30/07/2026
📚Polecamy bardzo ciekawy artykuł👍📖
Książki znów płoną. Tym razem nie w ogniu, tylko w skanerach AI. Nie po to, by ukryć ich treść, lecz by ją wchłonąć.
Przez stulecia książki palono, żeby ludzie nie mogli ich czytać. Dziś tysiące książek są fizycznie niszczone z dokładnie odwrotnego powodu. Ktoś chce przeczytać je wszystkie. Nie człowiek. Sztuczna inteligencja.
Firmy rozwijające modele AI skupują hurtowo używane książki. Odcinają grzbiety, przepuszczają strony przez przemysłowe skanery, zamieniają ich treść w dane treningowe, a papier trafia do recyklingu. Najcenniejszym surowcem XXI wieku przestaje być ropa czy lit. Coraz częściej jest nim ludzka wiedza zapisana na papierze.
I tu pojawia się coś, czego kompletnie nie rozumiem. Kilka wiarygodnych źródeł opisujących ten proceder podaje, że po zeskanowaniu egzemplarze są niszczone. Jeśli ich treść została już zachowana cyfrowo, dlaczego książki nie trafiają z powrotem do antykwariatów, bibliotek, szkół czy czytelników? Dlaczego muszą zniknąć fizycznie? Być może chodzi o koszty magazynowania i logistykę, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że wraz z każdą taką książką znika coś więcej niż papier. Znika przedmiot, który mógł służyć kolejnym pokoleniom czytelników.
Paradoks polega na tym, że jeszcze kilka lat temu wydawało się, iż internet zawiera wszystko, czego AI może potrzebować. Dzisiaj ten sam internet staje się dla modeli coraz mniej wartościowym źródłem wiedzy. Został zalany treściami tworzonymi przez… inne modele AI.
Badacze nazywają to model collapse. Kolejne modele uczą się na tekstach wygenerowanych przez poprzednie modele, które z kolei uczyły się na tekstach kolejnych modeli. W efekcie zamiast wzbogacania języka następuje jego spłaszczanie. Zanikają rzadkie konstrukcje, oryginalne skojarzenia, nieoczywiste metafory i indywidualny styl. Zostaje statystyczna średnia.
Mam wrażenie, że ten proces już doskonale widać. Większość krótkich tekstów na portalach informacyjnych, spora część podcastów newsowych i ogromna liczba wpisów w portalach antyspołecznościowych jest dziś pisana albo przynajmniej redagowana przy pomocy AI. Efekt jest trudny do przeoczenia. Teksty zaczynają brzmieć podobnie. Mają podobną składnię, podobny rytm, podobnie budowane akapity i wciąż powracające figury retoryczne. Często po kilku zdaniach potrafię rozpoznać nie autora, lecz model, który pomagał je napisać.
To prowadzi do jeszcze jednego paradoksu. Przez lata sam chętnie korzystałem z niektórych konstrukcji retorycznych. Lubiłem budować zdania przez kontrast, pokazywać, że prawdziwy problem leży gdzie indziej. Dzisiaj świadomie takie fragmenty usuwam. Nie dlatego, że przestały być skuteczne. Dlatego, że sztuczna inteligencja używa ich tak często, iż zaczynają być znakiem rozpoznawczym tekstów generowanych przez maszyny. To niezwykła sytuacja, w której człowiek rezygnuje z własnych nawyków stylistycznych, żeby nie pisać jak algorytm.
Największą ironią tej historii jest jednak coś innego. Przez dwadzieścia lat słyszeliśmy, że papier odchodzi do historii, że wszystko przeniesie się do internetu i biblioteki staną się cyfrowymi archiwami. Tymczasem właśnie papierowe książki stały się jednym z najcenniejszych zasobów dla najbardziej zaawansowanej technologii naszych czasów. Nie dlatego, że są papierowe. Dlatego, że zawierają tekst napisany przez ludzi, zanim internet został zalany treściami tworzonymi przez AI.
Być może za kilka lat książki drukowane będą miały jeszcze jedną wartość. Nie tylko kulturową. Będą ostatnim dużym zbiorem języka, który powstał całkowicie bez udziału sztucznej inteligencji.
I jest w tym coś symbolicznego. Dawniej książki płonęły, bo ktoś bał się zawartych w nich idei. Dzisiaj są rozcinane, skanowane i – jak opisuje kilka źródeł – często niszczone dlatego, że ich treść stała się najcenniejszym paliwem dla sztucznej inteligencji. Historia zatoczyła koło. Zmieniły się narzędzia, ale książki znów znikają. Tym razem nie w ogniu, lecz w skanerach.
Chwilę przed napisaniem tego posta skończyłem słuchać kolejnej znakomitej książki Maciej Siembieda - pisarz – „Upiór” z serii o Jakubie Kani. Jak zwykle fenomenalnie przeczytanej przez Mariusza Bonaszewskiego.
Jeśli ktoś pyta mnie, dlaczego mimo zachwytu nad AI pozostaję spokojny o przyszłość wielkiej literatury, odpowiadam właśnie tą książką. AI potrafi pisać poprawnie, czasem nawet efektownie. Ale wciąż nie potrafi stworzyć tak charakterystycznego, natychmiast rozpoznawalnego stylu, w którym każde zdanie brzmi jak podpis autora. Nie potrafi z taką swobodą splatać faktów z fikcją, budować historii, które wydają się nieprawdopodobne, a po chwili odkrywamy, jak wiele jest w nich prawdy.
Dlatego po kilku godzinach z Maciejem Siembiedą można odetchnąć z ulgą. Prawdziwi pisarze, prawdziwi mistrzowie słowa, wyobraźni i opowiadania historii wciąż pozostają poza zasięgiem sztucznej inteligencji. I mam nadzieję, że jeszcze bardzo długo tak zostanie.