01/01/2026
W ten świąteczno - noworoczny poranek, mam dla Państwa prawdziwą perełkę! 😀 Wspomnienia naszego czytelnika, urodzonego w Ładzyniu, w 1938r, zamieszkującego obecnie we Wrocławiu, Wojciecha Kruszewskiego.
"Kolacja wigilijna to taka chwila i wspomnienia tego co już za nami. Sięgamy pamięcią do momentów niepowtarzalnych. Chcę oddać sytuację i atmosferę w roku 1944. Roku strasznym dla rodaków ale budzącym nadzieję na zakończenie wojny. Na zdjęciu dom podobny do domu rodzinnego w Ładzyniu, w połowie okupowany przez stacjonującą czerwoną armię. Zajęte jest siedlisko, w stajni ich konie. W sadzie, w ogrodzie ich ziemianki i polowa kuchnia. Jesteśmy ściśnięci i znosimy straszną higienę sołdatów, wyjadają wszystko.
ldą święta, choinka stoi ściśnięta w kredens, a moje stanowisko (miałem 6 lat) było w oknie, obserwatora tzw. kacapów i informowanie głównej szefowej. Mama wychodziła, dawała im lekcje i tylko słyszałem:
"Chaziajka nie kriczi" (Gospodyni nie krzyczy)
Do tej ciasnoty, w tej tzw. otwartej kuchni (dość dużej) doszła jeszcze jedna lokatorka, Mama urodziła nam siostrzyczkę i właśnie w Boże Narodzenie był jej chrzest (na plebanii bo kościół właśnie spłonął podczas walk).
Wigilia, goście z rodziny mamy i taty i teraz zmierzam do pustego miejsca przy stole dla nie oczekiwanego gościa.
Tym gościem był Mamy stryjeczny brat, Ukrainiec, Czerwonoarmista. Przyjechał postawny, radziecki oficer obwieszony medalami, przy nim ordynans, a przywiózł go stangret w dwa piękne konie wozem.
I tu następuje moment nie do opisania.
Powitanie, uściski, toasty, wiwaty, wzruszenie, łzy i tylko słyszałem: "Aleksiej to ty żyjesz"
Skąd się wziął?
Historia zaczyna się w 1914 roku kiedy trzech braci, mój dziadek i dwóch stryjów mamy, idą w kamasze do carskiej armii na wojnę. Dziadek i jeden z braci wracają cali z wojny. O trzecim wieść ginie. Później wyjaśnia się, uciekając przed czerwonymi, konno wpadł do chutoru. Tam ukrywają go Ukraińcy. Będąc u nich, poznał
Ukrainkę, ożenił się i tam pozostał, solidnie gospodarząc. Urodziły im się dzieci. Żyli dobrze i szczęśliwie do czasu stalinowskiego głodu. Mama mi opowiadała że wysyłali im paczki z żywnością. Najprawdopodobniej do nich nie dochodziły. Później wiadomości ustały, bo na pewno pomarli z głodu, i tak też się stało. Ocalał ten jedyny syn Aleksy (dostał imię po moim dziadku). Czerwona armia wzięła go do siebie i z nią doszedł pod Warszawę. On, stacjonując w 1944r nie daleko, złożył właśnie w Boże Narodzenie wizytę krewnym, gdzie jego korzenie. Będąc tym z zaświatów gościem wigilijnym. Wojnę szczęśliwie zakończył w zdrowiu. Po wojnie wrócił na Mazowsze na swoje włości. Założył rodzinę, dochowali się dzieci. Był dobrym gospodarzem, dobrym kompanem i bardzo rodzinny. Tamto Boże Narodzenie, nieoczekiwany gość i spontaniczność powitania pozostaje w mojej pamięci."