10/10/2024
Mitologia słowiańska - dlaczego nie została spisana? Zapraszam do czytania
DLACZEGO MITOLOGIA SŁOWIAN NIE ZOSTAŁA SPISANA?
(fragment książki Michała Łuczyńskiego "Mity Słowian. Śladami świętych opowieści przodków")
Głównym i niewątpliwie najważniejszym pytaniem towarzyszącym współczesnym badaczom i rekonstruktorom mitologii słowiańskiej jest to: „Dlaczego nie zachowało się nic z mitologii słowiańskiej?”, inaczej mówiąc: „Jak to się stało, że mity słowiańskie nie zostały utrwalone na piśmie?”. Podstawowa trudność, przeszkoda dla badań wiąże się bowiem z faktem, że nie dysponujemy żadnymi zapisami słowiańskich mitów, a z perspektywy badacza – nie dysponujemy materiałem mownym, na którym można by się oprzeć, badając i usiłując zrekonstruować mitologię Słowian.
Są tacy, którzy brak własnej „mitografii” Słowian wiążą z postępami chrystianizacji – to ona miałaby wcześnie zahamować możliwość utrwalenia na piśmie przekazu tradycji. Jeszcze inni tłumaczą to wybitnie aktywną rolą Kościoła w zwalczaniu i niszczeniu „pamiątek przeszłości”, za sprawą której nie ocalał w pamięci ani jeden mit słowiański, co ma być główną przyczyną niemal powszechnej niewiedzy o naszych kulturowo-wierzeniowych korzeniach. Szczególnie szeroko rozpowszechniony jest ten drugi punkt widzenia, popularyzowany dodatkowo przez niektóre najnowsze opracowania dotyczące mitologii Słowian. Nie ma potrzeby dyskutowania z tym, że zaprowadzenie chrześcijaństwa wpłynęło na przerwanie ciągłości dawnych wierzeń, jednak domniemana rola Kościoła w nie-utrwaleniu bezsprzecznie istniejących tradycji mitycznych Słowian to tylko jedna strona medalu.
Należy bowiem pamiętać o tym, że Słowianie byli społecznością, która swe tradycje przekazywała wyłącznie ustnie. Pod tym względem literatura słowiańska doby plemiennej była wybitnie oralna. Tradycja rodowa miała u Słowian to do siebie, że pozostawała w rodzie i nie przypadkiem od momentu wprowadzenia chrześcijaństwa w X w. do „buntu Masława” (pocz. XI w.), a nawet do czasów późniejszych (XII–XIII w.), gdy jeszcze – jak się wydaje – możliwe było utrwalenie na piśmie części dawnej tradycji rodowej, nie znalazł się w Polsce nikt, kto by pomyślał o tym, by nauki ojców przelać na pergamin i tak przekazać dla potomności. Nie stało się to także na Pomorzu i na Połabszczyźnie, gdzie religia pogańska żyła i walczyła aż do końca XII w., ani później, gdy wśród ludności słowiańskiej, poddawanej silnej germanizacji na Połabiu i Łużycach w ciągu kolejnych dziesięcioleci i wieków od dawna znane musiało być pismo i nie zachodziły żadne obiektywne przeszkody, aby to i owo z dawnej tradycji uratować od zapomnienia. Przypadek? Wydaje się raczej, że reguła.
A przecież – trzeba zauważyć – pogańscy Słowianie na Połabiu zetknęli się z pismem już w połowie X wieku (co odnotowuje kronikarz Thietmar), co więcej – pewna część z nich musiała opanować umiejętność czytania i pisania, skoro przed bitwą w 970 r. śpiewano „Kyrie eleison”, odczytując tekst z kartek, a jednak historia milczy o tym, by jakiekolwiek utwory literatury ustnej Słowian połabskich czy pomorskich zostały przez nich samych kiedykolwiek spisane. Mimo że musieli się zetknąć z kulturą piśmienniczą, a kapłani pogańscy – jak donosi Thietmar – opatrywali posągi bóstw w świątyni w Radogoszczy podpisami, nie pomyślano o utrwaleniu tej wiedzy na pergaminie. Inaczej niż u misjonarzy nowej religii, w społeczności pogan najwyraźniej nie było tradycji przekazywania treści ważnych z punktu widzenia utrwalenia i przekazu kultury na nośniku materialnym. Najwidoczniej więc nie odczuwano takiej potrzeby, a skoro nie było potrzeby – nie czyniono tego, polegając na własnych umiejętnościach „mnemotechnicznych”. Optyka „historyczna” pogańskiego Słowianina najprawdopodobniej zatem nie wybiegała ponad to, co dostępne pamięci „tu i teraz”, na potrzeby ustnego przekazu międzypokoleniowego. Nie przypadkiem wszystko, co wiemy na temat wczesnych słowiańskich tradycji dynastycznych i rodowych, a częściowo – również mitologicznych – zawdzięczamy nosicielom kultury piśmiennej: mnichom-kronikarzom (Kosmas z Pragi u Czechów, Gall Anonim u Polaków, Nestor na Rusi). Elity pogańskie Rusi, Pomorza i Połabia X–XII w., pomimo niewątpliwego dostępu do pisma (łacińskiego, cyrylicy) i możliwości w zakresie utrwalenia przekazu kulturowego, nie pokusiły się choćby o próbę stworzenia namiastki, jeżeli nie swoistej mitografii, to choćby zapisu tekstów literackich jakiegokolwiek rodzaju. Na Rusi, gdzie możliwości po temu były zapewne dużo większe, a klimat bardziej sprzyjający niż na Zachodzie, jedynym przykładem tego typu jest poemat „Słowo o wyprawie Igora” (ok. 1190 r.), który jednak jedynie nawiązuje stylistyką do poezji drużynniczej „typu pogańskiego”, której być może ostatnim reprezentantem był półlegendarny poeta Bojan. Wcześniej na pomysł utrwalenia utworów literatury ustnej na piśmie wśród pogańskich kapłanów ani wędrownych poetów nie wpadł nikt.
„Dlaczego tak się stało?”. O ile trudno podejrzewać, że słowiańscy kapłani karali śmiercią za ujawnienie obcym nauk lub wzbraniali się przed zapisem tradycji na podobieństwo celtyckich druidów, o tyle zastanawiające jest niewykształcenie się kultury piśmienniczej w postplemiennych społecznościach słowiańskich przez kilka wieków po chrystianizacji (...). Jak się wydaje, wizja Kościoła strzegącego pilnie (i zazdrośnie) tajemnicy pisma ma dość ograniczoną siłę przekonywania. Może więc, jak chcą inni, problem leży gdzie indziej – w swoistej tolerancji religijnej niektórych zachodnich tradycji (w porównaniu do naszych ziem). Wszak Snorri „uratował” przed zapomnieniem skandynawską mitologię w „Eddzie prozatorskiej”, a Mabinogion i pozostałe cykle mitologiczne wczesnośredniowiecznej Walii i Irlandii spisali irlandzcy i walijscy mnisi. Czyżby byli oni bardziej „tolerancyjni” i tym samym – przychylniej patrzyli na pogańską przeszłość swych krajów, niż ich wschodnio- i środkowowschodnioeuropejscy koledzy po fachu? Czyżby zachodnioeuropejska chrystianizacja przebiegała zasadniczo inaczej, niż na terytorium słowiańskim? Była inaczej nastawiona do przeżytków zwalczanej religii, bardziej „przyjazna”?
(…) Być może kwestia pochodzenia etnicznego chrystianizatorów i późniejszego środowiska kontrolującego produkcję literatury pisanej miała duże znaczenie, jednak nie do końca tłumaczy niemal całkowitą nieobecność wątków pogańskich we wczesnym piśmiennictwie nawet w tych krajach słowiańskich, które przyjęły chrześcijaństwo najpóźniej (jak Polska czy Ruś, nie mówiąc już o Słowiańszczyźnie Połabskiej), i to niekoniecznie od nie-Słowian. Na przykład na Rusi, która stawiana jest czasami za wzór „miękkiej polityki” wobec przeżytków pogańskich w kulturze ludowej, a skład etniczny misjonarzy raczej nie wzbudzał wątpliwości co do ich zasadniczo „miejscowego” pochodzenia, sytuacja jest – wbrew pozorom – niemalże identyczna jak na Pomorzu i Połabiu, czyli obserwujemy absolutny brak jakichkolwiek tradycji mitologicznych w źródłach pisanych, jeśli nie liczyć konwencjonalnych wzmianek o bóstwach w cerkiewnych kazaniach przeciwko „dwójwierze” i kilku szczegółów historycznych o ośrodkach kultowych oraz niszczeniu ich i walce z wiarą w „idole”. I nawet jeśli spotyka się coś więcej, to wyłącznie na zasadzie polemiki z obiegowymi poglądami pogan, nigdy – jako relację „z pierwszej ręki”. A zatem to prawdopodobnie nie skład etniczny obsady klasztorów czy monastyrów produkujących literaturę (i trzymających władzę nad ośrodkami kultury wysokiej) wpływał decydująco na brak większego zainteresowania spisywaniem tradycji dopiero co pokonanej religii przedchrześcijańskiej, ponieważ mimo że w klasztorach na terenie Pomorza czy w Polsce działali początkowo przeważnie obcokrajowcy (sprowadzeni Niemcy, Duńczycy albo Włosi), wiadomości o pogańskiej mitologii sensu stricte mamy zasadniczo tyle samo z Zachodu, co ze Wschodu, gdzie zdaniem niektórych uczonych miało być bardziej pokojowo i tolerancyjnie. Argument „z etniczności” ma jeszcze tę słabość, że z terenu Litwy, gdzie jak wiadomo chrzest odbył się najpóźniej, wiadomości o pogańskiej mitologii mamy, począwszy od XIII w., przy czym pierwsze zachowane wzmianki wyszły spod ręki staroruskiego mnicha (interpolatora Latopisu minionych lat), relację kapłanów pogańskich na Litwie utrwalił Włoch w XIV w., a pierwsze pieśni mitologiczne pogańskich Litwinów z końca XVI w. spisał… Niemiec. Pokazuje to, że losami zapisów tego typu niekiedy rządził przypadek.
(...) Pierwszym i najważniejszym powodem nieobecności mitologii słowiańskiej w piśmiennictwie wczesnośredniowiecznym wydaje się … brak zainteresowania utrwaleniem jej na „nośniku” wśród samych wyznawców dawnej religii – nosicieli kultury plemiennej, którzy najwięcej mogliby powiedzieć na jej temat.
Innym czynnikiem, który mógł tu odegrać pewną rolę, był brak splotu korzystnych okoliczności, które wystąpiły w wypadku sytuacji irlandzkiej bądź islandzkiej. (...) Aby folklor słowiański wcześnie trafił na karty ksiąg, potrzeba było dość wcześnie rozwiniętej literatury starosłowiańskiej o tematyce świeckiej. Na wschodniej Słowiańszczyźnie ze zrozumiałych względów warunku tego nie spełnił język cerkiewnosłowiański, jako właściwy raczej liturgii obrządku bizantyjskiego. (...) Nie istniało piśmiennictwo w języku narodowym (tutaj: w którymś z języków wczesnostarosłowiańskich) zainteresowane wykorzystaniem plemiennej tradycji historycznej czy podaniowej, ani literatury ustnej zawierającej odpowiednie treści w jakimś konkretnym celu (na przykład podkreślenia odrębności języka narodowego od łacińskiego i tym samym – zaznaczenia ambicji „narodowych”, „narodotwórczych” czy odrębności kulturowej, niezależności politycznej itp.). Jeśli przyjrzymy się sytuacji narodów słowiańskich we wczesnym średniowieczu – niezależnie czy to będzie „Bohemia”, Chorwacja czy Polska, zauważymy, że żaden z tych warunków nie miał szansy wystąpić, (...) to się nie mogło udać. Przyjmując chrzest, Słowianie nie posiadali żadnej literatury w języku narodowym ani nie wykształcili jej w terminie umożliwiającym przetrwanie tradycji plemiennych w przekazie ustnym do czasu zapisu (...).
Można więc powiedzieć, że warunkiem powstania namiastki mitografii byłyby przede wszystkim wciąż istniejąca więź skrybów pracujących w klasztorach z „rodzimym podglebiem” kulturowym (jak np. w Irlandii) oraz wola polityczna władców, skoro we wczesnej fazie rozwoju literatury zabrakło na tyle wyraźnych indywidualności wśród słowiańskich rocznikarzy historycznych, by zechcieli oni podjąć trud spisania rodzimych dziejów z własnej inicjatywy (...). Jeśli zabrakło tego niezbędnego czynnika, a ponadto wspieranie w tej sposób starej religii nie leżało w interesie władzy politycznej (gdyż groziło to rozłamami i nie sprzyjało konsolidacji nowo powstałego państwa wmyśl zasady „jeden król, jeden Bóg”), nie dziwmy się, że wenecki mnich na dworze Bolesława Krzywoustego zbył krótko tematykę tradycji plemiennych słowami: „Lecz dajmy pokój rozpamiętywaniu dziejów ludzi, których wspomnienie zaginęło w niepamięci wieków, których skaziły błędy bałwochwalstwa…”. Przykłady irlandzki i islandzki pokazują również, że symbioza kultury piśmienniczej i żywa jeszcze pamięć tradycji plemiennych sprzyjały przenikaniu owych treści, a dodatkowym czynnikiem mógł tu być korzystny klimat polityczny dla takich przedsięwzięć literackich, choć w obu wypadkach (Irlandii i Islandii) inaczej uwarunkowany kulturowo-historycznie. Tam w celu przeformułowania pogańskiej przeszłości i „zneutralizowania trucizny tego materiału” (oczywiście z punktu widzenia nowej religii) zastosowano różne strategie: zadanie „pozbawienia” dawnych bóstw ich mocy „numinotycznej” w tekstach staronordyckich zrealizowano zasadniczo przez demonizację i wykluczenie, podczas gdy literatura staroirlandzka dążyła do jej udomowienia i podporządkowywania . U Słowian nie było ani jednego, ani drugiego. Zamiast tego przyjęto strategię przemilczenia. Kwestia związku między chrześcijaństwem a tradycjami pogańskimi – inaczej niż np. w Skandynawii czy w Irlandii – nie została u nas w literaturze łacińskiej w ogóle postawiona z przyczyn zasygnalizowanych powyżej (problem ten nie istniał w piśmiennictwie innym niż narodowe, którego u nas wtedy jeszcze nie było), pozostała więc poza obszarem zainteresowań ludzi pióra i pergaminu. Lokalna literatura ustna nie została wchłonięta przez świecką literaturę w językach narodowych, która – wtedy, kiedy był czas po temu – jeszcze się nie rozwinęła. Czysto teoretycznie mogło się to dokonać jeszcze w XII, a nawet XIII wieku, kultura uczona, łacińska, wygrała jednak z zainteresowaniami narodowymi kronikarzy (vide Wincenty Kadłubek).
Nie ma złudzeń co do tego, że stosunkowo najlepsze warunki do utrwalenia tradycji pogańskich panowały na Rusi w XI–XIII wieku, jednak z tego okresu z terenów wschodniosłowiańskich nie zachowało się nic, co by można porównać choćby do Eddy starszej. „Słowo o wyprawie Igora” jest jedynym zabytkiem dowodzącym, że na Rusi (a zapewne i na zachodzie Słowiańszczyzny) poezja drużynnicza podejmowała wątki mitologiczne i obficie czerpała z tradycji miejscowych, postplemiennych. Funkcja architekstualna teonimów w „Słowie…” świadczy o tym, że stylistycznie (a zapewne i tematycznie) literatura ustna słowiańskich bardów mogła być porównywalna z repertuarem skaldycznym Północy. Co ciekawe, okazuje się, że również literatura religijna (nie tylko świecka) do pewnego stopnia sprzyjała przekazowi treści pogańskich – wszak funkcja ideologiczna teonimów w piśmiennictwie cerkiewnym (przede wszystkim w homiletyce) stwarzała szerokie pole do popisu w rozwijaniu koncepcji Rusi jako spadkobiercy Bizancjum, jej kontynuatorki (a więc w pewnym sensie „drugiego Rzymu”), nie gorszej również pod tym względem, że posiadała własną historię o długiej tradycji, w tym – tradycje pogańskie, które dodawały jej splendoru przez aurę dawności Rusi, mogącej się pochwalić nie tylko tym, że – podobnie jak Grecja czy Rzym – także miały rozwiniętą kulturę duchową (pogańską), ale też miała miejscowy odpowiednik „jellińskich koszczunów” (tj. helleńskich mitów). A jednak i z tej szansy nie skorzystano. Dlaczego?
Wydaje się, że częściowa odpowiedź może kryć się w uwarunkowaniach psychologicznych i socjologicznych ówczesnej literatury pisanej. Twierdzi się, że większość manuskryptów, w których przekazano tradycje irlandzkie czy walijskie, została spisana przez chrześcijańskich mnichów, którzy mogli czuć się rozdarci między pragnieniem utrwalenia rodzimej kultury a religijną wrogością wobec wierzeń pogańskich. Mogło tak być, ale nie musiało. O wiele więcej racji mogą mieć ci, którzy przypuszczają, że przynajmniej część źródeł do mitologii celtyckiej mogła powstać jako utwory propagandowe, napisane z zamiarem stworzenia historii Irlandczyków porównywalnej z tą klasyczną (rzymską) czy biblijną. Jednak wiele o okolicznościach powstawania owej „mitografii celtyckiej” mówią również takie fakty, jak brak w opowieściach Cyklu Feniańskiego jakichkolwiek elementów religijnych. Mówi nam to o tym, że wątki pogańsko-plemienne pojawiały się z reguły obficiej tam, gdzie istniała rozwinięta literatura, poezja kręgów świeckich, a po drugie – że dawne przekazy występowały z reguły jedynie jako tworzywo literackie dla przeróbek i adaptacji dostosowanych do epoki. Warunkiem, być może najważniejszym, obecności tego typu wątków w tradycji piśmiennej średniowiecza wydaje się więc zeświecczenie literatury religijnej na tyle, aby możliwe było włączenie do kultury wyższej tematów spoza tradycji biblijnej i klasycznej, a po drugie – muszą istnieć tradycje literackie na tyle długotrwałe, by zapotrzebowanie na nowe treści w obiegu literackim wygenerowało warunki sprzyjające wchłonięciu przez kulturę chrześcijańską również dawnych, lokalnych tradycji.
Warto dodać, że krok od pchnięcia literatury staroruskiej w takim kierunku, w którym twórcy literatury pisanej nieco bardziej życzliwym okiem spoglądaliby w kierunku dawnych treści postplemiennych, był wspomniany już autor „Słowa o wyprawie Igora”, w jakiejś mierze przeciwstawiający się nurtowi literatury religijnej na Rusi, literatury – podkreślmy – niejako zapatrzonej w Bizancjum, niewychodzącej poza treści teologiczne, i zaproponował zamiast niej model literatury świeckiej, opiewającej wartości drużynnicze, poruszającej tematykę bohaterską, „przewagi” kniaziów na polu bitwy, ze znacznie zredukowaną rolą tematyki religijnej, za to z reminiscencjami pogańskimi. Skonfrontowane zostały zatem w pewnym sensie modele literatury nastawionej teocentrycznie z epiką stawiającą na antropocentryzm, analogicznie jak to się dokonało w skaldycznej poezji Północy, bez porównania silniej podkreślającej jednak element pogański.
Ten właśnie kierunek rozwoju literatury staroruskiej stwarzał duże możliwości, jeśli chodzi o literackie spożytkowanie owych „ojców podań”, o których napomina Nestor w „Powieści minionych lat”, albo też „opowieści starców” wzmiankowanych u Galla Anonima i Helmolda, zachowujących pamięć przeszłych wieków, tyle tylko, że … został on zapoczątkowany zdecydowanie za późno, przynajmniej o cały wiek. Można się jedynie zastanawiać, czy gdyby któryś z poprzedników Piotra Borysławicza (domniemanego autora „Słowa…”, bojarzyna na dworze wielkiego księcia kijowskiego Izjasława Mścisławicza) zabrał się za utrwalanie swoich poematów na piśmie, albo gdyby kniaź Włodzimierz wkrótce po decyzji o chrzcie zamiast zwoływać jedną komisję do spraw tłumaczenia ksiąg religijnych z greki na starosłowiański dla celów liturgicznych, powołał do życia dwa zespoły, z których jeden zajmowałby się literaturą religijną, a drugi – spisywaniem lokalnej epiki, dzieje literatury staroruskiej nie potoczyłyby się zgoła inaczej.
Paradoksalnie więc można powiedzieć, że – wbrew temu, co się niekiedy twierdzi – chrystianizacja nie przekreśliła możliwości powstania własnej mitografii wśród Słowian, lecz … potencjalnie jej sprzyjała. Wynalazek pisma łacińskiego, który przybył do ludów chrystianizowanych wraz z kulturą łacińską, pozwolił przecież na powstanie takich dzieł jak Edda starsza, Księga podbojów czy Mabinogion, bez niego prawdopodobnie nie wiedzielibyśmy o mitologii skandynawskiej i celtyckiej zbyt wiele. Skoro tam pismo łacińskie nie zahamowało powstania bogatej mitografii, dlaczego miałoby stać się czynnikiem „hamującym” u Słowian? (…)
Ważnym czynnikiem wydaje się dość późne zeświecczenie kultury literackiej, na Rusi, w Polsce i w Czechach dość długo kontrolowanej przez Kościół. (…) większa aktywność środowiska artystycznego utrzymującego jeszcze kontakt z tradycją pogańską w pierwszych dziesięcioleciach i stuleciu po chrystianizacji przyniosłaby zapewne rozwój literatury świeckiej porównywalny z tym, jaki obserwujemy w Irlandii i na Islandii XI–XIII wieku. Tu – zdaje się – leżała szansa na ocalenie jakiejś części spuścizny o pogańskim rodowodzie. Szansa – dodajmy – zaprzepaszczona. I to nie tyle z winy chrystianizatorów, lecz z powodu braku inicjatywy w kwestii przejścia od tradycji oralnej do kultury piśmienniczej ze strony samych zainteresowanych (tj. kręgów pogańskich). A przecież możliwości takie istniały i było to teoretycznie możliwe oraz praktycznie wykonalne – przykładem postpogańska Islandia w XI–XII wieku.
(…) U Słowian wczesnośredniowiecznych zabrakło woli przejścia na wyższy, piśmienny etap rozwoju literatury. Niektóre gatunki literatury ustnej nie miały szansy wejścia w etap piśmienności, dlatego nie było możliwości, aby przekształciły się w gatunki ściśle piśmienne. Dopiero potem można by ewentualnie mówić o możliwości rozwinięcia się tematyki mitologicznej czy podaniowo-legendarnej w takim nowym nurcie literatur (wczesno)słowiańskich. (...)
Zapoznanie się z okolicznościami powstania podobnych dzieł literackich [jak Edda] wskazuje na to, że u ich genezy zawsze leżała decyzja indywidualna. Anonimowi islandzcy skrybowie spisujący twórczość kapłanów pogańskich lub wędrownych skaldów w formie 29 kunsztownych i wyrafinowanych wierszy oczywiście mogli podjąć się takiego przedsięwzięcia niezależnie, z własnej inicjatywy, tyle tylko, że… zwykle to się nie zdarzało. Dziś możemy już tylko gdybać, czy za tą decyzją nie stało coś więcej, niż tylko działalność literacka. Wolno podejrzewać, że w grę wchodzić mogły polityka i religia. Regułą jest, że za podobnym „komisyjnym” spisaniem mitów plemiennych stała zwykle decyzja starszyzny, jednak musiał zaistnieć jakiś bodziec polityczny (jak to się stało np. w Japonii na dworze cesarskim w 712 i 720 r. n.e. czy na Hawajach ok. 1700 r. n.e., czy też wśród Dajaków na Borneo w czasach nam współczesnych ). Chodzić mogło zarówno o decyzję władcy, jak i decyzję rady plemiennej, by skodyfikować dostępne warianty mitów i uczynić z nich zwarty poemat. Do tego jednak niezbędny był wynalazek pisma i bodziec (wewnętrzny, lub przeciwnie – presja zewnętrzna, w obliczu zagrożenia wymarciem tradycji; tu jednak inicjatywa wychodziła nie ze strony ostatnich nosicieli kultury, lecz białych etnografów, jak w wypadku Indian Winnebago). Wiemy, że u Słowian wczesnośredniowiecznych nie miało miejsca takie komisyjne spisanie przekazywanych dotąd ustnie pieśni naszych rodzimych aojdów czy skaldów. A przecież wiemy, iż nasi słowiańscy aojdzi istnieli i mieli swój repertuar (…).
(…) U Słowian, podobnie jak to się działo pod każdą inną szerokością geograficzną, w izolowanych grupach przedpiśmiennych, zespolonych więzami pokrewieństwa oraz ustawicznymi stosunkami wzajemnymi, ton życiu społecznemu nadawała starszyzna plemienna. Starcy, będący podporą i ostoją status quo, a przy tym gwarancją trwałości i obiegu wiedzy, wśród których przeważały pewnego rodzaju rutyna, przezorne unikanie rzeczy nie wypróbowanych i nowych, sami zostali wychowani w taki sposób, a zatem czyż mogli wychowywać młodzież w zasadniczo innym duchu, niż ten, który wynieśli ze swych rodów? Gerontokracja, a więc rządy starców, promowała w szczególności takie wartości jak szacunek dla przodków i życie ściśle według ich wskazówek, łącznie z wiernym trwaniem przy prawach ojców i rodzinnej ziemi. Nic zatem dziwnego, że model taki utrzymywał się przez pokolenia, któż bowiem mógłby być tak „bezbożny” i bezmyślny, by zerwać z sakralną wspólnotą, której przodkowie nie tylko nauczyli ich wszystkiego, cokolwiek wiedzieć można, lecz także dali chwałę i moc? Analizując ten typ tradycjonalnego wodzostwa, który znajdujemy również u Słowian – w społeczeństwie przecież także przedpiśmiennym, antropologowie dochodzą do wniosku, że opierał się on na gromadzeniu i przekazywaniu wiedzy nagromadzonej przez wieki, a funkcja jej przekaźnika ściśle łączyła się u nich z funkcją kontrolną.
Dopóki więc wszystko w rodzie lub plemieniu pozostawało „po staremu”, starszyzna nie musiała się obawiać o swoje wpływy. Było tak wszędzie tam, gdzie kultura oparta była wyłącznie na tradycji ustnej – taki stan rzeczy gwarantował uprzywilejowaną pozycję najstarszym członkom plemienia, przechowującym doświadczenia i wiedzę minionych pokoleń. Zagrożenie mogło przyjść tylko z jednej strony – od kultur piśmiennych, w których – jak zauważają inni – pismo (tak jak np. w Egipcie) wprowadzało obok hierarchii wieku – hierarchię wiedzy. Co to oznacza? Wyobraźmy sobie, że w takim ustroju plemiennym, jaki panował u Słowian, młodzież przychodzi po wiedzę nie do starców (tak jak to było „od zawsze”), lecz do tego, kto posiada księgi. Starszyzna popada w zapomnienie, maleje jej pozycja społeczna, najstarsi członkowie rodu tracą kontrolę nad młodszymi, wynikającą z dysponowania potrzebną wiedzą i doświadczeniem życiowym itd. Czy taka perspektywa była w gerontokracji czymś pożądanym? Wolno przypuszczać, że odpowiedź na takie pytanie będzie jednoznacznie negatywna. Przyjęcie wynalazku pisma nie mogło spodobać się starszyźnie plemiennej – niezależnie czy była to społeczność któregoś z plemion słowiańskich żyjących na Pomorzu czy Połabiu czy któregoś z plemion południowej Afryki.
Jak wskazują badacze tradycyjnych społeczeństw przedpiśmiennych, fakt, że kultury tego typu generalnie zostawiają tak nikłe ślady swej oralnej przeszłości, jest silnie zakorzeniony w systemie wartości społeczeństw opierających się na rodzie i plemieniu. Z natury swojej wypowiedź „oralna”, „dobywająca się z wnętrza żywego organizmu” jest silnie związana z poglądem ludów oralnych, że „słowo ma moc magiczną i wiąże się wyraźnie, choć nieświadomie, ze skojarzeniem słowa z mówieniem, z brzmieniem, z używaniem siły” . Tymczasem głosiciele nowej religii – tak, jak prawdopodobnie mogli ich postrzegać pogańscy Słowianie – nie dostrzegali w słowach ich oralności, zdarzeń wytwarzających moc, u nich słowa przypominały raczej rzeczy. To się pogańskim Słowianom nie mogło spodobać. Kulturę i mentalność przedpiśmiennych ludów od urzędników nowej religii dzieliła aksjologia. Hierarchia wieku przeciwstawiała się hierarchii wiedzy (wynikającej jedynie z edukacji). Słowu jako życiu, mocy, energii, dynamice, relacji władzy i silnej więzi międzypokoleniowej, wynikającej z podporządkowania w ramach więzów krwi przeciwstawione było słowo jako „wartość” służąca [tylko] do katalogowania i przekazywania informacji, pozbawiona „życia i mocy” w pogańskim rozumieniu tego słowa. A ponadto słowu jako narzędziu utrzymywania kontroli społecznej opartej na zaufaniu i niewzruszonej wierze w prawdziwość nauk starszyzny sprzeciwiało się słowo jako narzędzie sprzyjające analitycznemu myśleniu (bo zapisane). (…) To wszystko dzieliło typowego przedstawiciela kultury „oralnej” od reprezentanta kultury „pisanej” i musiało mieć znaczenie w momencie zetknięcia się Słowian z cywilizacją łacińską, która dawno zerwała więzy ze strukturami plemiennymi i przeszła na wyższy, protopaństwowy lub państwowy etap organizacji społecznej. Wizja zapisywania swojej twórczości (także tej mitologicznej) musiała więc być dla pogańskich Słowian nieatrakcyjna, ponieważ starszyzna pozbawiona zostałaby monopolu na przekaz międzypokoleniowy i mądrość; a po drugie – pozbawiłaby życia „literackiego” wartości cenionych w społeczeństwie tradycyjnym: przede wszystkim żywego kontaktu i „manifestacji siły i mocy”. (…)
Na Słowiańszczyźnie sytuacja ta nie różniła się znacząco od tej, jaka panowała chociażby na Islandii aż do 1090 roku. Jak stwierdził Stanisław Bylina, „jeśli mieszkaniec ziem polskich przed chrystianizacją stykał się sporadycznie z niezrozumiałymi dlań, należącymi do obcych kultur znakami pisma, to zetknięcia te były udziałem zaledwie nielicznych jednostek i pewnie nie pozostawiły trwalszego śladu w ich świadomości i wyobraźni. Aby mogło powstać zjawisko (…) folkloru pisma, niezbędny był odpowiedni ku temu okres” . Należy się zgodzić z tym, że chrystianizacja przez dłuższy czas nie zmieniła stanu rzeczy, w którym pismo pozostawało obce religii pogańskich Słowian. Dlaczego? Ponieważ było „ciałem obcym” w stosunku do tradycyjnej kultury miejscowej, bazującej na ustnym modelu literatury, modelu ... tak „promieniującym” na kolejne stulecia, że z wieków późniejszych posiadamy jedynie wzmianki o istnieniu rozwiniętej twórczości ustnej, a informacje o pogańskich pieśniach, klaskaniu w dłonie i przepijaniu do siebie nawzajem, o istnieniu epiki bohaterskiej, nawet o okolicznościowych piosenkach na cześć władców piastowskich posiadamy z dzieł pisarzy łacińskojęzycznych (jak Żywot mniejszy św. Stanisława – XIII wiek; Kronika polska Galla Anonima; czy Kronika Wincentego Kadłubka), a najstarszą zachowaną pieśnią ludową polską jest Cantilena inhonesta Mikołaja z Koźla z 1420 r. Minęły zatem przeszło cztery wieki, zanim alfabetyzacja kręgów dworskich czy mieszczańskich zaowocowała pierwszym zapisem próbki twórczości ludowej w języku narodowym na terenie Polski.
Fragment z książki Michał Łuczyński, "Mity Słowian. Śladami świętych opowieści przodków", Wydawnictwo Triglav, Szczecin 2022
do kupienia w księgarni Triglava
https://triglav.com.pl/tematyczne/mity-slowian-sladami-swietych-opowiesci-przodkow-szczegoly.html