02/06/2026
W lesie są dźwięki oczywiste i dźwięki, których zrozumienie wymaga odrobiny wiedzy i wyobraźni. Szum sosen nikogo nie dziwi, krzyk sójki brzmi jak sąsiedzki alarm i też jest dość łatwy do rozpoznania. Śpiew drozdów, trzepot skrzydeł gołębia, chrobot wiewiórki w korze, wszystko to układa się w dobrze znaną pieśń lasu. Ale potem nagle rozlega się seria suchych, wcale nie szybkich uderzeń, jakby ktoś w głębi drzewostanu postanowił zmontować szafkę bez czytania instrukcji. Las na moment milknie, człowiek podnosi głowę, a gdzieś wysoko pracuje dzięcioł.
Dzięcioły to ptaki osobliwe, bo z jednej strony powszechnie znane, z drugiej zaskakująco słabo rozumiane. Każdy wie mniej więcej, jak wygląda dzięcioł. Czarno biały, czerwony akcent, siedzi pionowo na pniu, stuka. Problem w tym, że równie dobrze można by powiedzieć, że każdy zna samochody, bo widział kiedyś Toyotę. Za tym stukaniem kryje się świat zdumiewająco precyzyjnych rozwiązań, rodzinnych dramatów, architektury mieszkaniowej oraz pracy, z której korzysta pół lasu.
W Kampinoskim Parku Narodowym słychać to szczególnie dobrze. Są tu stare sosny, dęby, olchy, fragmenty łęgów, bory i miejsca, gdzie drzewa- owszem stoją już z godnością ludzi emerytowanych, trochę spróchniałe, ale nadal potrzebne. A właśnie takie drzewa dzięcioły cenią najbardziej. Nie idealne, nie wypolerowane, nie równe jak z katalogu ogrodniczego, tylko prawdziwe. Z bliznami, pęknięciami, z ukrytym życiem pod korą. Dzięcioł patrzy na pień inaczej niż człowiek. Tam, gdzie my widzimy stare drewno, on widzi spiżarnię, mieszkanie, salę koncertową i przyszłość swojej rodziny!
Najbardziej teatralny z nicj jest chyba dzięcioł czarny. Gdyby las miał urząd skarbowy, dział techniczny i wydział do spraw równouprawnienia, zapewne kierowałby nim właśnie on. Wielki, niemal wielkości wrony, cały czarny, z jasnym okiem i czerwonym berecikiem samca albo skromniejszą czerwienią samicy z tyłu głowy, wygląda jak ktoś, kto przyszedł załatwić sprawę konkretnie i oficjalnie. Jest ptakiem tak charakterystycznym, ale wciąż pomylić go można z kawką czy gawronem, pod warunkiem że gawron przeniesie się do lasu, nagle dostawnie świądu dzioba i zacznie uderzć w pnie drzew.
Dzięcioła czarnego łatwiej jednak usłyszeć niż zobaczyć. Jest płochliwy, ostrożny i ma opinię stworzenia, które ceni prywatność. Za to jego głos niesie się po lesie w sposób trudny do zignorowania. Dawniej mówiono, że to diabeł urządza wesele, dziś powiedzielibyśmy pewnie, że ktoś testuje dziwny, długi i cienki instrument dęty. Ten gwizdo-pisk doprawdy trudno nie-usłyszeć, ale jeśli ktoś nie wie, że to właśnie dzęcioł – to sam się raczej nie domyśli. Jak przystało na dzięcioła, czarny uderza także w drewno. Wiosną samiec bębni tak donośnie, że sygnał słychać nawet z kilometra. To nie jest głos dobywający się z dzioba, ile dźwięk perkusji, czyli uderzeń w drewno tegoż dzioba, wcale nie subtelna sugestia, tylko komunikat w rodzaju: mieszkam tu, jestem w formie i proszę nie zawracać sobie głowy próbami dyskusji do kogo ten kawałek lasu należy. Werblowanie ma przyciągnąć samicę i jeśli jest wystarczająco mocne i donośne- owszem przyciąga.
Potem zaczyna się praca. Para wspólnie wykuwa nową dziuplę, często wysoko, głęboko i z rozmachem godnym dewelopera lat 90. Powstaje komora lęgowa i to całkiem głęboko w dół, która po sezonie zostanie przekazana kolejnym użytkownikom. Gągoły, siniaki, wiewiórki, popielice, nietoperze, rozmaite stworzenia ustawiają się niemal w kolejce. Dziuplę zajmują nawet puszczyki, bo otwór 12/18 cm daje sporo możliwości. Prawda -daje też możliwości drapieżnikom, ale dorosła para potrafi zniechęcić nawet kunę – zawodowego rabusia gniazd. Tak, czy siak gdyby leśne sowy prowadziły księgę wieczystą, nazwisko dzięcioła czarnego pojawiałoby się tam bardzo często. To jeden z najważniejszych deweloperów lasu, ale uczciwych, bo nigdy nie ląduje na stronach gazet w atmosferze afer i przekrętów.
Dzięcioł czarny żywi się głównie larwami chrząszczy, owadami ukrytymi w drewnie, mrówkami, czasem owocami. Jego język działa jak narzędzie specjalistyczne, stworzone do wydobywania tego, czego inni nawet nie zauważą. Tam, gdzie on pracuje, zamierające drzewo staje się źródłem życia dla całej sieci zależności.
A jeśli czarny jest administracją lasu, to dzięcioł zielony będzie jego ekscentrycznym kuzynem, który trochę się przykłada do rodzinnego interesu, ale już nie tak bardzo. Drugi co do wielkości, zielonkawy, z czerwonym beretem i żółtawym kuprkiem widocznym w locie, wygląda jak ptak zaprojektowany przez kogoś, kto uznał, że brązy są zbyt nudne..ba! wygląda w zasadzie jak papuga, gdyby nie ten prosty dziób. Zresztą z tymi egotycznymi ptakami bywa właśnie mylony. Ktoś zobaczył go przed domem w ogrodzie i powiedział - papuga!
Ma falisty lot jak inni krewniacy, ale pod wieloma względami idzie pod prąd. Przede wszystkim nie przepada za klasycznym dzięciołowym bębnieniem. Owszem, potrafi, ale robi to niechętnie. Zamiast tego woli śmiech. Donośny, niosący się po okolicy głos, brzmiący jak seria „ha ha ha ha ha!”, potrafi zaskoczyć spacerowicza bardziej niż nagłe pojawienie się sarny. Jest to zatem ptak, który ogłasza swoją obecność nie werblem, lecz kpiną. Jego głos często mylony bywa zresztą, z głosem większego kuzyna, ale w przeciwieństwie do dzięcioła czarnego, „kpiny” zielonego nie są poprzedzane przeciągłym zawołaniem. Czyli jak ktoś zaczyna śmiać się z miejsca i tak samo – to wiemy że to dzięcioł zielony, a nie czarny. Nawiasem mówiąc, tam gdzie żyje czarny, czyli w środku lasu, tam raczej nie usłyszymy zielonego. I vice versa – czarnego usłyszymy (i zobaczymy) w parku narodowym, ale nie parku miejskim, jak zielonego. Tam, gdzie oba gatunki będą obok siebie to najczęściej stare, nadrzeczne łęgi. Druga osobliwość polega na tym, że zielony spędza zaskakująco dużo czasu na ziemi. Dla wielu dzięciołów pień drzewa to centrum świata. Dla niego to tylko część planu dnia, bo bardzo często schodzi na trawę, rozkopuje mrowiska z zapałem archeologa i wyjada mrówki długim, lepkim językiem (jest naszym leśnym odpowiednikiem mrówkojadów). Jeśli gdzieś w Kampinosie zobaczymy zielonkawego ptaka skaczącego po ziemi z miną człowieka, który właśnie przypomniał sobie ważną sprawę, istnieje spora szansa, że to właśnie on. Dzięcioł zielony gniazduje w miękkim drewnie topól, wierzb, osik. Szuka miejsc, gdzie da się pracować skutecznie, bez heroicznego wysiłku w kuciu. To cecha godna szacunku, wcale nie oznaka lenistwa.
No i jest też dzięcioł duży, najpowszechniejszy i dla wielu ludzi po prostu ten dzięcioł. Czarnobiały, z czerwonym podogoniem, samiec z czerwoną plamką z tyłu głowy, energiczny, zdecydowany, obecny w lasach, parkach, ogrodach, a czasem tuż za oknem. Jeśli ktoś słyszy regularne wiosenne werble na osiedlu, istnieje spora szansa, że właśnie duży prowadzi lokalną politykę informacyjną. Jak każdy dzięcioł jest doskonale przystosowany do nadrzewnego trybu życia i poruszania się tam, gdzie inni mieliby problem. Jego stopy chwytają korę z precyzją alpinisty, ogon służy jako podpórka, czaszka amortyzuje wstrząsy, a mózg jest zabezpieczony lepiej niż muzealna porcelana w przesyłce kurierskiej. Bębni szybko, krótko i skutecznie. Potrafi też wykorzystać do tego metalowe rynny, latarnie czy parapety, bo skoro można nagłośnić przekaz, to dlaczego nie. Aha - co do tego bębnienia…jeśli słyszysz szybkie, głosne i regularne uderzenia -to jest to wiadomość i cel bębnienia sam w sobie. Informacja, że jest gotowy do godów, że szuka partnerki, że tu właśnie jest i się nie wybiera nigdzie indziej. Jeśli natomiast to dźwięk przypominający kłucie dłutem w drewnie, nieregularne, wolne, przypadkowe – to nie jest żadna wiadomość, ale zwyczajnie odgłos towarzyszący jego pożywianiu się - trochę jak nasze mlaskanie. My co prawda mlaskaniem komunikujemy, że nie słuchaliśmy rodziców, którzy zwracali uwagę przy stole, mówimy o sobie że brak nam kultury, ale dzięcioł nie ma wyboru; wyciąga z drewna bezkręgowce, a cicho się tego zrobić nie da.
Nie jest zresztą wybredny; zjada owady, larwy, nasiona z szyszek, czasem owoce, bywa oportunistą. Potrafi zaklinować szyszkę w szczelinie kory i rozłupywać ją systematycznie, tworząc tak zwane kuźnie. Pod takim miejscem leżą potem stosy obdartych szyszek, wyglądające jak ślady obecności wiewiórki chorej na świąd siekaczy.
No i jest jeszcze dzięcioł średni, mniej znany, subtelniejszy, trochę jak człowiek kompetentny, ale skromny, wręcz wstydliwy. Ma intensywnie czerwoną czapeczkę u obu płci, łagodniejszy wyraz twarzy, krótszy dziób i zwyczaje odbiegające od stereotypu. Rzadziej kuje drewno, rzadziej werbluje, częściej porusza się po gałęziach jak sikora czy kowalik. Zbiera owady z kory i liści, używa dzioba raczej jak pęsety niż dłuta do drewna. Lubi stare lasy liściaste, szczególnie z dębami, grabami, wiązami. Potrzebuje drzew dojrzałych, prześwietlonych, z martwym drewnem, z naturalnym nieporządkiem, którego nowoczesne porządki drzewostanów gospodarczych tak nie lubią. Jest przez to świetnym wskaźnikiem jakości lasu. Jeśli jest średni, znaczy że środowisko nie ma się najgorzej.
I tu dochodzimy do sprawy ważniejszej niż same ptaki. Dzięcioły nie są jedynie ozdobą drzew ani leśnym efektem dźwiękowym. To inżynierowie ekosystemu, którzy kując dziuple, tworzą mieszkania dla dziesiątek innych gatunków. Wyjadając larwy spod kory, ograniczają liczebność owadów żerujących w drewnie. Rozkuwając martwe pnie, przyspieszają obieg materii. Wskazują miejsca cenne przyrodniczo. Są jak zespół techniczny, sanitarny i budowlany w jednym. Problem w tym, że ich świat zależy od czegoś, czego ludziom często brakuje najbardziej, czyli cierpliwości. Dzięcioł potrzebuje drzewa starego. A stare drzewo potrzebuje czasu. Nie da się go zamówić na jutro. Nie da się go przyspieszyć aplikacją. Nie da się wyhodować dojrzałego lasu do końca tygodnia, a kiedy usuwa się martwe pnie, bo wyglądają nieestetycznie, albo ktoś lamentuje, że wszystko za chwilę spłonie ze szczętem i sami będziecie sobie robić meble z plastiku, kiedy porządkuje się każdy zakątek hodowli leśnej, a nawet miejskiego parku, kiedy wszystko ma być równe w rzędach, bezpieczne i przewidywalne, znika przestrzeń dla dzięciołów. A kiedy znikają dzięcioły, po cichu ubożeje cały system. Mniej dziupli, mniej schronień, mniej naturalnych procesów, mniej życia tam, gdzie z pozoru wszystko nadal wygląda zielono.
Dlatego Kampinoski Park Narodowy, ze swoją mozaiką borów, olsów, wydm i bagien, z drzewami młodymi, starymi i całkiem martwymi, jest miejscem tak ważnym. Nie tylko dla wielkich ssaków, które trafiają na okładki folderów i na banery edukacyjne, ale także dla ptaka, który przez pół godziny wali dziobem w sosnę, po czym odlatuje i drugie pół godziny krzyczy sobie z czubka drzewa. Także więcej niż warto następnym razem, gdy w lesie rozlegnie się ten suchy werbel, nie traktować go jak tła. To nie hałas, tylko komunikat, że mechanizmy przyrody wciąż działają. Że ktoś właśnie patroluje pień, ktoś buduje przyszłe mieszkanie dla nietoperza, ktoś wydobywa larwę spod kory, ktoś ogłasza światu, że żyje.
A w czasach, w których tyle rzeczy milknie i to coraz szybciej, taki odgłos ma w sobie zaskakująco dużo nadziei…
✍️Antoni Gąssowski