12/05/2013
Dawno, dawno temu, kiedy ziemie nasze pokrywały bezkresne połacie leśnych przestrzeni, życie przypominało idyllę podporządkowaną odwiecznym prawom przyrody.
Do czasu.
Pewnego dnia niczym grom z jasnego nieba na widnokręgu pojawił się niezidentyfikowany obiekt latający w kształcie owalnego stożka. Kiedy ów obiekt osiadł na ziemi szympanse, dziki, borsuki i inne człekokształtne stwory zaczęły szarżować w uniesieniu. W promieniu 10 mil zapanował nieopisany chaos do chwili, kiedy w okolicy pojawili się pierwsi osadnicy. Stanęli oni u wrót dymiącej kopuły, po czym weszli do środka. Ich oczy przyślepił blask wydobywający się z ognia piekielnego. Przywitał ich sam Diabeł, z którym owa trójka dzielnych Słowian wypiła bruderschaft, po czym rzekł "Zróbcie największą biesiadę na świecie, albo pożrę wasze dusze"!
Belzebub, Kristofus i Rujewit, bo o nich mowa, spojrzeli po sobie i odpowiedzieli: "OK"!
I tak oto przyświecał im cel najwyższy, od którego zależało życie każdego z nich.
Nie minęło dużo czasu a zewsząd ludzie przybywać poczęli przynosząc różnorakie dary w tym dzbany wina, zarżniętę jagnięta, owoce morza, no i oczywiści mirrę, kadzidło i złoto.
Suto zastawiane stoły uginały się od jadła i półmisków wypełnionych po brzegi nektarem i ambrozją, a wino lało się strumieniami. Podczas konsumpcji serowanych przez gospodarzy posiłków biesiadnicy umilali sobie czas pogawędkami o myślistwie, pieśniami i mordobiciem. Towarzyszyły im Rusałki biegające na golasa wokół ogniska i odprawiające rytualny taniec.
Wtem pojawił się Diabeł i widząc, że to było dobre skrzywił się w uśmiechu dodając: "Oby tak dalej".
I w myśl tej zasady rokrocznie spotykamy się przy wigwamie koło leśniczówki na Smolarni.