09/01/2026
Redakcja i Biblioteka.Kraków się cieszy, gdy Autorzy z publikacji radzi.
A było to tak. Pewnego dnia wpadłem na pomysł, że jako ktoś kto interesuje się historią Krakowa, powinienem porozmawiać z Aleksandrem Kobylińskim, w mieście znanym powszechnie jako „Makino”. Ostatni bard uliczny Krakowa, wyśpiewujący dawne krakowskie melodie, ostatni, który w takiej formie kultywował miejski folklor, andrus zwierzyniecki z krwi i kości, ten sam, który z ułańską fantazją wjechał niegdyś konno do budowanego Hotelu Cracovia.
Nasza pierwsza rozmowa telefoniczna nie należała do najprzyjemniejszych. Makino był podejrzliwy, a ja długo nie potrafiłem mu wytłumaczyć, że nie jestem dziennikarzem, tylko historykiem. W końcu jednak zgodził się na spotkanie.
Przychodzę na umówione miejsce - i od razu pierwszy strzał:
- Frajer czy kapuś?
- Nieee… historyk! - odpowiadam bez wahania.
Zaczęliśmy rozmawiać i wspominać; pierwsze lody szybko zostały przełamane. Po chwili to Makino zaciekawił się mną i zaczął wypytywać, kim jestem i „za kim trzymam” - bo w Krakowie, jak wiadomo, zawsze trzeba być za „kimś”, i niekoniecznie musi chodzić wyłącznie o Cracovię albo Wisłę.
Mówię więc, że pracuję w muzeum, że interesuję się Krakowem i że piszę biografię Karola Estreichera. Kobyliński aż zaświeciły się oczy:
- klarnecie złamany, przecież jo debiutowałem przed Estreicherem! Estreicher, jako znawca Krakowa, musiał w ogóle zaakceptować to, co śpiewam o mieście. Musiał uznać, że to się mieści w kanonie i dać mi coś w rodzaju imprimatur. I rzeczywiście dał.
Dopytuję o jego wspomnienia związane z Estreicherem, ale opowieść jakoś nie chce się ułożyć. W końcu Makino mówi:
- Słuchaj, ja ci zaśpiewam piosenkę, która oddaje wszystko o Estreicherze.
Chwycił gitarę i zaczął grać "Walczyk z hejnałem". Padły między innymi takie słowa:
Kraków to miasto mych marzeń i snów,
jestem szczęśliwy, że widzę go znów,
dniem i nocą hejnał mariacki brzmi,
Kraków to miasto najdroższe mi.
Po chwili dodał:
- Jak piszesz o Estreicherze, to pamiętaj: możesz go sobie opisywać jako uczonego, historyka sztuki, ale przede wszystkim to było dziecko Krakowa. On był krakowocentryczny. Był wiernym synem Krakowa. Rozumiesz? Jak to sobie poukładasz, to napiszesz o nim takim, jakim naprawdę był.
Z tymi myślami pisałem niniejszy artykuł dla Rocznik Biblioteki Kraków (link do tekstu w komentarzu).
Niestety, Makina nie ma już dziś z nami. Obiecał, że na premierze książki „zagra” na gitarze swój popisowy numer, czyli odtworzy dźwięk dzwonu Zygmunta. Nie zdążył.