07/03/2026
Zapraszam na wzruszające wspomnienia Henryka Ganowiaka. Gdynianina z urodzenia, harcerza Szarych Szeregów w Krakowie, który opowiada o czasach wojennych zapamiętanych oczami małego chłopca.
“Dziś nie odważyłbym się na to, na co odważyłem się wtedy. Gdyby Niemcy mnie złapali i odkryli, że nie jestem Niemcem bałtyckim, tylko Polakiem, zabiliby mnie na miejscu. Brat nauczył mnie mówić po niemiecku: Ich bin kein Pole, ich bin ein Baltendeutscher. Patrzeć w oczy, mówić spokojnie, z dobrym akcentem. To ratowało życie.”
Henryk Ganowiak - mieszkaniec Gdyni urodzony 1 sierpnia w 1932 roku w dniu pierwszego w historii Polski “Święta Morza”. Wróżono mu, że będzie człowiekiem morza. - I faktycznie całe jego życie było związane z Morskim Instytutem Rybackim.Henryk Ganowiak, oprócz niezwykłych morskich opowieści może poszczycić się również wspomnieniami z czasów wojennych, gdy działał w Szarych Szeregach w Krakowie.
- Pamiętam szczególnie rok 1938 - ostatnie Święto Morza przed wybuchem wojny. Oj, to było coś wielkiego. - wspomina mój Bohater - Państwo Polskie ustaliło wtedy bardzo duże ulgi kolejowe, żeby ludzie mogli przyjechać. Na te uroczystości przyjechał prezydent Ignacy Mościcki, przyjechał marszałek Edward Rydz-Śmigły, przyjechał cały rząd. Było to wielkie Święto Morza, na które przybyło około 100 tysięcy ludzi. Po raz pierwszy w Gdyni były takie tłumy. Mój ojciec miał kłopot, bo z Poznańskiego, skąd pochodził, przyjechała rodzina - prawie 40 osób. Nie było gdzie ich ulokować więc ojciec porozumiał się z dozorcą domu i na strychu rozłożył sienniki ze słomą. Tam zrobili dla nich nocleg. Ludzie cieszyli się, że morze należy do Polski. Gdynia była oczkiem w głowie narodu. To był jedyny polski port na Bałtyku. Ludzie przyjeżdżali i nabierali sobie do butelek wody morskiej jako pamiątkę. - mówi ze wzruszeniem - Zabierali ją do Poznańskiego, do Lwowa, z Wilna, z Krakowa. Wszyscy byli spragnieni polskiego morza.
- Kolejny rok był już pod znakiem wojny. - wspomina mój Bohater - Gorące, przepiękne lato 1939 roku. Chodziliśmy z mamą, z bratem i siostrą na naszą gdyńską plażę. Niedaleko była przystań jachtowa i tam żegnaliśmy „Zawiszę Czarnego” wypływającego z harcerzami na wody Bałtyku. Komendantem był generał Mariusz Zaruski - wielki żeglarz, twórca Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego i komendant harcerskiego „Zawiszy Czarnego”. Byliśmy na pożegnaniu, kiedy żegnał swoją ostatnią grupę tuż przed wybuchem wojny.
- 10-ego lutego 1939 roku, w dniu Święta Gdynii było podniesienie bandery na okręcie podwodnym „Orzeł”. Tego dnia byliśmy z mamą i bratem na Skwerze Kościuszki. To była radosna chwila - przypłynął nowy okręt, Biskup morski go poświęcił. W 1940 roku, w pierwszym patrolu przeciwko Niemcom, w tajemniczych okolicznościach okręt ten został zatopiony. Cała załoga zginęła…
- Pamiętam również przyjazd słynnego, polskiego tenora - Jana Kiepury. Był on bardzo popularnym nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Ojciec wrócił wtedy z pracy w porcie i powiedział do mnie i do brata: „Chłopcy, idziemy witać Jana Kiepurę, który wieczorem przyjedzie z Warszawy na gościnny występ do Gdyni”. To był koniec lipca, ponad miesiąc przed wybuchem wojny. Poszliśmy więc na dworzec, gdzie wysiadał Jan Kiepura, a ludzie krzyczeli: „Kiepura! Zaśpiewaj coś!”. Wszedł na dach taksówki i zaśpiewał: „Brunetki, blondynki ja wszystkie was dziewczynki całować chcę”... To zapamiętałem na całe życie! Te fakty bardzo utkwiły mi w pamięci. No i wiele innych rzeczy - spotkania z kolegami z drużyny harcerskiej, różne psoty, częste chodzenie na plażę. Miałem naprawdę dobre dzieciństwo, najlepsze lata mojej młodości… aż rozpoczęła się wojna.
- Mój ojciec był polskim patriotą i powstańcem wielkopolskim. Został aresztowany i wysłany do obozu Stutthof w 1939 roku gdy Niemcy wkroczyli do Gdyni. Całą wojnę przesiedział w obozach koncentracyjnych. My z mamą, w 1939 roku zostaliśmy wysiedleni przez Niemców do tak zwanego Generalnego Gubernatorstwa. Około 60 tysięcy ludzi wysiedlono. Część przyjęła niemiecką grupę narodowościową (Volkslistę), żeby uniknąć wywózki. Ich dzieci musiały później iść do armii niemieckiej. Wielu zginęło na froncie, część przeszła na stronę aliantów na froncie zachodnim. Ci, którzy nie przyjęli Volkslisty, byli wysiedlani i trafiali do bardzo ciężkich warunków. Po wojnie odbywały się procesy rehabilitacyjne. Jeśli ktoś współpracował z Niemcami i szkodził innym, ponosił konsekwencje. Jeśli ktoś tylko formalnie podpisał listę, ale nikomu nie zrobił krzywdy, często przywracano mu prawa obywatelskie. W gazetach publikowano nazwiska i wzywano do zgłaszania ewentualnych zastrzeżeń. To był trudny, skomplikowany czas. - wspomina Henryk - To było bardzo tragiczne wydarzenie. Wyrzucili nas z mieszkania tak, jak staliśmy. Byłem wtedy jeszcze małym chłopcem z malutkim plecakiem na plecach. Temu wydarzeniu poświęciłem książkę „We wspomnieniach gdyńskiego wysiedleńca”, której promocja odbędzie się niedługo. - mówi Henryk - Wyrzucili nas z pociągu za Częstochową. Pomorze i Wielkopolska została przyłączona do Rzeszy Niemieckiej, a Warszawa i Kraków znalazły się w tak zwanym Generalnym Gubernatorstwie. Pociąg stanął i po prostu kazali nam wysiadać. „Szukajcie sobie teraz lokum” -powiedzieli. Najpierw tułaliśmy się po różnych ludziach, którzy nas na chwilę przygarnęli, ale mama wiedziała, że to nie potrwa długo. Nawiązała kontakt z wujkiem - profesorem ogrodnictwa, Wojciechem Dużyńskim, który mieszkał w Krakowie. Przygarnął nas mimo trudnych warunków. Mieszkaliśmy u niego kilka miesięcy a potem mama zwróciła się do organizacji charytatywnej działającej na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Była to jedyna organizacja tolerowana przez Niemców - Rada Główna Opiekuńcza (RGO). Zajmowała się pomocą wysiedlonym Polakom z Wielkopolski i Pomorza, takim jak my. Po kilku miesiącach załatwili nam mieszkanie po Żydach, którzy najpierw musieli chodzić z opaską z gwiazdą Dawida, a potem zaczęto ich przesiedlać do getta. Ich mieszkania zostały opuszczone. Dostaliśmy dwa pokoje w trzeciej oficynie przy Małym Rynku - zapluskwione, bez wody, bez łazienki, z toaletą na podwórzu. W takich warunkach mieszkaliśmy pięć lat.
W domu w którym mieszkał mój Bohater wraz z rodziną, na Mikołajskiej 4, dziś jest tablica upamiętniająca Romana Darmolińskiego, który był porucznikiem AK. - Był naszym opiekunem i nadzorował harcerski zastęp wysiedlonych chłopców z ziemi pomorskiej - mojego brata, mnie i czterech innych kolegów. W podziemiach tego domu mieliśmy bunkier - kwaterę naszego zastępu. Tam działały Szare Szeregi. Bardzo wspierał nas również arcybiskup Adam Sapieha, metropolita krakowski. przez cały okres okupacji został w Krakowie. Pomagał ludziom, również żywnościowo.
- Głodowaliśmy. - wspomina - Mama bardzo się męczyła, żeby nas wykarmić. Nie pracowała a ojciec był w obozie. Brat zajmował się handlem - ja mu pomagałem. Te przeżycia wojenne bardzo nas zahartowały. Jedną dobrą stroną naszego pobytu w Krakowie było to, że młodzież polska mogła chodzić do szkoły z językiem polskim. W przeciwieństwie do Pomorza i Wielkopolski było to możliwe tylko w Generalnym Gubernatorstwie. W Warszawie i Krakowie młodzież mogła uczyć się w ojczystym języku. Nauczyciele byli Polakami i przemycali również wiadomości z historii i literatury polskiej. Chociaż nie wolno było tego robić, przekazywali również wiedzę o Polsce.
- Miałem ten przywilej, że znałem płynnie język niemiecki. Było to naturalne dla osób urodzonych na Pomorzu. Okazało się, że umiejętność ta bardzo mi się przydała podczas wysiedlenia. Gdyby nie to, że miałem idealny niemiecki akcent mogłoby mnie na tym świecie już dawno nie być. - mówi Henryk - Jako dziecko wstąpiłem do Szarych Szeregów. Ten język był nam potrzebny do kontaktów z wrogiem. Kiedy Niemcy łapali nas na jakimś sabotażowym występku - okłamywaliśmy ich i udawaliśmy “bałtyckich Niemców”. Dzięki temu wraz z bratem przeżyliśmy wojnę. Podkładaliśmy kolce pod samochody, przebijaliśmy opony, kradliśmy kluczyki z niemieckich aut, stwarzaliśmy różne przeszkody na drogach, blokowaliśmy zamki fałszywymi kluczami, roznosiliśmy prasę podziemną, rozwieszaliśmy antyhitlerowskie ulotki z hasłem „Hitler kaput” albo z rysunkiem Hitlera wiszącego na szubienicy. Takie właśnie rysunki pojawiały się na ścianach w Krakowie. I to wszystko robiliśmy my - harcerze Szarych Szeregów.
- Dziś nie odważyłbym się na to, na co odważyłem się wtedy. Gdyby Niemcy mnie złapali i odkryli, że nie jestem Niemcem bałtyckim, tylko Polakiem, zabiliby mnie na miejscu. Brat nauczył mnie mówić po niemiecku: Ich bin kein Pole, ich bin ein Baltendeutscher. Patrzeć w oczy, mówić spokojnie, z dobrym akcentem. To ratowało życie. Wielu naszych kolegów zginęło. Łapano ich i rozstrzeliwano bez sądu - choćby za malowanie antyhitlerowskich napisów. - mówi Henryk - Widziałem straszne rzeczy. Dwa razy widziałem publiczne wieszania Żydów na nasypie kolejowym pod Płaszowem. Niemcy robili to, żeby zastraszyć ludność. Widziałem też, jak wypędzano ludzi z getta - pobitych, głodnych, zakrwawionych. Przez teren getta przechodziła ulica z torami tramwajowymi. Tramwaje kursowały normalnie, a chodniki były oddzielone od jezdni drutem kolczastym. Za drutem stały żydowskie dzieci i błagały o chleb. Ludzie z tramwajów czasem rzucali im kawałki chleba przez ogrodzenie. Były też niemieckie obwieszczenia - za jednego zabitego Niemca rozstrzeliwano dwudziestu Polaków. Na jednej z takich list zobaczyłem nazwisko naszego porucznika. Pobiegłem do mamy i powiedziałem, że jest na liście rozstrzelanych. Na początku chodziłem do szkoły z żydowskimi dziećmi. W pierwszym roku po naszym przyjeździe jeszcze kilkoro żydowskich dzieci chodziło do mojej klasy, do polskiej szkoły. Ale w drugiej, trzeciej klasie już ich nie było. Wszystkich zabrano do getta. Moja szkoła mieściła się na Kazimierzu, przy ulicy Miodowej 11 - Polska Publiczna Szkoła Powszechna. To była dzielnica żydowska a uratowało się tylko kilka procent Żydów. Część była przechowywana przez Polaków, część uciekła ze Lwowa czy Krakowa na wieś i tam się ukrywała.
- Często jeździłem do Borku Fałęckiego i w okolice Płaszowa. Tramwaje - trójka i szóstka - kursowały w tamte rejony. Jeździliśmy z bratem w okolice dworca towarowego. Kradliśmy drewno i węgiel, bo w mieszkaniu nie było ogrzewania. Zimą musieliśmy palić w piecu tym, co udało się zdobyć. Chodziliśmy z workami i zbieraliśmy opał - skrzynki, kawałki drewna, węgiel. Tak wyglądało moje dzieciństwo. Ja od razu z dzieciństwa wpadłem w okupacyjną rzeczywistość.
- Po wojnie wróciliśmy do Gdyni. Niemcy przed wejściem Rosjan długo bronili się na Helu i ostrzeliwali Gdynię artylerią dlatego nasze mieszkanie zostało poważnie uszkodzone przez pociski artyleryjskie i było okradzione. Ojciec został oswobodzony i dostał mieszkanie służbowe z kwaterunku wojskowego. Mieszkaliśmy potem na ulicy Warszawskiej. - Wspomina Henryk - Zawsze pamiętam, że mój dom był bardzo patriotyczny, Problematyka wojenna i patriotyczna była stale obecna w rozmowach domowych. Ojciec dużo opowiadał o swoich wojennych przeżyciach i często zapraszał do domu kolegów powstańców. Ojciec pochodził z Jaraczewa koło Jarocina, a mama z samego Jarocina - z domu nazywała się Wawrzyniak. To stary, wielkopolski ród.
- Jako dzieci musieliśmy mieć więcej wyobraźni. Nie było telewizora, nie było telefonów komórkowych, nie było takich rozrywek jak dziś. W domu dużo czasu poświęcaliśmy na słuchanie rozmów starszego pokolenia - dziadków, babć, cioć, wujków, mamy. W Gdyni miałem ojca chrzestnego, który pracował w porcie. Był bardzo zdolny manualnie, zajmował się stolarstwem i robił drewniane zabawki. Na każde moje imieniny - 19 stycznia przygotowywał dla mnie jakąś zabawkę z drewna: konika na biegunach, kolejkę, różne rzeczy, które były akurat modne. Dzięki rodzinie trwał w nas głęboki patriotyzm i przywiązanie do tradycji. Te więzi rodzinne bardzo nam pomogły. Jedna z cioć była profesorem języka angielskiego i przez całą wojnę uczyła nas tego języka. Dlatego po wojnie, gdy wróciłem i zacząłem studiować w Szkole Handlu Morskiego w Sopocie, znałem już dobrze angielski i to bardzo mi pomogło w studiach. Nauka i kształcenie się, szczególnie języków, naprawdę otwieraj dużo drzwi. Niemiecki i angielski znałem już jako dziecko. Przed wojną około dwadzieścia procent mieszkańców Sopotu stanowili Polacy, reszta to byli Niemcy a ze względu na to, że miałem dużo kontaktów z niemieckimi dziećmi to szybko i sprawnie nauczyłem się języka. Dlatego kiedy wybuchła wojna i w Krakowie rozmawiałem z Niemcami po niemiecku - myśleli, że jestem Niemcem. A mnie na tym zależało, bo miałem z nimi lepszy kontakt i mogłem z nimi handlować - czasem ich też oszukiwałem. Takie wojenne sprytne kombinowanie trochę się przydało. Wojna i takie jednostronne sieroctwo, bo ojca nie było, hartują człowieka. Wykształcają samodzielność i roztropność. Musiałem radzić sobie sam - zdobywać chleb, organizować żywność na kartki, kombinować, jak zdobyć jedzenie. Wszystko było na przydział. Trzeba było zastanawiać się, jak oszukać Niemców, jak coś zdobyć. Dzisiaj dzieci nie są do tego zmuszone - rodzice wszystko im podają. Siedzą przed telewizorem, patrzą w telefon, w autobusie też w telefon. To im zasłania cały świat. A ja musiałem intensywnie myśleć - jak pomóc mamie, która sama wychowywała troje dzieci i nie pracowała. Mama wysyłała mnie poza Kraków do znajomych rolników, którzy dawali nam żywność. Jechałem sam, ośmioletni chłopak, z plecakiem. Nieraz Niemiec mnie zaczepiał: „Gdzie jedziesz, Polaku?”. A ja mówiłem, że nie jestem Polakiem, że jestem Niemcem. Kombinowałem, kłamałem - bo życie mnie do tego zmuszało. To była wojna. Mieliśmy też prasę podziemną - drukowaną po polsku. Gazetki rządu londyńskiego były przedrukowywane w tajnych drukarniach. Co kilka dni mieliśmy wiadomości ze świata. Była też tzw. prasa gadzinowa - po polsku, ale wydawana przez Niemców, np. „Goniec Krakowski”. Większość Polaków jej nie czytała. Jednak w 1943 roku, kiedy Niemcy zaczęli ogłaszać nazwiska ofiar z Katynia, opublikowali listy zamordowanych. Ludzie przychodzili do mnie i prosili, żebym zdobywał te gazety, bo szukali nazwisk swoich bliskich. Płacili mi kilka razy więcej za egzemplarz i prosili, żebym przynosił kolejne numery. Ta prasa, choć propagandowa, miała w tej jednej sprawie znaczenie. Nawet o śmierci generała Sikorskiego napisali i podali jego życiorys. Taka była rzeczywistość okupacyjnego Krakowa.
- Do 1989 roku nie chwaliłem się, że byłem w Szarych Szeregach, bo była to organizacja związana z Armią Krajową, a w komunistycznej Polsce patrzono na to źle. Po upadku komunizmu, po wyborach w 1989 roku, zacząłem pisać pamiętniki, które wysłałem później do Krakowa. Otrzymałem póxniej członkostwo w Związku Kombatantów i Osób Represjonowanych. Zostałem tam przyjęty jako harcerz Szarych Szeregów. Wysiedleni z Gdyni też są uznawani za osoby represjonowane. Jestem więc podwójnie uznany: jako członek Szarych Szeregów i jako wysiedlony w 1939 roku.
- Wojna zdecydowanie ukształtowała mój charakter. Nauczyła mnie silnej woli, cierpliwości, wytrwałości w dążeniu do celu. Zahartowała mnie. Dużo zawdzięczam bratu - był trzy lata starszy, więcej rozumiał. Dzięki niej nauczyłem się konspiracji. W PRL-u wiele rzeczy robiło się po cichu. Nie wolno było mówić, że zbrodni katyńskiej dokonali Rosjanie. A my tylko wśród zaufanych osób mówiliśmy prawdę. Za takie słowa można było trafić do aresztu. W zakładzie pracy każdy miał swojego „opiekuna” z Urzędu Bezpieczeństwa. Do mnie też przychodził oficer UB i wypytywał, o czym rozmawiałem z zagranicznymi gośćmi. Zawsze mówiłem, że o zabytkach Gdańska, o Kościele Mariackim, o „Sądzie Ostatecznym” Memlinga. Nigdy o sprawach politycznych czy wojennych kontaktach. Wiedziałem, czego nie wolno mówić. Tego nauczyła mnie okupacja. Przed powstaniem „Solidarności” kolportowaliśmy ulotki w instytucie. Pisane na maszynie, powielane. Oficer coś podejrzewał, ale nigdy mnie nie złapali. W 1990 roku, gdy wyprowadzono sztandar PZPR, poczułem się wolnym człowiekiem. Dostałem paszport i zacząłem wyjeżdżać za granicę. Dwa razy na Hawaje i do wszystkich krajów europejskich. W Rzymie byłem pięć razy. Byłem też w Lizbonie, Madrycie, Brukseli, Atenach… Tam dostałem dyplom i zostałem honorowym członkiem organizacji bibliotek morskich. Po 1990 roku zacząłem żyć intensywniej: dużo jeździłem za granicę, również na statkach badawczych. Jeszcze za komuny pływałem na dużym statku profesora Siedleckiego - wtedy nie miałem paszportu, wystarczyła książka żeglarska, czyli dokument marynarza. Zwiedziłem Montevideo, Peru, Kanadę Zachodnią, Południową Afrykę… Łącznie 54 kraje świata! Nawet Hawaje. To były czasy, kiedy dla wielu rodaków podróże były marzeniem. W Rzymie Polaków jeszcze prawie nie było. Przez całe moje życie obserwowałem już dziewięciu papieży: od Piusa XI do Franciszka. W czasach komunizmu miałem okazję wyjeżdżać służbowo na statkach. Głównie dzięki temu, że w 1955 roku skończyłem Wyższą Szkołę Handlu Morskiego w Sopocie, Wydział Ekonomii Rybackiej. Zostałem skierowany do Dalmoru - największego polskiego przedsiębiorstwa połowów dalekomorskich. Pracowałem tam 13 lat, jako obserwator rybacki, w celu odkrywania nowych łowisk. W 1967 roku przeszedłem do Morskiego Instytutu Rybackiego, jako kierownik Biblioteki Naukowej i Ośrodka Informacji Naukowej. Pracowałem tam do 1998 roku, kiedy przeszedłem na emeryturę. Nadal mam kontakt z Instytutem i redaguję gazetę rybacką.
Nie byłabym sobą, gdybym nie spytała o pierwszą miłość. - W czasie wojny w Krakowie kochałem taką dziewczynkę. A to byłem dzieckiem.Tak mi się bardzo podobała ta dziewczynka, bo myślałem sobie, że jak się wojna skończy to to ja się jej oświadczę. Ale to było wszystko jeszcze za wcześnie. Za młody byłem. I właściwie całe życie żyłem taką miłością braterską, rodzinną a moją żonę poznałem dopiero jak poszedłem na studia. Wędrowałem po Tatrach z plecakiem i to była moja pierwsza miłość i do końca. Żyłem z nią prawie 60 lat. Zmarła mi 6 lat temu podczas pandemii. Miała 90 lat. Teraz już jestem w takim wieku, że już mam tylko dużo przyjaciół. Taka miłość braterska i koleżeńska. Mamy taką paczkę, w której się spotykamy z różnych okazji. Jak ktoś ma imieniny, ktoś ma jakiś jubileusz, to się spotykamy z tą naszą paczką, która liczy 30 osób. Trzeba miłować przyjaciół. Wszystkich ludzi dobrej woli trzeba kochać, szanować, pomagać im. Trzeba cenić sobie przyjaźń. Jeśli ktoś mi coś dobrego zrobi to zawsze mam uczucie wdzięczności i podziękowania za dobre.
- Najpiękniejszą radą dla młodych mógłby być wiersz, napisany przez mojego przyjaciela Zbigniewa Kabatę:
“Piszę ten list do młodych panienek i chłopaków w imieniu pokolenia wykończonych wapniaków. W imieniu pokolenia skapcaniałych ramoli, które nic nie rozumie, tylko stale biadoli. I na dzisiaj narzeka, i na wczoraj spogląda, co na karku mu wisi, niby karby wielbłąda. Które wciąż ma wam za złe, które was krytykuje, teraźniejszość odrzuca i przeszłego żałuje. Takie wasze jest zdanie, tak na nich spoglądacie, taką właśnie opinię o tych wapniakach macie. Lecz pamiętajcie mili, że lata wartko płyną, że dni waszej młodości bezpowrotnie przeminą. Zanim się obejrzycie z osłupiałym zdumieniem, staniecie się następnym wapniaków pokoleniem. I zaczniecie wstecz patrzeć. I co tam zobaczycie? Co godnego pamięci pozostawi wam życie? Ci, z którychście szydzili, pamiętają dni krwawe, i ofiary, i boje, i męczarnie, i sławę. Dni, w których każdy musiał dokonywać wyboru między dobrym, prywatnym i wymogiem honoru. Dni, z których każdy dla nich oczywisty miał związek z pojęciami jak służba, lojalność, obowiązek i oddanie do śmierci. To wszystko pozostało i dla waszych wapniaków bezczasowym się stało. Ciekawe, moi drodzy, jakie wczoraj zostanie po waszych dniach dzisiejszych, gdy przyszłością się stanie? Czy potraficie spojrzeć choć odrobiną dumy na przeszłość, gdy was znajdzie w szarych chwilach zadumy? Może wtedy ujrzycie tych wczorajszych wapniaków, te wczorajsze bojowe panienki i chłopaków w lustrze własnej przeszłości, przed oczyma wam stanie dla was raczej ujemne historyczne równanie. Gdy palcami was wytknie następna młoda fala, że rozumiecie za późno, z perspektywy, z oddala, że są sprawy ważniejsze niż balansy bankowe. Może wtedy przed nami cicho schylicie głowę.“