic" to strona prowadzona z pasji do miejsc oraz ich historii.

Skupiający miłośników Bożkowa, Ścinawek, Ołdrzychowic Kłodzkich , Nowej Rudy i ich okolic.

ECKERSDORF / BOŻKÓWŚluby i polowania na dworze von MagnisówW czasach swojej największej świetności pałac w Bożkowie był ...
25/08/2026

ECKERSDORF / BOŻKÓW
Śluby i polowania na dworze von Magnisów

W czasach swojej największej świetności pałac w Bożkowie był rezydencją rodziny Magnisów – jednego z najważniejszych rodów arystokratycznych związanych z ziemią kłodzką. Magnisowie należeli do najbogatszych właścicieli ziemskich w regionie. W okolicy posiadali liczne majątki, między innymi w Ścinawce Dolnej, Ołdrzychowicach Kłodzkich i w Drogoslawiu.

Zgromadzony przez pokolenia majątek pozwalał im prowadzić życie odpowiadające pozycji społecznej i znaczeniu rodu. O życiu arystokracji w okresie poprzedzającym wybuch II wojny światowej wiele mówią zachowane relacje publikowane w prasie. Jednym z interesujących źródeł jest austriackie czasopismo „Wiener Salonblatt” (z października i listopada 1935 oraz z listopada i grudnia 1937), którego nazwę można przetłumaczyć jako „Wiedeński Dziennik Salonowy”. Pismo poświęcone było przede wszystkim życiu wyższych sfer, arystokracji, wydarzeniom towarzyskim, ślubom czy uroczystościom dworskim. Zamieszczane na jego łamach informacje pozwalają spojrzeć na przedstawicieli arystokratycznych rodów nie tylko przez pryzmat ich majątków i tytułów, lecz także codziennego życia, rodzinnych uroczystości i kontaktów towarzyskich.

Przed wybuchem II wojny światowej mieszkał w pałacu w Bożkowie hrabia Ferdinand von Magnis, syn Antona von Magnisa i jego małżonki Bianki, z domu Deym. Urodził się w 1905 roku w kiedy to pałac od kilku pokoleń pozostawał siedzibą jego rodziny. Podobnie jak wielu młodych arystokratów z jego pokolenia, Ferdinand otrzymał staranne wykształcenie. Lata nauki spędził między innymi w Monachium, gdzie studiował prawo. Edukację zakończył uzyskaniem tytułu doktora prawa.

To właśnie w Monachium doszło również do jednego z najważniejszych wydarzeń w jego życiu prywatnym. Hrabia Ferdinand von Magnis poślubił tam księżniczkę Marię Annę zu Löwenstein-Wertheim-Rosenberg , określaną w ówczesnych przekazach jako piękną młodą arystokratkę. Była ona najmłodszą córką księcia Aloisa zu Löwenstein-Wertheim-Rosenberg i jego małżonki, księżnej Josephine.

W monachijskim ratuszu odbył się 23 września 1935 roku ich ślub cywilny. Z tej okazji do miasta zjechała się liczna grupa arystokratów z Austrii, Czechosłowacji oraz ze śląskiej części Prus . W dzień wcześniej rodzina narzeczonych oraz goście weselni, a było ich około stu osób, zebrała się w hotelu „Hotel Vier Jahreszeiten". Odbyło się wówczas uroczyste przyjęcie. Po wykwintnym poczęstunku podanym w formie szwedzkiego stołu oddano się entuzjastycznym tańcom. Przyszła panna młoda ubrana w błękitną suknię wieczorową z trenem i diamentowym diademem. Wyglądała naprawdę olśniewająco. Inne damy również założyły drogocenną biżuterię, podkreślającą ich status społeczny.

Następnego dnia, 24 września 1935 roku, odbyła się uroczystość ślubu kościelnego. O godzinie 10.45 w kościele przy Neuhauser Strasse rozbrzmiały dzwony, oznajmiając rozpoczęcie ceremonii. W świątyni zgromadzili się liczni goście, wśród których znalazły się przedstawicielki rodzin arystokratycznych. W pierwszych ławkach zajęły miejsca babki cioteczne panny młodej: księżna Maria Anna von Luxemburg, księżna Karla Theodora in Bayern oraz hrabina Bardi. Gdy do kościoła wszedł kardynał Faulhaber, narzeczeni wraz ze swoimi gośćmi ruszyli w uroczystym pochodzie ślubnym.

Na jego czele szły druhny: hrabiny Camilla Pourtalés, Josefine Deym, Wilhelmine von Schaffgotsch oraz Marie Magnis, a także księżna Anita Löwenstein i hrabina Johanna Magnis. Za nimi podążał pan młody, prowadzony przez hrabiny Annę Magnis i Josefinę zu Eltz. Towarzyszyli mu drużbowie: hrabiowie Anton Magnis z Ołdrzychowic Kłodzkich, Hieronim Clary, Hubertus Deym, Franz Anton Kinsky, Anton Magnis junior oraz zu Eltz. Przed panną młodą kroczył jej bratanek, hrabia dziedziczny von Waldburg-Zell, który niósł jej ślubny bukiet. Ubrany był w żółty aksamit. Pannę młodą prowadzili książę Johannes Löwenstein oraz hrabia Wilhelm Magnis. Szczególną uwagę zwracał długi na 4 metry tren sukni panny młodej, który niosły małe hrabiny Josefina i Teresa von Waldburg-Zeil, koronkowym welonem, diademem oraz diamentami rodziny Löwenstein.. Dziewczynki prezentowały się niezwykle uroczo w długich, błękitnych sukniach.

Równie efektownie wyglądały druhny. Wszystkie ubrane były w dostojne suknie w żółtym kolorze, ozdobione dodatkami w tym samym odcieniu. Ich stroje uzupełniały niebieskie paski, diademy oraz pantofle. Jednolita kolorystyka i starannie dobrane dodatki sprawiały, że orszak druhen prezentował się niezwykle elegancko i malowniczo. Za panną młodą podążali rodzice młodych, a za nimi kardynał Faulhaber w towarzystwie pastora Ruperta Maiera. W ten sposób cały orszak dotarł do miejsca ceremonii, rozpoczynając uroczystość, która zgromadziła przedstawicieli kilku znamienitych rodzin arystokratycznych. Widok nowożeńców wywoływał powszechny podziw, który podzielali również mieszkańcy tłumnie zgromadzeni na ulicach. Już przed wyjazdem panny młodej z hotelu rozległy się liczne, serdeczne wiwaty i owacje, będące wyrazem sympatii i zainteresowania tym niezwykłym wydarzeniem. Po zakończeniu uroczystości wszyscy goście weselni zebrali się w hotelu „Vier Jahreszeiten”, gdzie odbył się uroczysty obiad weselny. Przyjęcie zostało mistrzowsko przygotowane i zorganizowane przez pana Walterspiela. Po zakończeniu weselnego obiadu nowożeńcy udali się samochodem w podróż poślubną do Włoch. Po powrocie z podróży zamieszkali w pałacu w Bożkowie, który odtąd stał się ich domem.

O częstych zmianach miejsca pobytu Magnisów regularnie donosiły dalsze numery gazety towarzyskiej. We wrześniu 1937 roku w Strážnicach odbyło się niemal tygodniowe spotkanie, w którym uczestniczyły zaproszone rodziny z Dolnego Śląska oraz pobliskich majątków. Wszystko to działo się jednak w czasie, gdy atmosfera polityczna stawała się coraz bardziej napięta. Mimo tych okoliczności przedstawiciele arystokratycznych rodzin nadal spotykali się, pielęgnując dotychczasowe zwyczaje i formy życia towarzyskie: „W okolicach rzeki Morawy, gdzie urodzajne, szmaragdowozielone łąki przeplatają się z różnorodnymi gatunkami drzew i rozległymi kompleksami leśnymi, wznosi się zamek w Strážnicach. Jego bryłę zdobi charakterystyczna wieża, której jasne mury lśnią w promieniach słońca.

Po dłuższej przerwie gościnna rezydencja hrabiego Magnisa ponownie zgromadziła liczne grono gości, którzy przybyli tu na dłuższy pobyt. Czekał na nich bogaty program różnorodnych i stylowych wydarzeń towarzyskich. Słońce świeciło na bezchmurnym, błękitnym niebie, a cała okolica tonęła w soczystej, letniej zieleni. Kiedy do zamku zaczęły przybywać pierwsze pojazdy, wkrótce jego dostojne mury wypełniły się radosnym gwarem i ożywieniem. Nie było w tym nic zaskakującego – już przed wiekami miejsce to stanowiło ważny ośrodek życia kulturalnego i towarzyskiego.”

“Tego dnia pod gościnne mury pałacu przybyli kolejni goście: hrabina Maria i hrabia Anton Magnis z Ołdrzychowic Kłodzkich, hrabia Joseph Schall-Riaucourt, baron Hans Wiedersperg, hrabiny Josephine i Julie, a także hrabia Leopold Deym oraz hrabina Nina Tolstoy. Z niewielkim opóźnieniem do zamku przyjechała swoim kabrioletem również księżna Helena Biron von Curland z Sycowa, której towarzyszył hrabia Georg Deym. Wkrótce potem dołączyła do nich hrabina Elisabeth Rességuier. Uczta trwała aż do godzin wieczornych. Przy stole wymieniano wesołe plotki z zaprzyjaźnionych dworów, a następnie pito szampana i bawiono się przy skocznych dźwiękach muzyki.

Następnego dnia goście udali się do pałacu hrabiego Seilern w Miloticach, gdzie zorganizowano polowanie na bażanty. W wyniku polowania, prowadzonego przez rozbawione towarzystwo, padło około 500 ptaków. Po zakończeniu polowania wszyscy powrócili do pałacu w Strážnicach. Tam z dużym zainteresowaniem oczekiwano niezwykłego wydarzenia, jakim było przybycie pana Davida Russella. Samo pojawienie się gościa nie byłoby zapewne czymś nadzwyczajnym, gdyby nie fakt, że przybył on z Londynu prywatnym samolotem, który właśnie lądował na pobliskiej łące. Tego samego dnia do grona gości dołączył również książę Johann Löwenstein-Wertheim-Rosenberg. Z okazji tak zwanego „wiejskiego święta” (fête champêtre) w winnicy hrabiego, słynącej z najlepszych zbiorów morawskiego wina, zgromadzili się przedstawiciele rodzin związanych z posiadłościami w Strážnicach, Miloticach, Lešnie oraz Buchlovicach. Zabawa trwała aż do wczesnych godzin porannych.

Wśród zgromadzonych gości, obok gospodarzy i ich rodzin, znaleźli się przedstawiciele czesko-morawsko-śląskiej arystokracji. Przybyli między innymi członkowie rodzin hrabiowskich Dobržensky, Thun, Haugwitz i Hoyos, przedstawiciele rodziny baronów von Loudon, contessa Henrietta Serényi oraz wielu innych gości, którzy przyjęli zaproszenie hrabiego Magnisa. Austriacką arystokrację reprezentowali baronowie Boe i Lexi Warsberg. Młodzi bawili się i tańczyli do wczesnych godzin porannych. Wykonywano zarówno tańce narodowe, jak i nowsze, bardziej nowoczesne formy taneczne. Muzykę zapewniał H. Arthur Preuss, który przygrywał na akordeonie.

Następny dzień upłynął na grze w tenisa w pałacach w Buchlovicach i Miloticach. Wieczorem młodzi, wciąż chętni do dalszej zabawy i tańca, udali się do zamku Lešna. Park rozświetlały prawdziwe japońskie lampiony, tworząc niezwykłą i malowniczą scenerię. Szczególne zainteresowanie wzbudziła kolekcja egzotycznych ptaków należąca do hrabiego Josepha Seilerna. Gospodarz z dużą uprzejmością i wyraźną chęcią prezentował gościom zgromadzone w swojej kolekcji okazy.

Atrakcje czwartego dnia skierowane były przede wszystkim do miłośników polowań. Zorganizowano polowanie na kaczki, które zakończyło się wspólnym spotkaniem przy herbacie. W międzyczasie do majątku przybył hrabia Ernst Stubenberg, który podróżował samochodem wyścigowym aż ze swojej posiadłości w Rumunii. Pojawienie się niezwykłego pojazdu stało się kolejną atrakcją dla zgromadzonego towarzystwa. Goście chętnie korzystali z możliwości przejażdżki samochodem wyścigowym, a panie reagowały na nie radosnym śmiechem i głośnymi piskami.”

Niestety, również wśród bogactwa i wytwornego życia nadszedł moment pożegnania: “W wytwornych salach pałacu w Strážnicach zebrało się tego wieczora znamienite towarzystwo. Przybyli goście, odziani w bogate i eleganckie stroje, zasiedli do kolacji przy licznych, gustownie przystrojonych stolikach. Podczas posiłku przygrywał wesoło cygański zespół. Po kolacji rozpoczął się uroczysty bal, na który przybyło jeszcze wiele innych osobistości. Gospodyni domu, hrabina Maria Anna, z właściwą sobie uprzejmością pełniła honory pani domu, podczas gdy hrabia Ferdynand dbał o podtrzymanie radosnego nastroju i przyjemnej atmosfery. Gościom zapewniono rozrywkę na wysokim poziomie. Szczególne zainteresowanie wzbudziły między7 innymi występy kabaretowe hrabiego Josepha Schalla, które nagrodzono gromkimi oklaskami. Wśród wieczorowych kreacji przybyłych dam szczególnie wyróżniała się suknia z organzy – cienkiej i przejrzystej tkaniny wykonanej z jedwabiu – pochodząca z domu mody Paquin, którą miała na sobie piękna contessa Elisabeth Rességuier. Uwagę zwracały również kolorowe suknie wieczorowe hrabin Seilern, pochodzące z jednego z najbardziej znanych ówczesnych salonów mody. Gustownie prezentowały się także księżna Helene Biron von Curland oraz hrabina Nina Tolstoy. Uroczystość okazała się niezwykle udana. Goście z entuzjazmem oddawali się tańcom aż do samego rana, a zabawę zakończyły tańce węgierskie i czeskie. Rankiem, wśród żartów, śmiechu i ogólnej radości, ale także ze smutkiem wynikającym ze świadomości szybko upływającego czasu, goście żegnali się z gospodarzami. Maria Anna i Ferdynand Magnis zapowiadali już kolejne spotkania, które miały odbyć się jesienią – tym razem w ich śląskich dobrach. Planowano tam polowania w lasach należących do majątku Magnisów.”

Historia ślubu Ferdinanda von Magnisa i Marii Anny zu Löwenstein-Wertheim-Rosenberg oraz późniejszych spotkań w Bożkowie i Strážnicach pozwala zajrzeć do świata, który na pierwszy rzut oka wydawał się trwały i niemal nienaruszalny. Był to świat wielkich rezydencji, rozległych majątków, rodzinnych więzi, wystawnych przyjęć, balów, polowań i licznych podróży. Zachowane relacje prasowe pokazują jednak nie tylko bogactwo i przepych, lecz także codzienność arystokracji – jej zwyczaje, kontakty towarzyskie i sposób spędzania czasu. Dziś, czytając te relacje z perspektywy czasu, szczególnie mocno uderza ich beztroski ton. Autorzy artykułów opisywali stroje, bale, muzykę, samochody, polowania i przyjazdy kolejnych gości, nie wiedząc jeszcze, że świat, który tak barwnie przedstawiali, wkrótce zacznie znikać. Pałac w Bożkowie, Strážnice i inne arystokratyczne rezydencje były wówczas miejscami spotkań ludzi należących do świata o wielowiekowych tradycjach. Kilka lat później rzeczywistość Europy miała się jednak zmienić nieodwracalnie.

„Bo każdy dzień jest częścią historii”
Krzysztof Kręgielewski
Eckersdorf- Ciekawostki historyczne Bożkowa I okolic
www.ciekawostki-bozkowa.com
wśród fanów
Obserwujący

RADKÓW / WüNSCHELBURGZakład zbrojeniowy Alberta C Patina w Radkowie. W samym sercu Wrocławia, przy zbiegu dzisiejszych u...
17/08/2026

RADKÓW / WüNSCHELBURG
Zakład zbrojeniowy Alberta C Patina w Radkowie.

W samym sercu Wrocławia, przy zbiegu dzisiejszych ulic Świdnickiej i Podwale, stoi budynek, którego trudno nie zauważyć. Renoma – dawny Dom Towarowy Wertheim – od blisko wieku jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów miejskiego krajobrazu.
Dziś kojarzy się przede wszystkim z handlem, elegancką architekturą i powojenną historią Wrocławia. Mało kto, przechodząc obok charakterystycznej fasady, zdaje sobie jednak sprawę, że w czasie II wojny światowej część tego budynku została włączona w system niemieckiej produkcji zbrojeniowej.
Kiedy 2 kwietnia 1930 roku otwierano we Wrocławiu Dom Towarowy Wertheim, był to prawdziwy symbol nowoczesności. Budynek zaprojektował berliński architekt prof. Hermann Dernburg dla żydowskiej rodziny Wertheim, prowadzącej jedną z największych sieci domów towarowych w Niemczech. Projekt wybrano w wyniku konkursu, w którym uczestniczyli także znani architekci, między innymi Theodor Effenberger, Erich Mendelsohn i Ludwig Moshamer. Skala przedsięwzięcia robiła ogromne wrażenie.
Nie był to jednak zwykły wielki sklep. Wertheim miał być kompletnym światem zamkniętym w jednym budynku. Wertheim miał być wizytówką nowoczesnego Wrocławia. Niestety w 1933 roku naziści przejęli władzę. Dla żydowskiej rodziny Wertheim rozpoczął się okres represji i stopniowego odbierania jej majątku, a w 1937 roku wrocławski dom towarowy został przejęty przez nowo utworzoną spółkę Allgemeine Warenhaus Gesellschaft AG, znaną jako AWAG.

Wraz z wybuchem II wojny światowej niemiecka gospodarka została podporządkowana potrzebom armii. Ogromne znaczenie zaczęły mieć nie tylko wielkie fabryki, lecz także niewielkie zakłady, warsztaty i pomieszczenia, które można było szybko przystosować do produkcji wojskowej. W ten system została włączona również firma Alberta Patina – Albert Patin Werkstätten für Fernsteuerungstechnik GmbH.
W 1938 roku Albert C. Patin założył własną firmę Albert Patin Werkstätten für Fernsteuerungstechnik GmbH z siedzibą w Berlinie (W 35, Woyrschstraße 13). Poufny, trzyliterowy kod produkcyjny zakładu brzmiał gzy (używano również oznaczeń A25 i N12). Przedsiębiorstwo zajmowało się produkcją precyzyjnych urządzeń elektromechanicznych i aparatury przeznaczonej między innymi dla niemieckiego lotnictwa. Wśród wytwarzanych urządzeń znajdowały się między innymi systemy nawigacyjne, kompasy oraz elementy automatyki i sterowania. Patin rozwijał także rozwiązania związane z techniką zdalnego sterowania.
W 1942 roku jedna z filii przedsiębiorstwa została uruchomiona we Wrocławiu. Produkcję umieszczono między innymi na dwóch górnych kondygnacjach dawnego domu towarowego AWAG. Historia firmy Patin nie kończyła się jednak na Wrocławiu. W 1943 roku zakłady firmy i miejsca produkcji były rozproszone w różnych częściach Rzeszy.

Wśród tych miejscowości znalazł się Wünschelburg — dzisiejszy Radków. Pod koniec sierpnia i na początku września 1943 roku zaczęły się wydarzenia, które na zawsze zmieniły charakter miejscowego przemysłu. Komisja, którym towarzyszył gauleiter Karl Hanke, wielokrotnie odwiedzała miejscowość, przygotowując przekształcenie istniejącego zakładu tekstylnego na potrzeby niemieckiej produkcji zbrojeniowej.
Pierwsze konkretne działania rozpoczęły się 9 września 1943 roku. Z fabryki pończoch w Radkowie zaczęto usuwać maszyny dziewiarskie. Urządzenia, które przez lata służyły do produkcji wyrobów tekstylnych, trzeba było w krótkim czasie wynieść z hal produkcyjnych i znaleźć dla nich miejsce składowania. Najpierw zapełniono nimi pusty strych lub spichrz suszarni i gorzelni Richtera. Kilka dni później, 15 września, jeden z wagonów kolejowych załadowano maszynami przeznaczonymi do transportu do Strehlen — dzisiejszego Strzelina. Opróżnianie zakładu nie ograniczało się jednak wyłącznie do maszyn. Usuwano również stoły, stołki, regały i inne wyposażenie. Prace przeciągnęły się aż do października. Mimo to już 17 września pierwsze pomieszczenia przekazano do nowego przeznaczenia.
W krótkim czasie fabryka, która wcześniej kojarzyła się z produkcją tekstylną, zaczęła funkcjonować jako zakład podporządkowany gospodarce wojennej. Nowym użytkownikiem części zakładu została berlińska firma Albert Patin. Przedsiębiorstwo zajmowało się produkcją z zakresu mechaniki precyzyjnej, a w Radkowie uruchomiono w jej ramach produkcję potencjometrów służących do sterowania samolotami. Była to produkcja wymagająca znacznie większej precyzji niż wcześniejsza działalność włókiennicza.
Pracownicy musieli wykazywać się zręcznością manualną, dokładnością oraz dobrym wzrokiem. Szczególną rolę zaczęły odgrywać kobiety, które w warunkach wojny coraz szerzej kierowano do pracy w przemyśle. Wśród pierwszych pracownic znalazło się osiem kobiet przyuczanych do zawodu, pracujących wcześniej w zakładzie. Zostały skierowane na przekwalifikowanie, aby mogły wykonywać zadania związane z nowym profilem produkcji.
Był to dopiero początek. Wiosną 1944 roku skierowano do Radkowa większą liczbę kolejnych wykwalifikowanych pracowników z zewnątrz. Na początku kwietnia przybyło pięćdziesiąt kobiet, które zakwaterowano w nowo wyremontowanym schronisku młodzieżowym na terenie kolonii Leśna. Jesienią 1944 roku sytuacja była już zupełnie inna niż rok wcześniej. W firmie Patin pracowało ponad 200 kobiet, a na początku 1945 roku zatrudniała około 450 osób. Tylko około 30 z nich stanowili mężczyźni. Oznacza to, że około 420 pracowników, czyli ponad 93 procent całej załogi, stanowiły kobiety.

Przekształcenie fabryki oznaczało konieczność rozwiązania problemu zakwaterowania i wyżywienia setek pracowników. Górne piętro miejscowego sądu powiatowego zostało zajęte przez firmę Patin i przystosowane do celów związanych z produkcją. Urządzono tam biura, w których organizowano i planowano pracę zakładu, w tym system dwuzmianowy. Z kolei gospodę „Zum weißes Lamm” — „Pod Białym Barankiem” — zamknięto jako lokal gastronomiczny i przeznaczono w całości na zakwaterowanie zagranicznych robotników. Podobnie wykorzystano dom młodzieży na przedmieściu. W dawnej hali mlecznej urządzono i rozbudowano kuchnię wspólnotową, która miała zapewnić wyżywienie rosnącej liczbie pracowników. Nawet odpady kuchenne nie mogły się zmarnować. Z resztek żywności powstałych w kuchni wspólnotowej urządzono specjalną tuczarnię świń na tyłach gospody.

Historia firmy Patin w Radkowie nie zakończyła się jednak wraz z kapitulacją Niemiec. Po zakończeniu wojny wyposażenie zakładu oraz zgromadzone zapasy zostały przejęte przez wojska radzieckie. Całość miała zostać skonfiskowana i wywieziona do Związku Radzieckiego. Nie był to przypadkowy rabunek wyposażenia opuszczonej fabryki. Związek Radziecki interesował się przede wszystkim technologiami, dokumentacją i rozwiązaniami technicznymi, które mogły mieć zastosowanie w jego własnym przemyśle. Dowodem na to jest zachowany dokument dotyczący zakładów Patin w Ścinawce Średniej, Szczytnej i Radkowie. 26 maja 1945 roku w Moskwie na Kremlu wydano uchwałę GKO nr 8751ss dotyczącą wywozu dokumentacji technicznej oraz urządzenia związanego z systemem sterowania „SAU-2”. Rozkaz nakazywał Ludowemu Komisariatowi Przemysłu Lotniczego pilne wywiezienie z zakładów lotniczych firmy Patin w Radkowie dokumentacji technicznej. Do Moskwy miało trafić pięć skrzyń zawierających rysunki i opis techniczny oraz jeden egzemplarz przekaźnika sterującego „SAU-2”. Materiały miały zostać przekazane do zakładu nr 122 Ludowego Komisariatu Przemysłu Lotniczego w Moskwie. To niezwykle ważny dokument, ponieważ pokazuje, że zainteresowanie radzieckich służb i przemysłu nie ograniczało się do samych maszyn. Interesowała ich wiedza technologiczna.

Renoma ma dziś około 100 lat. Jej fasada nadal przyciąga wzrok. Ale za jej murami kryje się historia, która pokazuje, jak szybko symbole nowoczesności mogą zostać podporządkowane wojnie – i jak ważne jest, aby pamiętać również o tych mniej widocznych miejscach, w których ta historia naprawdę się wydarzyła.

W artykule wykorzystano materiały źródłowe przechowywane w Archiwum Państwowym we Wrocławiu , z zasobów Bundesarchiv oraz Rosyjskiego Państwowego Archiwum Historii Społecznej i Politycznej.

Krzysztof Kręgielewski
Eckersdorf- Ciekawostki historyczne Bożkowa I okolic
www.ciekawostki-bozkowa.com
Wyświetl mniej

DZIKOWIECNiedokończona inwestycjaNa pierwszy rzut oka to tylko opuszczone hale, zardzewiałe konstrukcje i betonowe funda...
08/07/2026

DZIKOWIEC
Niedokończona inwestycja

Na pierwszy rzut oka to tylko opuszczone hale, zardzewiałe konstrukcje i betonowe fundamenty powoli zarastające chwastami. Gdy odwiedziłem teren dawnej budowy prażalni łupków ogniotrwałych w Dzikowcu koło Nowej Rudy, dzień był ciepły i iście wiosenny. Mimo to panująca wokół aura tylko potęgowała przygnębiające wrażenie, jakie sprawiały niedokończone obiekty i porzucone urządzenia. A przecież wiązano niegdyś z tym miejscem tak wielkie nadzieje – miała to być jedna z czołowych inwestycji przemysłowych w całym regionie. Miała...

Łupki ogniotrwałe, będące produktem ubocznym wydobycia węgla w kopalni „Nowa Ruda”, stanowiły cenny surowiec wykorzystywany do produkcji materiałów ogniotrwałych dla hutnictwa i przemysłu ceramicznego. Dotychczas trafiały do starej prażalni przy kopalni, która produkowała około 90 tys. ton prażonego łupku rocznie. Ze względu na zły stan techniczny i wyeksploatowanie zakład miał zostać zamknięty w 1978 roku. W tym samym czasie miała rozpocząć działalność nowoczesna prażalnia w Dzikowcu.

Opierając się na niezwykle optymistycznych przesłankach o rzekomo wielkich zasobach i łatwości pozyskania surowca, 9 stycznia 1969 roku Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów podjął decyzję nr 8/69 o budowie nowej prażalni łupków ogniotrwałych w Dzikowcu. Wyznaczono ambitne ramy: inwestycja miała kosztować około 600 milionów złotych, miała być ukończona w 45 mięsiącach, a docelowo miała produkować 220 tysięcy ton prażonych łupków rocznie. Inwestycję oddano pod pieczę Jaroszowskim Zakładom Materiałów Ogniotrwałych, ulokowanym ponad 70 kilometrów dalej, na północnym krańcu ówczesnego województwa wałbrzyskiego. Dla Jaroszowa miała to być dziejowa szansa – włączenie łupków obok glin do asortymentu oznaczało rozmach, wzrost produkcji i „wyjście na szerokie wody”.
Z opóźnieniem, bo dopiero jesienią 1974 roku, ruszyły prace budowlane. W tym samym czasie Zjednoczenie Dolnośląskie Przemysłu Węglowego oraz Zjednoczenie Przemysłu Budowlanego przypieczętowały warunki współpracy. Głównym dostawcą surowca miała być pobliska KWK „Nowa Ruda”. Roczne dostawy zakontraktowano na poziomie 500 do 600 tysięcy ton surowego łupku przy cenie gwarantowanej 600 zł za tonę.

W malowniczej kotlinie, wśród zalesionych wzgórz, rósł nowoczesny kombinat. Powstawały potężne hale, montowano ogromne piece obrotowe, oraz postawiano wielkie zbiorniki na mazut – jedyne odpowiednie wówczas paliwo.

Mimo to, pierwotny plan sfinalizowania budowy w 1978 roku okazał się całkowitą mrzonką. Harmonogram zaczął się sypać, a inwestorzy „zawalili” siedem kolejnych terminów oddania obiektu do użytku (w tym 49- i 59-tygodniowe terminy rozruchu). Dzikowiec zaczął kojarzyć się zaangażowanym w budowę ludziom i mieszkańcom z tasiemcową listą perturbacji i huśtawką nastrojów.

Prawdziwa katastrofa nadeszła jednak ze strony podmiotu, który miał być fundamentem sukcesu – noworudzkiej kopalni. KWK „Nowa Ruda” niespodziewanie ogłosiła, że zamiast planowanych 600 tysięcy ton surowego łupku, jest w stanie dostarczyć zaledwie połowę – około 300 tysięcy ton (a w kolejnych latach prognozy były jeszcze niższe). Oznaczało to, że nowoczesny gigant w Dzikowcu już na starcie wykorzystywałby swoje zdolności produkcyjne w zaledwie 50%.

Na dodatek wyszło na jaw, że obiecany surowiec jest nadzwyczaj marnej jakości. Łupki z Nowej Rudy nie zawierały wystarczającej ilości kluczowego trójtlenku glinu (tlenku glinu) oraz posiadały za to niedopuszczalnie wysokie, niszczące jakość stężenie związków żelaza. Jakby tego było mało, w obliczu kryzysu gospodarczego lat 70., ceny surowców oszalały. Kontraktowa cena łupku wzrosła z 1,6 tys. zł na starcie budowy do ponad 7 tysięcy złotych za tonę w ósmym roku prac (ponad 11-krotny wzrost względem pierwotnych założeń!). Gdy sporządzono bezwzględny rachunek ekonomiczny, prawda poraziła decydentów. Po pełnej przeróbce w Dzikowcu, jedna tona rodzimego łupku kosztowałaby około 30 tysięcy złotych. W tym samym czasie koszt sprowadzenia tej samej ilości doskonałego jakościowo łupku z Wielkiej Brytanii wynosił zaledwie 12 tysięcy złotych. Dzikowiecka prażalnia po prostu nie znalazłaby na rynku żadnego „jelenia” skłonnego kupić jej produkty.
Mimo piętrzących się problemów, maszyna budowlana parła do przodu siłą bezwładu, pochłaniając kolejne miliony. Jesienią 1981 roku decyzją rządu inwestycję ostatecznie wstrzymano i przewidziano do zaniechania.

Gdy zapadła ta ostateczna wyrokiem odmowna klamka, stan zaawansowania prac na budowie prezentował się imponująco i tragicznie zarazem: Zaawansowanie ogólne: około 70–72% inwestycji, w tym prace fundamentowe ukończone w 90%, konstrukcje stalowe zamontowane w 80%, hale produkcyjne w stanie surowym zamkniętym, montaż maszyn i urządzeń: wykonany w 80%, budynki zaplecza socjalno-bytowego były gotowe w 90% a pozostałe budynki kompleksu w 60%. Z łącznej liczby 70 obiektów tworzących potężny kompleks prażalni, aż 40 zakończono w całości. Na swoich miejscach stały gotowe m.in. dwa potężne, monumentalne piece obrotowe.

Do tamtego momentu wydano na budowę ogromne kwoty – w zależności od szacunków i urealniania cen w kolejnych latach, bezpośrednie nakłady wyniosły od 820 do 967 milionów złotych.
W 1983 roku Jaroszowskie Zakłady Materiałów Ogniotrwałych podjęły ostatnią rozpaczliwą próbę ratowania inwestycji z własnych środków, jednak z braku kapitału wystąpiły o kredyt do Narodowego Banku Polskiego. NBP, po chłodnej analizie, odmówił finansowania. Inwestycja w żaden sposób nie spełniała podstawowych kryteriów efektywności ekonomicznej.

W czerwcu kolejnego roku specjalna komisja międzyresortowa (złożona z przedstawicieli Ministerstwa Górnictwa i Energetyki oraz Ministerstwa Hutnictwa i Przemysłu Maszynowego) przedstawiła ostateczny raport. Aby w ogóle uruchomić prażalnię (według cen z 1982 roku), należało wpompować w sam zakład kolejne 1,3 miliarda złotych, a dodatkowo wydać 600 milionów złotych na modernizację kopalni Nowa Ruda, by ta mogła dostarczyć chociażby 410 tysięcy ton łupku rocznie. W realiach pogrążonego w kryzysie kraju zdobycie takich środków było całkowicie nierealne. Prażalnia stała się dla Jaroszowa ciężarem nie do uniesienia – przysłowiowym garbem.

Równie absurdalny okazał się projekt ratowania sytuacji poprzez budowę dodatkowego zakładu wzbogacania łupku. Koszt tej operacji oszacowano na astronomiczne 800 milionów złotych. Co gorsza, nikt z planistów nie wziął pod uwagę podstawowego faktu: do procesu wzbogacania łupku potrzebne są gigantyczne ilości wody, której w suchej okolicy Dzikowca po prostu nigdy nie było.

Na budowie ostatecznie położono krzyżyk. Cały majątek niedoszłego giganta, ujęty w księgach i oszacowany oficjalnie na 919 milionów złotych, został wystawiony na licytację.

Likwidacja i wyprzedaż idą niezwykle opornie. Choć początkowo brakowało chętnych na zakup niedokończonych obiektów, pojawiła się mała iskierka nadziei, że rozłożona na czynniki pierwsze prażalnia na coś się komuś przyda. Architekturę przemysłową zaczęto sprzedawać kawałek po kawałku: halę przygotowania produkcji wraz z zamontowanymi kruszarkami prawdopodobnie przejmą Wrocławskie Kopalnie Skalnych Surowców Drogowych, wielkie zbiorniki na mazut zamierza wykorzystać Centrala Produktów Naftowych (CPN), duże magazyny otwarte wraz z bocznicą kolejową ( około 8 km torów) przejmie Węglowe Zagłebie Wałbrzyskie, zaś suszarka – stabilizarka zakupi Zakłady Przemysłu Jedwabniczego „Nowar”

Historia prażalni łupków ogniotrwałych w Dzikowcu to bolesny podręcznikowy przykład tego, jak nie należy planować inwestycji. Przeświadczenie, że jakoś to będzie, brak rzetelnych analiz geologicznych, ignorowanie kosztów transportu oraz surowy dyktat ekonomiczny rynku zniszczyły projekt, który kosztował setki milionów złotych. Pieniądze te bezpowrotnie poszły w błoto – którego, ironicznie, w Dzikowcu nigdy nie brakowało.

W artykule wykorzystano materiały źródłowe przechowywane w Archiwum Państwowym we Wrocławiu oraz z czasopisma „ Sztandar Młodych” z 1984 r.

„Bo każdy dzień jest częścią historii”
Krzysztof Kręgielewski
Eckersdorf- Ciekawostki historyczne Bożkowa I okolic
www.ciekawostki-bozkowa.com

ALBENDORF / WAMBIERZYCEZapomniane miejsca straceń.  Wambierzyce kojarzą się przede wszystkim z bazyliką, pielgrzymkami i...
02/07/2026

ALBENDORF / WAMBIERZYCE
Zapomniane miejsca straceń.

Wambierzyce kojarzą się przede wszystkim z bazyliką, pielgrzymkami i niezwykłą historią śląskiej Jerozolimy. Niewielu jednak wie, że przez stulecia funkcjonowały tu również miejsca wymierzania sprawiedliwości – pręgierz oraz szubienica. Dziś nie pozostał po nich niemal żaden ślad. Ich lokalizację zdradzają jedynie dawne mapy oraz archiwalne dokumenty.

Od średniowiecza aż po czasy nowożytne kara śmierci przez powieszenie należała do najczęściej wykonywanych wyroków za kradzieże, rozboje, zdradę czy bunt przeciwko władzy. Była to kara szczególnie hańbiąca, dlatego miejsca egzekucji wybierano nieprzypadkowo. Szubienice stawiano najczęściej na wzgórzach, poza murami miast, przy uczęszczanych traktach, aby już z daleka przypominały podróżnym o konsekwencjach łamania prawa. Podobną funkcję pełniły place miejskie.

Jednym z symboli dawnego prawa w Wambierzycach był pręgierz. Niestety historia tego obiektu nie została dotąd dokładnie opracowana. Jedyny jego bardziej szczegółowy opis odnaleźć można w czasopiśmie Die Grafschaft Glatz z 1914 roku. Pręgierz miał formę antycznej kolumny i stał w samym centrum miejscowości – obok mostu św. Jana Nepomucena oraz Studzienki Matki Boskiej. Służył jako miejsce publicznego wykonywania kar i upokarzania skazanych. Jego historia zakończyła się tragicznie 16 maja 1858 roku. Tego dnia do Wambierzyc przybyły tysiące pielgrzymów z całego regionu. Podczas wieczornego nabożeństwa tłum naparł na stojącą kolumnę. Konstrukcja zawaliła się, zabijając pielgrzyma z Grodkowa. Ofiarę pochowano na miejscowym cmentarzu, a wydarzenie zapoczątkowało tradycję corocznych majowych nabożeństw odprawianych przez pielgrzymów z Grodkowa. Po katastrofie zdecydowano o rozebraniu pręgierza, a fragmenty kolumny zostały wykorzystane jako materiał budowlany i wmurowany w gospodę „Zum Löwen” („Pod Lwem”), mieszczącą się w dzisiejszym budynku mieszkalnym przy ul. Noworudzkiej 2.

Dzisiaj dawne miejsca straceń, takie jak szubienice, najczęściej ukryte są pod warstwami ziemi, gruzu lub porośnięte lasem. Niekiedy ich istnienie zdradzają jedynie nazwy terenowe, takie jak niemieckie Galgenberg – „Góra Szubieniczna”. Dzięki tej nazwie mogłem odnaleźć miejsce dawnej szubienicy. Pomocne okazały się rękopiśmienne mapy z XVIII wieku przechowywane w Staatsbibliothek zu Berlin – Preußischer Kulturbesitz, które udostępnił mi Marek Nuckowski.- administrator forum Strażnicy Czasu. Jedna z nich, datowana na 1747 rok, wyraźnie zaznacza miejsce straceń. Porównanie jej z dokładniejszymi mapami XIX wieku – z 1725 roku oraz z 1770 roku – pozwala z dużym prawdopodobieństwem wskazać lokalizację szubienicy, podobnie jest również w przypadku mapy katastralnejz roku 1900. Znajdowała się ona na przedłużeniu dzisiejszej ulicy Świerkowej, w kierunku Studzienna. Obecnie jest to teren niezabudowany, wykorzystywany rolniczo.

Na podstawie materiałów Archiwum Archidiecezjalnego we Wrocławiu oraz Archiwum Państwowego we Wrocławiu udało się ustalić nazwiska kilku katów pełniących służbę w Wambierzycach:
Gregor Gruber (przed 1664 r.),
Christian Khün (przed 1697 r.),
Hans Carl Wachßmann (1706 i 1711 r.),
Franz Johann Niegel (1736 r.),
Martin Grubert (1746 i 1751 r.),
Gottfried Niegelen,
Franz Ignatz Birko (1771–1778),
Franz Altvater (od 1778 do co najmniej 1791 r.).

Należy wspomnieć, że mistrz katowski obsługiwał zwykle kilka okolicznych miejscowości, a w mniejszych ośrodkach zatrudniał swoich pomocników – półkatów lub rakarzy, tak też było w Wambierzycach. W Archiwum Państwowym we Wrocławiu możemy znaleźć dokumnetację mówiącą, że od 1671 roku kat z Ząbkowic Śląskich Christoph Franz Kuhn sprawował nadzór również nad Otmuchowem, Radkowem i Wambierzycami. W Wambierzycach zatrudniał rakarza, który pilnował szubienicy, usuwał padlinę z dróg i ulic oraz wykonywał inne prace uznawane za nieczyste. Nie posiadał jednak prawa do samodzielnego wykonywania wyroków śmierci.

Archiwalne dokumenty pokazują również codzienne problemy katów. Możemy je poznać dzięki dokumentów archiwalnych z akt miasta Radkowa. W piśmie z 16 lutego 1656 roku radkowski kat Christian Kuhn skarżył się, że jego dom jest w tak złym stanie technicznym, iż dalsze mieszkanie grozi katastrofą budowlaną. Na mapach można go jako dawna katownia, opisując to miejsce słowem „Scharfrichter” (kat). Z wynika, że miejscowy kat posiadał własny majątek ziemski. Z pisma datowanego na 16 lutego 1656 roku dowiadujemy się, że dobra te znajdowały się w fatalnym stanie technicznym. Ówczesny właściciel i mistrz katowski, Christian Kuhn, argumentował w nim, że dalsze zamieszkiwanie w dotychczasowym miejscu stało się wręcz niebezpieczne. Z tego powodu już lata wcześniej otrzymał on od radkowskich rajców parcelę na przedmieściu. Choć w planach była budowa nowych obiektów, kat przed rozpoczęciem jakichkolwiek prac chciał formalnie usankcjonować grunt jako swoją prywatną własność. Decyzja w tej sprawie zapadła błyskawicznie – 19 lutego 1656 roku starosta wyraził zgodę na przekazanie ziemi pod budowę w prywatne ręce mistrza, zastrzegając jednak, że wszelkie koszty inwestycji kat musi pokryć z własnej kieszeni. Co ciekawe, inne dokumenty ujawniają, że mistrz Kuhn posiadał na przedmieściach Wambierzyc jeszcze jedną, odosobnioną nieruchomość. W przeszłości służyła ona jako dom kata, a Kuhn zamierzał ją po prostu wymienić na nową parcelę. W rezultacie otrzymał od władz nową parcelę na przedmieściu, na której miał wznieść dom na własny koszt.

Katowskie rzemiosło było również przedmiotem sporów. W 1738 roku kłodzki kat Franz Anton Hillebrandt wystąpił do władz z protestem przeciwko planom powierzenia wykonywania egzekucji w Wambierzycach miejscowemu rakarzowi oraz katowi z Broumova.
W zachowanym piśmie, który miałem okazję zobaczyć dzięki uprzejmności dr hab. Danielowi Wojtuckiemu - historykowi i archiwiscie, adiunktowi w Zakładzie Historii Polski i Powszechnej XVI–XVIII w., w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Wrocławskiego , kłodzki kat przekonywał, że od niepamiętnych czasów wszystkie egzekucje na terenie hrabstwa kłodzkiego wykonywali wyłącznie kaci miejscy z Kłodzka, co jak wiemy było nieprawdą. Domagał się więc zachowania swoich przywilejów i odebrania tych uprawnień konkurencji. Dokumentacja sporu przechowywana w Archiwum Państwowym we Wrocałwiu opisuje cały jej przebieg: „Do Wielce Czcigodnego, Wielce Szanownego, Mądrego tudzież Wielce Uczonego Magistratu. Przedkładam niniejszym uniżenie moją prośbę jako tutejszy kłodzki kat, Frantz Hillebrandt, jako że doszły mnie wiarygodne wieści, iż Jego Ekscelencja i Łaskawy Pan, Pan Hrabia von Götzen, ma intencję wznieść, zatwierdzić i postawić szubienicę (sąd wysokiej instancji) w swoich prywatnych dobrach w Albendorfie [Wambierzycach], a wykonywanie tamtejszych egzekucji powierzyć albendorfskiemu hyclowi lub też katowi z Braunau [Broumova]. Jednakże tego rodzaju egzekucje w całym tutejszym hrabstwie [kłodzkim] nigdy nie były wykonywane ani przeprowadzane przez hycla, ani też takowy urząd nigdy hyclowi nie przysługiwał, ani nie był mu powierzany. Tym bardziej nigdy nie sprowadzano do takich czynności zagranicznego kata z Braunau. Przeciwnie – odkąd tylko ludzka pamięć sięga i dopóki hrabstwo kłodzkie istnieje, wszystkie egzekucje na jego obszarze były sprawowane i wykonywane wyłącznie przez kłodzkiego kata miejskiego. Wobec tego zmierza moja uniżona prośba do Wielce Czcigodnego i Chwalebnego Magistratu, aby zechciał najłaskawiej interweniować u Jego Ekscelencji i Łaskawego Pana, Pana Hrabiego von Götzen, tak aby wspomniane egzekucje w Albendorfie nie były powierzane tamtejszemu hyclowi, a tym bardziej zagranicznemu katowi z Braunau, lecz zostały przyznane i zagwarantowane wyłącznie kłodzkiemu katowi miejskiemu. A to z tego względu, jak wyżej wspomniano, że od niepamiętnych czasów wszelkie czynności egzekucyjne oraz inspekcje szubienic były doprowadzane do skutku i sprawowane przez kłodzkiego kata, i na to zawsze zezwalano. W zamian za co zobowiązuję się również ponieść wszelkie niezbędne koszty w miarę moich możliwości oraz nimi zarządzać. Pokładam ufność w mojej prośbie i pozostaję Wielce Czcigodnego i Chwalebnego Magistratu najbardziej uniżonym Frantz Anton Hillebrandt, Kat tutejszy [w Kłodzku]”.

Po dawnym pręgierzu nie pozostało nic poza nielicznymi przekazami, a miejsce szubienicy od ponad dwustu lat jest zwykłym polem uprawnym. Jednak stare mapy, archiwalne dokumenty i zachowane źródła pozwalają odtworzyć zapomniany fragment dziejów Wambierzyc. To przypomnienie, że nawet miejscowości kojarzone dziś wyłącznie z pielgrzymkami i religijnym kultem miały również swoje mroczne oblicze. Historia wymiaru sprawiedliwości, katów i miejsc straceń stanowi nieodłączną część przeszłości dawnego hrabstwa kłodzkiego i zasługuje na pamięć równie mocno, jak dzieje jego świątyń i pielgrzymek.

„Bo każdy dzień jest częścią historii”
Krzysztof Kręgielewski
Eckersdorf- Ciekawostki historyczne Bożkowa I okolic
www.ciekawostki-bozkowa.com

Address


Alerts

Be the first to know and let us send you an email when Eckersdorf Ciekawostki Historyczne Bożkowa i Okolic posts news and promotions. Your email address will not be used for any other purpose, and you can unsubscribe at any time.

Contact The Organization

Send a message to Eckersdorf Ciekawostki Historyczne Bożkowa i Okolic:

Shortcuts

  • Want your organization to be the top-listed Government Service?

Share