23/07/2025
Zajmuję się historiami trudnymi, historiami, którymi nikt zająć się nie chciał, dopóki nie były modne albo opłacalne.
Z obowiązku sumienia, ze sprzeciwu muzealniczego i humanistycznego wobec muzealniczego i humanistycznego niezrozumienia nie mogę obojętnie przejść obok tej historii, która toczy się wokół pruskich chłopaków.
Bo my na Śląsku mamy tak samo.
Nie, to nie są moje prywatne rodzinne historie, ale je znam i rozumiem.
Naszym obowiązkiem jest poznawać i rozumieć. Bo historia "Polski" to kilka zupełnie różnych historii regionalnych, jak z zupełnie innych krajów, i miliony różnych historii osobistych i rodzinnych.
Naszym obowiązkiem jest przyjąć je wszystkie i się z nich uczyć.
Ta historia pokazuje, że niczego się nie nauczyliśmy przez 80 lat, inne dziejące się w tej chwili historie pokazują, że niczego nie nauczyliśmy się przez ostatnich sto lat. Sto lat prymatu głupoty i strachu. Dziesięcioletni chłopcy stojący w manifestacjach z hasłami o czystości narodu to na prawdę bardzo zła wróżba na przyszłość. Ja też zaczynam się bać. Tak jak wielu tych, którzy rozumieją procesy społeczne. To nie jest kierunek, za który zginęli nasi przodkowie 80 czy 100 lat temu, ani taki dla którego przeżyli.
„𝗡𝗮𝘀𝗶 𝗰𝗵ł𝗼𝗽𝗰𝘆”, 𝗰𝘇𝘆𝗹𝗶 𝗸𝗶𝗹𝗸𝗮 𝘀ł𝗼́𝘄 𝗼 𝗯𝗿𝗮𝗸𝘂 𝘇𝗿𝗼𝘇𝘂𝗺𝗶𝗲𝗻𝗶𝗮 𝗵𝗶𝘀𝘁𝗼𝗿𝗶𝗶 𝗿𝗲𝗴𝗶𝗼𝗻𝗮𝗹𝗻𝘆𝗰𝗵
Długo zastanawialiśmy się, czy zabrać głos w sprawie debaty, która obecnie toczy się w kraju na temat wystawy „Nasi chłopcy”, przygotowanej przez Muzeum Gdańska. Nie chcieliśmy się wypowiadać, zanim nie zapoznaliśmy się wnikliwie z jej treścią, doborem eksponatów oraz pomysłem na przedstawienie historii Polaków wcielonych pod przymusem lub siłą do armii III Rzeszy w czasie II wojny światowej. Z drugiej strony mieliśmy dylemat, czy jako stowarzyszenie działające w niewielkiej, bądź co bądź peryferyjnej miejscowości powinniśmy zabierać głos w tej sprawie. Patrząc jednak na to, co dzieje się w przestrzeni publicznej, szczególnie w mediach społecznościowych, uważamy, że jeśli w małych społecznościach mamy budować relacje oparte na otwartości, empatii oraz zrozumieniu tego, że historia nigdy nie jest biało-czarna, a zazwyczaj przybiera różne odcienie szarości, to jako Klub Nowodworski powinniśmy zabrać w tej sprawie głos.
Od ponad 30 lat prowadzimy działania na rzecz edukacji regionalnej, dziedzictwa kulturowego oraz naturalnego Żuław Wiślanych. Prowadzimy Muzeum Żuławskie, w którym często poruszamy tematy mogące wywoływać dyskusje, a niekiedy nawet kontrowersje ze względu na brak zrozumienia specyfiki historycznej północnych ziem Polski.
Dlatego z wielkim uznaniem i ciekawością oglądaliśmy wystawę „Nasi chłopcy”, która porusza trudny temat obecności polskich mieszkańców Pomorza w szeregach armii III Rzeszy. Nie jest to temat nowy, od lat obecny w literaturze przedmiotu. Wystarczy wspomnieć chociażby monumentalną pracę Ryszarda Kaczmarka „Polacy w Wehrmachcie”. Wystawa w rzeczowy sposób omawia skomplikowane losy mieszkańców Pomorza, ich dylematy i to, że Pomorze, podobnie jak Wielkopolska czy Śląsk, nie było częścią Generalnego Gubernatorstwa, lecz zostało włączone w granice III Rzeszy. Polityka względem ludności polskiej na Pomorzu była inna niż w Radomiu, Łowiczu czy Puławach.
Dla mieszkańców Pomorza wcielenie do niemieckiej armii nie było osobistym wyborem, a przymusem, przed którym często stawali, by ochronić rodzinę, by zapewnić jej jakikolwiek byt. Było to wreszcie formą przemocy, którą Niemcy stosowali wobec polskiej ludności Pomorza, niekiedy wyborem pomiędzy KL Stutthof a Wehrmachtem. Warto zaznaczyć, że wielu z wcielonych do wojsk III Rzeszy decydowało się, gdy tylko było to możliwe, na ucieczkę do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie czy działalność konspiracyjną.
Po wojnie nie mówili o swojej przeszłości. Bo jak można było mówić, gdy pamięć narodu była zgoła odmienna, gdy mówiono z zupełnie innej perspektywy, a oni i ich doświadczenia były niegodne, niepasujące do tworzącego się mitu. Regionalne doświadczenia, specyfika, osobiste historie musiały ustąpić miejsca zupełnie innej narracji. Na mieszkańców Pomorza w tej opowieści było niewiele miejsca.
Dziś, gdy ich historia dochodzi do głosu, pojawia się rysa na obrazie Polski i Polaków, z których przecież każdy miał przodka w Armii Krajowej. Wystawa, która powinna być punktem wyjścia do merytorycznej dyskusji, a przede wszystkim formą pamięci o losach mieszkańców Pomorza w czasach II wojny światowej, stała się w naszym odczuciu elementem niepotrzebnej politycznej dyskusji. Bywa postrzegana lub komentowana wyłącznie przez pryzmat współczesnych sporów politycznych i ideologicznych. Tego rodzaju narracja spłaszcza złożoność ludzkich losów i może sprzyjać instrumentalizacji oraz manipulacji historią i pamięcią społeczną.
Apelujemy, by o tak ważnych i trudnych tematach rozmawiać odpowiedzialnie, w atmosferze otwartości, ale też w oparciu o rzetelną wiedzę i z udziałem różnych środowisk: naukowców, muzealników, świadków historii i lokalnych organizacji społecznych. Tylko w taki sposób można budować wspólną przestrzeń pamięci – nie jako pole konfliktu, lecz miejsce dialogu.
I nawet gdy nie rozumiemy tej historii, bo doświadczenia naszych bliskich mogły być inne, bo trudno nam uwierzyć, że Polacy mogli być w Wehrmachcie, to jednak jest ona niezwykle ważna. Bo pokazuje, że przeszłość naszego kraju i jego obywateli miała różne koleje.
Zarząd Klubu Nowodworskiego