28/08/2026
#7
W grudniowym wydaniu dwutygodnika „Nadodrze” z 1975 roku ukazał się wywiad z prezesem ówczesnego Lubsko-Jasieńskiego Towarzystwa Kultury w Jasieniu, inż. Marianem Szpakiem.
Na szczególną uwagę zasługuje fakt, jak dużą rolę już wówczas przypisywano grodowi w Wicinie – wyjątkowemu miejscu i prawdziwej perełce naszego regionu. W rozmowie wyraźnie widać nadzieje związane z jego odkrywaniem, promocją i wykorzystaniem potencjału tego niezwykłego stanowiska archeologicznego.
Po blisko pięćdziesięciu latach warto wrócić do tych słów i spojrzeć na Wicinę oczami ludzi, którzy już wtedy dostrzegali jej ogromne znaczenie.
Zapraszamy do lektury!
Najkrótsza linia, czyli o tym, jak szukać szans dla kultury -
Z inżynierem Marianem Szpakiem rozmawia red. Irena Kubicka
I.K. — Spotykamy się i rozmawiamy w tak szczególnych okolicznościach, że zanim postawię pierwsze pytanie, należałoby właściwie te okoliczności opisać.
M. Sz. — Gdyby Pani posiadała mikrofon byłoby to o wiele prostsze.
I.K. — Słowo pisane jest również obrazowe. A więc stoimy w hallu Klubu ZREMB w Jasieniu, który na dzisiejszą okazję przeistoczył się w ekspozycję wykopaliskową, w sali obok toczą się obrady sesji archeologicznej, której głównym tematem, ale nie tylko, jest Wicina. Zjechali tu również z różnych miast, także spoza województwa, archeologowie i historycy. Przyzna Pan, że nie jest to codzienne zjawisko w tak małej miejscowości, jak Jasień, w której liczy się tylko Fabryka Maszyn Budowlanych. I żeby nie pozostawiać niedomówień, wyjaśnijmy od razu, że Pan jest dyrektorem tej fabryki...
M. Sz. — Ale jednocześnie także prezesem Lubsko-Jasieńskiego Towarzystwa Kultury.
I.K. — I to też przyzna Pan nie jest codzienne? Ludzie związani z techniką, z produkcją, jeśli poszukują odprężenia w kulturze, to czynią to raczej w sposób bierny jako odbiorcy, rzadziej jako organizatorzy życia kulturalnego w swoim środowisku.
M. Sz. — Zgadzam się z tym, żyłkę działacza społecznego mam w sobie od czasów harcerskich i w poprzedniej miejscowości, gdzie pracowałem, działałem w organizacji NOT, kulturą w szerokim pojęciu zająłem się właściwie dopiero w Jasieniu, coś trzeba robić po pracy zawodowej. Ponadto żywię przekonanie, że przede wszystkim z dala od dużych ośrodków można coś zdziałać, ludzie są spragnieni czegoś, co przerwałoby monotonię życia, wieści ze świata, rozrywki, nauki... Sądzę, że takie kulturalne ożywianie środowiska, przedstawianie mu różnorodnych propozycji, to jest właśnie podstawowa funkcja a nawet cel istnienia towarzystw kulturalnych.
I.K. — Ale mimo wszystko, sesja naukowa w klubie fabrycznym w Jasieniu, w dodatku sesja archeologiczna a więc temat dość wąski i specjalistyczny, wszystko to nie mieści się w codzienności, nazwijmy bez żenady prowincji, albo jeszcze więcej niż prowincji.
M. Sz. — Po pierwsze sądzę, że to określenie wyszło jakoś z obiegu, nie oznacza tego samego co dawniej, wydaje mi się, że w Warszawie można żyć bardziej prowincjonalnie, niż w małym miasteczku. Wszystko polega po prostu na tym, by znaleźć w najbliższym otoczeniu coś, co mogłoby je uczynić atrakcyjnym, a w tym celu należy poszukać najkrótszej linii...
I.K. — Nie bardzo rozumiem, co miałoby to oznaczać?
M. Sz. — Wytłumaczę to na naszym przykładzie. Doszliśmy do wniosku że Wicina, odkrycie archeologiczne co najmniej na skalę europejską to jest ta nasza szansa, ażeby ją wykorzystać trzeba nawiązać bezpośredni kontakt z ludźmi, którzy na tym wykopalisku pracują, z placówką, która jest nim najbardziej zainteresowana. Zwróciliśmy się po prostu sami do muzeum w Zielonej Górze, do doktora Adama Kołodziejskiego, który w Wicinie od początku kopał. To uważam właśnie za najkrótszą linię. Nie czekać, aż ktoś coś zaproponuje, ale wyjść naprzeciw, zgłosić, jak to się potocznie mówi, akces. Nie ukrywam, iż nie mamy w tym wszystkim własnego interesu, kto wie czy kiedyś nie będzie się mówić: Jasień koło Wiciny?
I.K. — A w tej chwili?
M. Sz. — W tej chwili mamy sesję znakomicie się rozwijającą, pierwszą, ale na pewno nie ostatnią, mamy tę ekspozycję przedmiotów, które archeolog wydobył z Wiciny i mamy nadzieję, że zacznie się wielki ruch. Do tej pory nie bardzo kto w naszej okolicy wiedział, co to jest ta Wicina, myślę, że my przyniesiemy jej rozgłos, chociażby w zakresie lokalnym, a pomożemy także konkretnie zielonogórskim archeologom.
I.K. — Czy ma pan już sprecyzowane plany na ten temat?
M. Sz. — To, co pani tutaj widzi, to jest początek. Musimy i chcemy pomóc w zorganizowaniu stałej stacji badawczej w Wicinie. Całą sprawą zafascynował się dyrektor szkoły gminnej i daje nam trzy sale na stałą ekspozycję, ale liczymy również na to, że część jej będzie wędrowała po różnych szkołach. Myślimy również o tym, by w przyszłości umieścić znaki drogowe, które wskazywałyby jadącym obiekt godny zwiedzenia. Nie jestem całkowicie zorientowany, gdyż przebywam w Jasieniu i województwie dopiero od trzech lat, czy w ten sposób reklamuje się zabytki? My w każdym razie to uczynimy.
I.K. — To pana działanie, z jednej strony jako prezesa Towarzystwa, z drugiej jako dyrektora fabryki musi wywoływać u ludzi różne reakcje. Zorganizowanie w klubie fabrycznym sesji archeologicznej to nie to samo, co występ zespołu estradowego, czy nawet prelekcja.
M. Sz. — Jako prezes Towarzystwa bynajmniej nie działam sam. Mamy różne osiągnięcia, staramy się spopularyzować nasz teren. Po prostu istniejemy — nasze Towarzystwo liczy sobie kilkudziesięciu członków i sympatyków — mamy sekcję historyczną i turystyczno-geograficzną, nawiązaliśmy kontakty nie tylko z Muzeum w Zielonej Górze, ale i z Wyższą Szkołą Pedagogiczną, wydaliśmy informator o Ziemi Lubskiej. Powracając zaś do sesji archeologicznej, to i ona ma jakieś szersze znaczenie, mieści się w planie długofalowego działania. Dam przykład, w klubie ZREMB mamy już od dość dawna koło archeologiczne, do którego należą również robotnicy naszej fabryki. Bardzo aktywny jest Władysław Wesołowski, tokarz i sporo innych młodych i starszych ludzi. Myślę, że pod fachowym kierownictwem archeologów mogą oni sporo pomóc, a także poszerzyć swoje horyzonty, zająć się czymś zupełnie szczególnym... Nam nie chodzi o to by się wyróżnić, wykopaliska w Wicinie, to jest po prostu nasza szansa i my z niej chcemy skorzystać.
I.K. — Dziękuję Panu w imieniu „Nadodrza” za rozmowę i chyba do zobaczenia na kolejnej sesji archeologicznej, gdyż jak zapewnia doktor Adam Kołodziejski prace wykopaliskowe w Wicinie potrwają co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście lat.
M. Sz. — Tym lepiej dla nas, a więc na pewno do zobaczenia!
Jeśli w swoich domowych albumach posiadacie stare zdjęcia Jasienia, pamiątki, dokumenty albo pamiętacie historie, którymi warto się podzielić – zapraszamy do kontaktu z Biblioteką-Centrum Kultury.
Obserwujcie