25/03/2017
Dawno nie pisałem, jest to spowodowane faktem, że moja sympatia do Wejherowa pozostała na tym samym niskim poziomie co zwykle, jednak nie widywałem szczególnie dużo smutnych rzeczy związanych ze stolicą Małego Trójmiasta Kaszubskiego, które mógłbym tu napisać. Aczkolwiek jest jedna rzecz, która ostatnimi czasy denerwuje mnie bardziej niż Wejherowo. Mianowicie polski rap.
Musimy zaznaczyć, że nie jestem hejterem rapu, który ponarzeka nie znając żadnego wykonawcy poza Peją lub Popkiem. Jestem świadomym słuchaczem, rapu słucham od parunastu lat, więc mam relatywnie duże pojęcie odnośnie tego co dzieje się na scenie. Nie tylko polskiej, ale dziś na niej się skupię.
Na początku chciałbym zaznaczyć, że nie będę pisał tu o ulicznym rapie. Polski uliczny rap to zdecydowanie najgłupszy podgatunek. Nawet czołowi (Tomasz Chada) twórcy są na tyle idiotami, że będąc w więzieniu uciekają dwa miesiące przed końcem kary. Oczywiście zostają złapani, bo to w końcu polski r***r, a nie Andy Dufresne. Jeśli tak idiotyczne rzeczy robią wykonawcy to pomyślmy jak tępymi osobami muszą być słuchacze tego podgatunku.
Przyznam szczerze, że ostatnio będąc w pracy naszła mnie pewna refleksja. Zauważyłem w polskim rapie przesłanki odnośnie tego, że polscy r***rzy albo są homoseksualistami albo kochają samogwałt. Spójrzmy na teksty polskich r***rów - każdy chce być uznany za erudytę, znawcę życia, osobę, która widziała więcej od pozostałych ludzi, bo miała w życiu takie, a nie inne doświadczenia. Zatem 90% twórców tego gatunku mówi zgodnie "J***ć polski rap". Chwila, chwila. Jak to j***ć polski rap? Nie wiem czy może ja nie rozumiem o co chodzi, ale wydaję mi się, że owi r***rzy swoje teksty mają napisane po polsku tudzież prezentują je w tym języku. Zatem tu dochodzę do sytuacji, która jest dla mnie zastanawiająca. Czy polscy r***rzy lubią być wykorzystywani przez swoich kolegów po fachu czy po prostu są wielkimi fanami masturbacji?! Problem ciężki do rozwiązania. Aczkolwiek poniekąd mógłbym zrozumieć ten tok rozumowania. Chcą robić swoje muzyczne projekty nie spoglądając na resztę towarzystwa. Jest jest sprawa, która mi nie daję spokoju. Taki VNM, jest dużym fanem amerykańskiej sceny, wielokrotnie wspomina o swoich muzycznych inspiracjach przypominając jednocześnie, że polski rap to badziew. Dlaczego zatem słychać go na naprawdę wielu projektach polskich r***rów? Co jest k***a? Jak można traktować poważnie polskiego r***ra, skoro od samego początku jest hipokrytą.
Następna sprawa - pieniądze. Gdy rap w Polsce zaczynał raczkować nieco ponad dwie dekady temu, do polskiego hip-hopowca została przypięta łatka "nie mamy pieniędzy i nie chcemy ich zrobić na hip-hopie, bo straci on swoją wiarygodność". Rozumiem, szanuję. Panowie filary polskiego rapu mieli po 16-18 lat, więc mogli mieć chęć robić muzykę w formie bardziej "punkowej". Nagrać gdzieś w piwnicy, posłuchać na osiedlu wśród kumpli i ogólnie dobrze się bawić. Rozumiem, że chłopaki nie chcieli z zajawki robić pieniędzy. Szlachetne i zrozumiałe, bo tych gości cechowała spontaniczność i filantropia. Nie chcieli sprzedać swojej pasji. Jednakowoż po 20 latach nagrywania niektórzy dalej tak gadają. O co im chodzi? Dlaczego Ci ludzie boją się pieniędzy? Robią muzykę, którą inni kupują, przychodzą na koncerty itp., więc naturalnym powinno być zarobienie na tym pieniędzy. Jednak część z nich ma kompleks pieniądza. Taki O.S.T.R. zawsze orędował za tym, żeby hip-hop był niezależny od mediów, tzw. niesprzedajny, a sam stał się przedstawicielem Hennessy. Nie mam bynajmniej problemu z tym, żeby Ci ludzie zarabiali pieniądze. Niech występują w tv, radio i reklamach, jeśli w dalszym ciągu będą robić dobrą muzykę to dlaczego nie?
Kolejny aspekt to różnorodność w muzyce. Część r***rów to, tzw truskulowcy (Gruby Mielzky, Eldo itp.) kochają oni lata 80-90 i w tej stylistyce nagrywają swoje numery, pozostają wierni ideom, które są oklepane od dawien dawna. Kolejna grupa to niuskulowcy, którzy ślepo wierzą w nowoczesne oblicze hip-hopu (Żabson, Tomb, Białas itp) i śmieją się z tych nudziarzy używając autotune. Są oczywiście też tacy, którzy starają się łączyć stare z nowym. Ok, niech każdy robi co lubi. Jest też grupa ludzi, którzy koniecznie chcą udowodnić słuchaczom, że robią coś ponad schemat hip-hopowca i łączą różne gatunki muzyczne. Niektórym r***rom wychodzi to dobrze (np. Bisz zarówno w B.O.K. jak i materiale nagranym z Radexem) innym nie do końca ("AŁA." Ten Typ Mes). Szanuję Mesa, lubię jego twórczość, ale ostatnim albumem naprawdę nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Subiektywnie podchodząc do jego ostatniego krążka, chciał pokazać na siłę, że jest rozwinięty nie tylko w rapie. Co moim zdaniem dało kiepski efekt. Są co prawda na tym albumie numery spoko, ale nie tego można się było po nim spodziewać.
Ostatnia rzecz, która mnie drażni to merytoryka. Powiedzcie mi jak można mając 40 lat nawijać o tym, że ćpanie, chlanie, obracanie chętnych panienek to cel sam w sobie. JWP od dawna trzyma się tego nurtu. Choć technicznie są spoko, nie można im zbyt wiele zarzucić to jednak merytorycznie wypada to miernie. Miałem ostatnio okazję obejrzeć wywiad, przeprowadzony przez Winiego. Gościem szefa Stopro był Bedoes, który sam przedstawiał się jako człowiek inteligentny itp., a gdy przyszło w rozmowie doszło do jakiś poważniejszych kwestii to odpowiedział, że po co o tym myśleć, skoro pewne rzeczy są już ustalone i nie warto się nad tym zastanawiać. Zresztą czego się spodziewać po gościu, dla którego największe wrażenie w życiu zrobiła książka "Chłopcy z placu broni"