05/04/2026
Warto spojrzeć na tę sytuację szerzej — nie tylko jako spór dwóch osób, ale jako zderzenie dwóch różnych sposobów poznawania rzeczywistości.
Z jednej strony mamy podejście naukowe, oparte na rygorze, weryfikowalności i precyzyjnych definicjach — fundament, na którym stoi współczesna technologia, medycyna i bezpieczeństwo poznawcze. Z drugiej strony istnieje nurt eksploracyjny, który porusza się na granicy tego, co jeszcze nie zostało zbadane lub zrozumiane, często opierając się na relacjach i doświadczeniach subiektywnych.
Problem zaczyna się wtedy, gdy te dwa porządki się mieszają — gdy hipotezy lub interpretacje są przedstawiane jako wiedza naukowa, albo gdy nauka z góry odrzuca wszystko, co wykracza poza jej aktualne modele.
Być może potrzebujemy nie tyle kolejnego konfliktu, co nowego standardu rozmowy:
– jasnego rozróżnienia między tym, co jest potwierdzone, a tym, co jest hipotezą
– większej pokory po obu stronach
– i przestrzeni, w której można badać zjawiska nietypowe bez nadawania im od razu statusu „prawdy” lub „bzdury”
Bez tego będziemy się dalej rozmijać — a przecież celem obu stron, przynajmniej w założeniu, jest lepsze zrozumienie rzeczywistości.
Pseudonauka. Przeczytałem książkę Roberta Bernatowicza. Odsluchałem kilka jego wywiadów. Nic mnie tak nie bolało w ostatnich tygodniach. Uważam, że takie rzeczy powinny być publikowane przez wydawnictwa z obowiazkową adnotacją: literatura fantasy. Dokładnie tak samo powinny oznaczać media jego wywiady. Prawo powinno regulować takie rzeczy. Zjawiska uznawane przez niego za „znaki na ciele” czy „samospalenia” są przez lekarzy i fizyków tłumaczone konkretnymi jednostkami chorobowymi lub specyficznymi warunkami fizykochemicznymi. Ignorując racjonalne, prozaiczne wyjaśnienia badanych spraw nadaje im wręcz wizjonerski wymiar. Treści pełne są błędów fizycznych. Takich na poziomie trzeciej klasy liceum.
W książce i wywiadach pojawiają się sformułowania, że granica między nauką a „niepoznanym” zaciera się. Dla osób ceniących rygor naukowy jest to manipulacja – używanie terminologii „naukowej” do opisywania zjawisk magicznych lub duchowych (tzw. pseudonauka).
W publikacji pojawiają się wątki bardzo subiektywne, jak np. historia o „liście do Watykanu” czy interpretacje osobistych wizji. Z punktu widzenia racjonalisty są to treści czysto publicystyczne lub wręcz fantastyczne, nieposiadające żadnej wartości poznawczej. W książce Roberta Bernatowicza (oraz w jego ogólnej filozofii prezentowanej w mediach) najpoważniejsze błędy z punktu widzenia nauki nie wynikają z pomyłek w obliczeniach, ale z fundamentalnego niezrozumienia metody naukowej oraz praw fizyki i biologii. Pisze tak głębokie nieprawdy naukowe, że uważam książkę wręcz za obrażającą naukowców. Podam przykłady.
Bernatowicz często argumentuje, że energia świadomości musi „gdzieś krążyć”, bo energia w przyrodzie nie ginie. Jest to błędna interpretacja zasady zachowania energii. To jest czysta nieprawda. Świadomość nie jest „energią” w sensie fizycznym. Nie wiemy czym jest. Ale wiemy, czym nie jest. Nie jest energią. W fizyce energia ma konkretne jednostki (dżule) i formy (kinetyczna, potencjalna, cieplna). Świadomość nie ma masy, temperatury ani napięcia elektrycznego. Gdyby świadomość była energią fizyczną, musiałaby podlegać prawom termodynamiki. Moglibyśmy ją zważyć (zgodnie z wzorem E=mc^2). Moglibyśmy ją wykryć detektorami (tak jak promieniowanie radiowe czy rentgenowskie). Musiałaby tracić na sile wraz z odległością. Nie potrafimy. Mówienie, że świadomość to energia, jest jak mówienie, że jazda rowerem to benzyna. Benzyna pozwala jechać, ale „jazda” sama w sobie nie jest substancją, którą można przelać do kanistra po tym, jak rower się rozpadnie. Śmierć mózgu oznacza ustanie procesów elektrochemicznych. Energia metaboliczna organizmu rozprasza się w postaci ciepła do otoczenia, zgodnie z entropią. Nie ma fizycznego nośnika, który „przenosiłby” wspomnienia czy osobowość do innego ciała. To jest po prostu sprzwczne z drugą zasadą termidynamiki. Tyle ze nikt z tych, którzy te wywiady prowadzą nie ma kwalifikacji, by to punktować.
W narracji o dzieciach pamiętających poprzednie wcielenia autor sugeruje istnienie mechanizmu zapisu informacji poza strukturami biologicznymi. Twierdzenie, że noworodek może posiadać wspomnienia osoby zmarłej w innym miejscu globu jest niedorzeczne. Genetyka i epigenetyka (badająca wpływ środowiska na ekspresję genów) nie znają mechanizmu, który pozwalałby na transfer konkretnych obrazów, języków czy dat między obcymi sobie ludźmi. Wspomnienia są formowane przez synapsy w mózgu konkretnego osobnika.
Bernatowicz, podobnie jak wielu autorów nurtu New Age, nadużywa terminologii kwantowej do wyjaśniania zjawisk nadprzyrodzonych. Sugerowanie, że obserwator „tworzy rzeczywistość” lub że splątanie kwantowe wyjaśnia telepatię. Bzdura. Mechanika kwantowa operuje w skali subatomowej. Dekoherencja środowiskowa sprawia, że te efekty nie przekładają się bezpośrednio na świat makroskopowy (naszą codzienność). Zresztą ojcem tego obszaru współcześnie jest genialny Polski fizyk pracujący w Los Alamos, prof. Wojciech Żurek. Żurek położył zresztą kres mistycznym interpretacjom, jakoby to „ludzka świadomość” redukowała funkcję falową. Udowodnił, że to interakcja fizyczna (np. zderzenie z cząsteczką pyłu) wykonuje „pomiar”. Świadomość nie jest do tego potrzebna. Używanie fizyki kwantowej do tłumaczenia duchów to tzw. mistycyzm kwantowy.
Autor często przywołuje przypadki ludzi, którzy rzekomo spłonęli „od wewnątrz” siłą myśli lub energii. Twierdzenie, że jest to zjawisko niewyjaśnione i paranormalne jest nie prawdą, gdyż dokładnie wiemy, co jest jego źrodlem. Nauka wyjaśniła to zjawiskiem tzw. efektu knota (wick effect). Odzież ofiary nasiąka wytopionym tłuszczem ludzkim, co pozwala na powolne spalanie się ciała w relatywnie niskiej temperaturze przez wiele godzin, bez niszczenia otoczenia.
Ksiazka jest pełna dowodów anegdotycznych. To największy błąd metodologiczny książki. Przyjmowanie relacji świadka za fakt obiektywny. Ludzie po prostu kłamią, bywają chorzy, nauka kwantyfikuje, potwiedza lub zaprzecza. Psychologia poznawcza dowiodła, że ludzka pamięć jest niezwykle podatna na sugestię, konfabulację i zniekształcenia (zjawisko fałszywych wspomnień). Dla nauki opowieść o spotkaniu z UFO jest dowodem jedynie na to, że ktoś wierzy, iż coś widział, a nie na obecność obiektu fizycznego.
Uważam, że książka obraża rzeszę polskich naukowców. Poraża mnie, jak media spragnione zasięgów dają temu człowiekowi sławę, zapraszają go nie konfrontując tego co mówi z nikim, żadnym fizykiem po drugiej stronie. Pan Robert dobrze wie, komu udzielić wywiadu. Kto “słowem naukowym” nie potrafi skontrować tego, w co wierzy. Problem w tym, że on nie nazywa tego wiarą, a wiedzą.
Tak właśnie stajemy się społeczeństwem opartym na spekulacji, teoriach spisku i pseudonauce. Zaraz będzie gościem Onetu. Słowa Pana Roberta zweryfikuje fizyk “Wojewódzki”. Wystarczy zresztą przeczytać komentarze tu. Nawet, gdybym osobom wpatrzonym w takie teorie pokazał naocznie dowód, że białe jest białe one i tak powiedzą: jest czarne. Na takim właśnie mechaniźmie żerują tacy ludzie. Nauka ma mniej fajerwerków, z odwagą mówi “nie”, wysublimowanie “nie wiem”. Ma jednak jedną przewagę: jest prawdziwa. Media, zapraszając takie osoby, tylko uwiarygadniają ich teorie. “Skoro X go zaprosił, może cos w tym jest”. A X zaprasza, bo żyje z wyświetleń które taka treść gwarantuje.
Cześć osób prezentujących takie treści są po prostu osobami zaburzonymi. Osobowość schizotypowa. Apofenia i pareidolia. Paranoja indukowana. Mechanizm "Needs to be special". Psychiatria stawia diagnozę zazwyczaj wtedy, gdy dane przekonania powodują cierpienie lub dysfunkcję (człowiek przestaje pracować, traci kontakt z rodziną, staje się agresywny). W przypadku osób medialnych często mamy do czynienia z tzw. "high-functioning", mogą one posiadać bardzo specyficzny, być może klinicznie zastanawiający obraz świata, ale dopóki przekuwają to w książki i działalność fundacji, traktuje się to jako element ich wizerunku lub specyficznej filozofii życia. Problem w tym, że robią innym krzywdę podważając zaufanie do nauki. Nie mówię, że tu tak jest. Ale sluchając takich rzeczy, musimy mieć to na uwadze zawsze! Musimy.
Jeśli dla kogokolwiek tu cokolwiek znaczy moje słowo: nie dawajcie temu człowiekowi uwagi. Zarabia na dezinformacji ubranej w uniform czystej nauki. Nie ma z nią nic wspólnego. Można je porównać do para - religii. Bardzo, bardzo niebezpiecznej. Możemy wyrzucić do kosza Newtona, Einsteina, Skłodowską, Hawkinga, Penrosa I wierzyć w Bernatowicza. Ale wtedy jest to “wiara”. Nic więcej. Do tego bardzo niebezpieczna, bo podważająca fundamenty I zamieniajaca je na spekulacje.