22/05/2026
🤔 coś w tym jest … jak to mówią … 🙂 dobrego piątku !
🩸Poranek w samorządowej rzeczywistości
Jest 6:30. Za niecałą godzinę w całej Polsce otworzą się urzędy gmin, miast i starostwa powiatowe. Ludzie usiądą za biurka, włączą komputery, zdejmą z wieszaków identyfikatory. Dla wielu to po prostu praca — raz lepsza, raz gorsza, zwykła codzienność.
Ale jest też grupa, która w tym samym czasie przeżywa coś, co można nazwać cichym dramatem. To ci pracownicy, którzy codziennie idą do pracy z lękiem, bo trafił im się przełożony „z nadania politycznego”. Wiedza merytoryczna? Minimalna. Pokora? Zerowa. Za to ton nieznoszący sprzeciwu — wypracowany do perfekcji. Taki przełożony potrafi pouczać specjalistę z trzydziestoletnim doświadczeniem, jakby ten wczoraj pierwszy raz przekraczał próg urzędu. Każde jego zdanie to festiwal ignorancji, który tylko przypadkiem nie kończy się fanfarami. Pracownik słucha, kiwa głową, bo wie, że jakiekolwiek słowo sprzeciwu zamieni dzień w piekło. I tak zaczyna się ta cicha urzędnicza męka.
Wielu pracowników funkcjonuje dziś w stanie permanentnego zdenerwowania. Nie mówimy o zwykłej biurowej frustracji. Mówimy o stresie przewlekłym, który rozsadza od środka, odbiera sen, psuje zdrowie. Coraz częściej padają słowa: „Idę do psychologa”, „muszę zwiększyć dawkę leków”, „nie wytrzymam w tym wydziale jeszcze miesiąca”.
I najbardziej bolesne jest to, że nawet w małych miejscowościach — gdzie niby wszyscy wszystko o sobie wiedzą — dochodzi do takich patologii.
Bo niekiedy właśnie tam układy są najbardziej betonowe, a władza najbardziej zachłanna.
W tych samych drzwiach wejściowych spotkasz też inną grupę pracowników. Tych, którzy nie boją się szefa, ale są po prostu zmęczeni absurdem. Codziennie wchodzą, rzucając pod nosem klasyczne urzędnicze motto:
„Żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce…”
I trudno im się dziwić, gdy widzą jak wiele szkód potrafi wyrządzić starosta-narcyz, który każde działanie filtruje przez jedno pytanie: „A jak ja wypadnę na zdjęciach?”. Czas, energia, wiedza, wszystko idzie w błoto, bo zamiast pracować dla mieszkańców, pracownicy muszą omijać miny ego przełożonych. Jedni boją się odezwać, drudzy boją się mieć rację, trzeci boją się cokolwiek podpisać, bo nigdy nie wiadomo, czy za miesiąc „władza” nie zmieni zdania i nie wskaże winnego.
Ale jest w tym wszystkim jedna dobra wiadomość. Dziś jest piątek. A to oznacza, że za kilka godzin nadejdzie weekend — dwa dni bez maili, bez narcyzów, bez absurdalnych poleceń i bez tonu „a kto tu jest kierownikiem”.
Czy to niewiele? Owszem.
Ale w dzisiejszych realiach samorządu — to czasami jedyna rzecz, która trzyma ludzi przy zdrowych zmysłach. Trzymajcie się, urzędnicy. Wasza siła i cierpliwość są większe, niż ktokolwiek z zewnątrz potrafi sobie wyobrazić.