02/06/2019
W 1977 roku byłem po doświadczeniu uczestnictwa w projekcie Studenckiej Wioski Skansenowej w dolinie Łopienki. Projekt ten został wymyślony przez Olgierda Łotoczko : w Bieszczdach– przeniesione z wiosek, nieliczne ocalałe chałupy i cerkwie , zgromadzone w Dolinie Łopienki, miały stać się bazą dla studenckiej turystyki i działań artystycznych, przez co możliwa była ich ochrona. Pomysł nie został zrealizowany ze względu na nastawienie ówczesych władz. Mimo niepowodzenia, pomysł ochrony zabytków przez tworzenie żywych wiosek skansenowych - bazy dla różnego rodzaju aktywności - był inspirujący .
Studiowałem wówczas w Katedrze Etnografii na Uniwersytecie Warszawskim. Kilka osób prowadziło tam wtedy badania na Kurpiach, sięgając także na obrzeża kurpiowszczyzny. Podczas jednego ze spotkań Koła Naukowego, prof. Anna Kutrzeba-Pojnarowa zwróciła moją uwagę na wieś Klon . Miejsce to znajduje się na terenie historycznych Mazur (przed II wojną św. w Prusach Wschodnich , zaledwie 7 km od polskiej granicy). Kurpiowscy cieśle chodzili tam do pracy przy budowie domów. W czasie, kiedy dowiedziałem się o istnieniu Klona, ostatnie mazurskie rodziny emigrowały do Niemiec wykorzystując szansę jaką dawała umowa pomiędzy polskim i niemieckim rządem. W zamian za zgodę na emigrację osób deklarujących się narodowo jako Niemcy, polski rząd otrzymywał fundusze i kredyty. Umożliwiło to Mazurom sekowanym w okresie PRL ekonomicznie i kulturowo ze względu na swoją odmienność językową i wyznaniową, wymknięcie się opresji i emigrację do bogatego państwa niemieckiego. Klon był po wojnie wsią mieszaną : część mieszkańców wyjechała już wcześniej - w 1945 lub w latach następnych. Na ich miejsce napływali głównie Kurpie. Kiedy zainteresowałem się tą wsią, wiele chałup było pustych i niszczało. Pusty był także kościół ewangelicki – nieliczni ewangelicy z tych terenów jeździli na nabożeństwa do Szczytna . Jedynymi Mazurami, których udało mi się jeszcze spotkać był Norbert Kolwaga i jego rodzina . Byłem świadkiem ostatnich tygodni spędzonych w Polsce przez jego matkę i rodzeństwo.
Klon - przed wojną Liebenberg, był kiedyś zamożną wsią - ulicówką. Domy były duże, dwutraktowe z czterema izbami. Do kuchni doprowadzona była często- przy pomocy ręcznej pompy - woda. Przed domami rozkwitały ogródki, a budynki były wyjątkowe ze względu na doskonałą pracę ciesielską budowniczych – często budowali je kurpiowscy cieśle. Wiele z nich posiadało zdobienia szczytów i wiatrownic, piękne i misternie szalowane odrzwia i okiennice. Wieś, położona w pięknej okolicy i otoczona lasami, wydawała się świetnym miejscem do realizacji projektu wioski skansenowej.
Projekt, który napisałem przewidywał wykorzystanie mazurskich domów jako bazy dla studentów różnych wydziałów i uczelni do odbywania praktyk i prowadzenia badań oraz realizowania aktywności artystycznych. Miejscem spotkań i działań miał być, zbudowany w latach trzydziestych, opuszczony budynek kościoła ewangelickiego. Zakładałem, że obok plenerów malarskich, warsztatów muzycznych i teatralnych mogłyby się tam odbywać praktyki szkół pedagogicznych – w miejscowych szkołach i przedszkolach, praktyki studentów rolnictwa , leśnictwa i innych kierunków. Na obecności studentów skorzystaliby także mieszkańcy wsi mając kontakt z adeptami różnych nauk, a także możliwość uczestniczenia w wydarzeniach kulturalnych i artystycznych. Rewaloryzację i odbudowę domów oraz adaptację kościoła realizować mieli architekci i etnografowie pod nadzorem konserwatora zabytków, w czasie obozów letnich i praktyk. W ten sposób, możliwe byłoby uratowanie domów, układu wsi i zorganizowanie ekspozycji muzealnej czyniąc z Klona atrakcję turystyczną. Projekt był realizowany przez Koło Naukowe Etnografii i Uniwersytet Warszawski podpisał stosowną umowę z województwem ostrołęckim, na terenie którego znajdowała się wówczas wieś. Otrzymaliśmy od Uniwersytetu niewielkie wsparcie finansowe przy organizacji letnich obozów.
Najpierw pojechałem na rekonesans sam. Droga wiodła przez Ostrołękę , Myszyniec, Rozogi. W Rozogach krajobraz kurpiowski zmieniał się w krajobraz Prus Wschodnich. Brzozy i byle jak sklecone murowane domki, zastępowały zwarte osady, ukryte w wśród starych dębów, kasztanów i jesionów, z których wyłaniały się wieże surowych, kamiennych kościołów. Droga z Rozogów do Klona wiedzie przez las. Do wsi wjeżdża się za zakrętem, przed którym po lewej stronie widać cmentarz ewangelicki z zarośniętymi, zaniedbanymi grobami. W centrum wsi kościół na wzniesieniu, sklep, potem znowu chałupy, po prawej stronie kościół ewangelicki. Na końcu wsi stara szkoła, a na rozstajach pomnik ku czci mieszkańców poległych w czasie I wojny światowej. Dalej, za linią pól zaczynały się lasy ciągnące się aż do Wielbarka. Nad wsią górowało wzniesienie, na którym niegdyś znajdował się wiatrak.
Uczestnictwem w działaniach zainteresowało się wiele osób. W trakcie pierwszego obozu mieliśmy dokonać inwentaryzacji domów, wykonać prace porządkowe i zabezpieczające. Bazą stała się nieczynna w czasie wakacji szkoła. Znaleźliśmy się tam z grupą około 20-osobową , potem dojechali następni. Obóz miał trwać dwa tygodnie ale w praktyce rozpoczęła się stała rotacyjna obecność naszej grupy przez cały okres wakacji. W tej pierwszej znaleźli się : Iza Goszczyńska (Dziewanowska), Paweł Stopnicki , Mirka Kurek , Joanna Malczyk, Wojciech Krasuski, Jerzy Szczepkowski , Jakub Bułat , Grażyna Jaworska , Mirosława Demków, Jagna Baer, Ryszard Ciarka i wiele innych osób... Niedługo zaczęli dołączać studenci socjologii, psychologii, pedagogiki oraz kierunków artystycznych. W Szczytnie nawiązałem kontakt z księdzem ewangelickim Pawłem Kubiczkiem i uzyskałem od niego zgodę na czasowe użytkowanie budynku kościoła ewangelickiego.
Nasze prace przebiegały nieśpiesznie. Po śniadaniu wychodziliśmy w teren - część osób robiła inwentaryzację : rzuty i przekroje chałup, część z nas zajmowała się porządkowaniem domów. Wybraliśmy jeden, który wydawał się w miarę zdrowy i zaczęliśmy czyścić i impregnować drewno, zakupiliśmy szpadle, druciane szczotki i xylamit . Zaczęliśmy także sprzątać budynek kościoła i wstawiać do jego okien szyby. Od czasu do czasu, odwiedzali nas nasi opiekunowie naukowi – między innymi Pani prof. Zofia Sokolewicz. Nawiązaliśmy dobre relacje z mieszkańcami, od których kupowaliśmy żywność. Niektórzy z nas uczestniczyli w pracach polowych, udzielaliśmy także korepetycji dzieciom. Centrum wymiany informacji i spotkań, jak w każdej wsi, był lokalny sklep. Bywaliśmy także na zabawach w remizie strażackiej chociaż uczestnictwo w nich łączyło się z pewnym ryzykiem…
Nasze spotkania odbywały się w budynku kościoła. Pamiętam że moje stanowisko znajdowało się na chórze nad nawą, a nad prezbiterium, na pozornym kolebkowym sklepieniu namalowane były anioły.
Moim ulubionym nocnym zajęciem było wędrowanie po okolicznych lasach , pełnych tajemniczych świateł i dźwięków. Czasem jeździliśmy się kąpać nad jezioro za Farynami, albo do uregulowanej rzeczki przepływającej w pobliżu wsi. Odwiedzaliśmy także pobliskie wioski . Prace posuwały się wolno, dysponowaliśmy bowiem bardzo skromnymi środkami, a domy okazały się bardziej zniszczone niż początkowo sądziliśmy.
Samo doświadczenie uczestnictwa w projekcie, wspólne działanie było dobrym i inspirującym doświadczeniem . Wydaje się, że dla wielu z nas Klon stał się miejscem ucieczki od życia w zurbanizowanym świecie, oderwaniem od PRL-owskiej szarzyzny i beznadziei. Kilka z uczestniczących w projekcie osób wyprowadziło się potem na wieś i realizowało samodzielnie własne pomysły na życie z dala od miasta .
W drugim roku projektu, w okresie wakacji, w Klonie pojawiło się jeszcze więcej uczestników - także z innych kierunków studiów. Wiele osób po prostu przyjeżdżało w odwiedziny do Klona , żeby zobaczyć miejsce, o którym w międzyczasie zrobiło się głośno .
W sierpniu 1979 roku dostałem wezwanie do Pałacu Mostowskich . W trakcie przesłuchania byłem wypytywany o Klon, a zwłaszcza o osoby uczestniczące w projekcie i związane ze Studenckim Komitetem Solidarności.
Okazało się później, że od dłuższego czasu SB mnie inwigilowało, zbierając informacje i kontrolując moją korespondencję. Wyszło to na jaw, kiedy uzyskałem dostęp do swojej teczki w IPN .
Projekt - z ulubionego przez władze uczelni - z dnia na dzień stał się niechciany, zakazano kontynuowania go, a mnie postawiono przed alternatywą : albo wezmę urlop dziekański albo zostanę relegowany z uczelni .
Od czasu do czasu, podróżując na Mazury odwiedzam tę wieś i patrzę jak stary Klon zmienia się z roku na rok. Niedawno spłonął ewangelicki kościół, cmentarz jest coraz bardziej zdewastowany i zarośnięty, powstaje coraz więcej nowych domów, a stare chałupy znikają . Tak kończy się ta historia...