Nowa Ruda Neurode Tajemnice, zagadki, historia

Nowa Ruda Neurode Tajemnice, zagadki, historia Historia, tajemnice, zagadki i ciekawostki dotyczące Nowej Rudy, Słupca, Bożkowa i okolic. Motto mojej strony: "...Bo historia fajna jest"! Zapytaj...
(1)

Strona ta zajmuje się odkrywaniem, badaniem oraz prezentacją historii Nowej Rudy (Neurode), Słupca (Schlegel), Bożkowa (Eckersdorf), Drogosławia (Kunzendorf), Ludwikowic Kłodzkich(Ludwigsdorf), Świerk (Königswalde), Miłkowa (Mölke), Dzikowca (Ebersdorf), Woliborza (Volpersdorf), Jugowa (Hausdorf), Przygórza (Köpprich) oraz dawnego Powiatu Noworudzkiego. Strona nie jest stricte historyczno-naukowa

i na celu ma głównie propagowanie uroków tej części Ziemi Kłodzkiej, zachęca do samodzielnego odkrywania, badania i poszukiwania lokalnych tajemnic. PS
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, przedruki, przenoszenie na elektroniczne nośniki pamięci, w części lub całości bez zgody autora zabronione (dotyczy tekstu wraz z załączonymi zdjęciami).

CO BY BYŁO, GDYBY... 🤔🏛️Zapraszam Was na nasz nowy cykl: „Co by było, gdyby…”, w którym będziemy przedstawiać Nową Rudę ...
14/06/2026

CO BY BYŁO, GDYBY... 🤔🏛️

Zapraszam Was na nasz nowy cykl: „Co by było, gdyby…”, w którym będziemy przedstawiać Nową Rudę i okolice w zupełnie innym obliczu. Wykorzystamy do tego fotomontaż oraz sztuczną inteligencję, ale – co ważne – zawsze z zachowaniem prawdy historycznej jako punktu wyjścia.

Mówi się, że w historii nie ma miejsca na „gdybanie”, bo liczą się tylko suche fakty, daty i nazwiska. Zgoda, ale nasza strona to przecież także zagadki, tajemnice, ciekawostki i niezwykłości! Dlaczego więc nie poeksperymentować?

Na pierwszy ogień: Co by było, gdyby noworudzki ratusz oraz rynek z końca XVIII wieku nigdy nie zostały przebudowane? Jak wyglądałyby dzisiaj?

Lepiej? Gorzej? Ciekawiej?
Moja odpowiedź: Hmmm... Na pewno zupełnie inaczej!

A jakie jest Wasze zdanie? Jestem niezwykle ciekaw Waszych opinii
..bo historia fajna jest! 😊
MC Noworuders — Marek Cybulski

NOWA RUDA / NEURODE„Dwudziesta piąta minuta... Zapomniany wyrzut”W 95 rocznicę zapomnianej tragediiZaskakujące, jak nies...
12/06/2026

NOWA RUDA / NEURODE
„Dwudziesta piąta minuta... Zapomniany wyrzut”

W 95 rocznicę zapomnianej tragedii

Zaskakujące, jak niesamowite i poruszające historie potrafią opowiedzieć nam dokumenty zdeponowane w archiwach. Oczywiście odnajdziemy tam setki stron zapisanych suchymi liczbami, tabelami wyliczeń i nazwiskami ważnych oraz bardzo ważnych osobistości, ale są tam również akta pełne ludzkich dramatów i niezwykłości...

Lata 30. i 40. XX wieku to w historii noworudzkiego górnictwa czas wielkich katastrof. Najpierw, w 1930 roku, doszło do tragedii na szybie Kurt, w dzisiejszym Jugowie, która pochłonęła 151 ofiar. Zaledwie 11 lat później, w 1941 roku, miała miejsce ta największa, najtragiczniejsza w skutkach – gwałtowny wyrzut gazów i skał w kopalni Ruben w Nowej Rudzie (późniejsze Pole „Piast”), który odebrał życie 187 górnikom. Dwa potężne wyrzuty i niewyobrażalna liczba 338 ofiar.
I gdzieś pomiędzy tymi dwoma potężnymi dramatami, w cieniu wielkich liczb i narodowej żałoby, rozegrała się kolejna tragedia. Tragedia cicha, bo dużo mniejsza. Przez to, że kosztowała życie „tylko” siedmiu ludzi, niemal zupełnie uciekła z naszej zbiorowej pamięci.

W cieniu wielkiej statystyki

A przecież od katastrofy na szybie Kurt minął niespełna rok. Nie opadł jeszcze kurz tamtego dramatu z porażającą liczbą ofiar, która wstrząsnęła całym ówczesnym światem. Jednak gdy 9 czerwca 1931 roku ziemia ponownie upomniała się o kolejnych siedmiu górników, dla statystycznego mieszkańca Nowej Rudy, Dolnego Śląska czy Niemiec było to zaledwie niewielkie, zdawkowe doniesienie prasowe.
Ale czy ten dramat był przez to mniej bolesny? Przecież ludzka śmierć nie karmi się statystyką. Dla rodzin ofiar runął wtedy cały świat. Jeden z ówczesnych reporterów, poruszony tym wydarzeniem, zapisał słowa, które do dziś zmuszają do refleksji:
„Ponownie potwór drzemiący głęboko w łonie noworudzkiego zagłębia węglowego zażądał siedmiu ludzkich istnień. Decydujący jest fakt, że w całym noworudzkim regionie nieubłagana, nienasycona bestia czyha głęboko we wnętrzu ziemi i co jakiś czas wyciąga swoje szpony, żądna nowych ofiar, a wobec której całe ludzkie dzieło i ludzka wiedza są bezsilne i bezradne”.
Mimo to, tragedia z 9 czerwca 1931 roku została przykryta grubą warstwą zapomnienia.
Śmiercionośny wyrzut na szybie Kurt w Jugowie rozpętał burzę na temat warunków bezpieczeństwa w noworudzkich kopalniach. 9 czerwca 1931 roku w niemieckim parlamencie miano debatować o zabezpieczeniu górniczego losu. Jednak historia rzadko bywa tak boleśnie ironiczna: w tym samym momencie, gdy na berlińskich salonach dyskutowano o poprawie bezpieczeństwa w Nowej Rudzie, gaz zabijał ponownie, kpiąc sobie z parlamentarnych procedur.

Dwudziesta piąta minuta...

Jak niemal za każdym razem, nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy. Górnicy z nocnej zmiany zgodnie z planem zajechali pod ziemię i rozpoczęli pracę. Tego wieczoru nie wydarzyło się nic niepokojącego – nie było żadnej awarii ani nadzwyczajnej sytuacji. Każdy w spokoju wykonywał swoje zadania.
Aż nagle, tuż po godzinie 22:00, w drążonym szybiku doszło do nagłego, niekontrolowanego wyrzutu gazów i skał. Uwolniona siła była potężna. W szybik i prowadzące do niego chodniki wyrzucone zostało 1707 ton węgla i kamienia (według innych danych: 997 ton). W wyniku tego kataklizmu życie straciło 7 górników, w tym szesnastoletni uczeń, a 4 innych odniosło rany.
W Archiwum Państwowym w Kamieńcu Ząbkowickim do dziś spoczywa teczka dotycząca tego nieszczęśliwego wypadku. Zebrane w niej dokumenty nie skupiają się stricte na samej katastrofie czy jej przyczynach. Znajdziemy tam kilkadziesiąt listów, formularzy, protokołów i oficjalnej korespondencji, jaką dyrekcja kopalni prowadziła z rodzinami ofiar w sprawie odszkodowań i rent. Z tych pożółkłych pism wyłania się niebywale zimny, wręcz wyrachowany charakter kopalnianych decydentów.

Ostatnia szychta Friedricha

Wśród dokumentów moją szczególną uwagę przykuwa historia najmłodszej z ofiar, szesnastoletniego Friedricha Trautmanna – chłopaka, który dopiero uczył się trudnego fachu górnika. Doskonale wiem, co mógł wtedy czuć. Sam byłem uczniem szkoły górniczej i potrafię spojrzeć na kopalnię oczami tego młodego człowieka. Praca pod ziemią jest ciężka, niebezpieczna i nieprzewidywalna. Dla nastolatka wszystko na dole jest nowe, przytłaczające, ciasne i mroczne. Tam, głęboko pod ziemią, młodziak zawsze przed starszymi zgrywa odważnego, ale w sercu skrywa naturalny lęk.
Feralnego wieczoru szesnastolatek został przydzielony jako pomocnik do doświadczonego górnika strzałowego o nazwisku Weigang. Obaj wykonali odwierty, zainstalowali materiały wybuchowe, po czym – zgodnie z surowym regulaminem – udali się za bezpieczną tamę strzałową.
Detonacja ładunków przebiegła prawidłowo. W górniczym przodku najpierw potężnie huknęło, mocno zatrząsło i po chwili z korytarzy wydobyła się gęsta chmura pyłu i dymu. Strzałowy z uczniem odczekali regulaminowe 20 minut – czas potrzebny, by system wentylacji usunął poeksplozyjne dymy – i ruszyli na rutynową inspekcję miejsca odstrzału.

Jako pierwszy szedł Weigang, trzymający w ręku benzynową lampę wskaźnikową. Kilka metrów za nim podążał młody Trautmann, oświetlający drogę jasnym snopem elektrycznego światła. Mieli tylko otworzyć wrota tamy, podejść kilkadziesiąt metrów i sprawdzić stan wyrobiska...
Górnicza lampka benzynowa (często mylona ze zwykłą lampą oświetleniową) to proste, ale niezwykle skuteczne urządzenie pomiarowe. Jej obsługa i odczyt nie były specjalnie skomplikowane. Przy bezpiecznym składzie powietrza płomień lampy palił się stabilnie. Jednak w momencie pojawienia się niebezpiecznych gazów natychmiast zmieniało się zachowanie płomienia, który tym samym ostrzegał górników przed niewidzialnym niebezpieczeństwem. Gdyby pojawił się metan, płomień lampy natychmiast by się powiększył lub zmienił kolor; gdyby w atmosferze znalazł się dwutlenek węgla – płomień by przygasł. Tamtej nocy natura uwięziona w węglu okazała się jednak szybsza niż reakcja człowieka.
Przez krótką chwilę wszystko wydawało się być w porządku. Powietrze było czyste, górotwór stabilny. I nagle – wstrząs. Płomień lampki benzynowej zachwiał się gwałtownie, zamigotał i momentalnie zgasł. Doświadczony górnik natychmiast zrozumiał, co to oznacza. Odwrócił się energicznie i krzycząc na całe gardło: „Gaz! Wracamy!” rzucił się do ucieczki.
Minął zaskoczonego, stojącego w bezruchu Trautmanna i pędził co sił w nogach w stronę tamy strzałowej. Słyszał jeszcze, że chłopak ruszył za nim. Jednak śmiercionośny gaz napierał z wielką siłą i prędkością. Górnik strzałowy, mimo rozrywającego ucisku w klatce piersiowej i rozpaczliwego braku tchu, zdołał dopaść drzwi tamy i otworzyć je, po czym bezwładnie runął na ziemię, tracąc przytomność. Ocucili go dopiero ratownicy. Szczęśliwie wyrwany z łap śmierci, był jednym z nielicznych ocalałych.
Młody Friedrich Trautmann nie miał tyle szczęścia. Nie zdołał dotrzeć do zbawiennego, świeżego prądu powietrza za tamą. W gęstym mroku i tumanach unoszącego się pyłu leżącego chłopca nie dostrzegli również inni przerażeni, uciekający z zagrożonych rejonów koledzy. Uduszony, skonał w całkowitych ciemnościach, zaledwie kilkanaście metrów przed ratunkiem. Miał tylko 16 lat.

Walka o godność i cyniczna gra kopalni

Ojciec chłopaka, sam będąc doświadczonym górnikiem, nie potrafił pojąć, jak mogło dojść do takiego zaniedbania. Nie mieściło mu się w głowie, że w kopalni o tak gigantycznym ryzyku wyrzutów wydano polecenie niedoświadczonemu szesnastolatkowi, by asystował strzałowemu podczas skrajnie nebezpiecznej inspekcji świeżo odstrzelonego przodka.
Dyrekcja kopalni, powołując się na nadzorującego pracę sztygara, wyjaśniła bezdusznie, że przełożony miał do tego pełne prawo i nie było w tym nic nadzwyczajnego czy niepokojącego. Górnicy zastosowali się do wszystkich kopalnianych zaleceń i przepisów. Nikt nie złamał prawa, nikt nie postąpił wbrew regulaminowi. To natura po raz kolejny zakpiła sobie z ludzkich paragrafów – do wyrzutu doszło w 25. minucie po odpaleniu ładunków, i to w miejscu, które uznawano za stosunkowo bezpieczne. A jednak potwór zaatakował.
Kopalnia, chcąc szybko i cicho zamknąć sprawę, planowała pochować wszystkie ofiary tragedii we wspólnym, masowym grobie na jednym cmentarzu. Zbiorowa mogiła miała połączyć dawnych kamratów z pracy na wieki. Wybór padł na cmentarz w Nowej Rudzie, co poniekąd było uzasadnione, gdyż cztery ofiary pochodziły właśnie z terenu miasta. Plan ten nie wszystkim jednak odpowiadał.
Ojciec szesnastolatka stanowczo nalegał na pogrzeb w rodzinnym Drogosławiu. Ostatecznie kopalnia ustąpiła częściowo: zaplanowano jedną ceremonię pogrzebową 13 czerwca 1931 roku w Nowej Rudzie, skąd trumny miały zostać przetransportowane na miejscowy cmentarz i nekropolię w Drogosławiu. Jednak i tutaj Trautmann senior postawił twardy warunek. Nie wyrażał zgody na pochowanie syna w zbiorowej mogile – żądał osobnego, dedykowanego tylko jego dziecku grobu. Kategorycznie odrzucił również pochówek organizowany i finansowany przez władze kopalni, które bezustannie obarczał winą za śmierć dziecka.

Dyrekcja, choć niechętnie, musiała ugiąć się przed determinacją zdesperowanego ojca, ratując tym swój nadszarpnięty katastrofą wizerunek.
Rano 13 czerwca, po oficjalnej ceremonii w kaplicy Szpitala Brackiego, trumny z czterema ciałami noworudzkich górników spoczęły na pobliskim cmentarzu. Ciała trzech górników z Drogosławia przewieziono pod kościół św. Barbary, gdzie pochowano dwóch z nich. Trzecią trumnę – z ciałem szesnastoletniego Friedricha – odprowadzono bezpośrednio do jego rodzinnego domu. Pogrzeb ostatniego z górników odbył się dopiero w poniedziałek, 15 czerwca – w ciszy, bez oficjeli, tłumu gapiów i ciekawskich reporterów. Doszło wówczas do kolejnego starcia z dyrekcją: rodzina chłopca zakupiła własną trumnę u lokalnego stolarza, ostentacyjnie odrzucając tę ufundowaną przez władze kopalni Ruben.

Cena „czarnego złota”

Ktoś mógłby pomyśleć, że ojciec młodego górnika przesadzał, a przez jego decyzje przemawiała jedynie czysta złość i żal po stracie ukochanego syna. Jednak zebrane w archiwum akta obnażają bezwzględną, cyniczną grę finansową zarządu kopalni. Władze dążyły do jednego, masowego pogrzebu z bardzo prozaicznego powodu: kasy. Wykonanie jednej zbiorowej mogiły było bez porównania tańsze niż przygotowanie siedmiu osobnych kwater. Trumny zamówiono hurtowo poza miastem, ponieważ noworudzcy rzemieślnicy żądali wyższych stawek. Dyrekcja planowała również wystawienie jednego, wspólnego pomnika – z oszczędności. Archiwalne dokumenty z przerażającą skrupulatnością wyliczają te cięcia budżetowe: jeden opłacony ksiądz, jeden grabarz, jeden kamieniarz...
Gdy ojciec szesnastolatka, starym zwyczajem, przedłożył dyrekcji rachunek za niezależny pogrzeb syna na kwotę 127,50 RM, kopalnia Ruben wypłaciła mu zaledwie 82,50 RM. W oficjalnym uzasadnieniu zaznaczono, że zakład nie zamierza płacić za „fanaberie” starszego z Trautmannów, bezdusznie odrzucając koszty mszy świętej, oprawy muzycznej, nekrologów czy choćby skromnego anonsu w lokalnej prasie. Co więcej, w wewnętrznej, poufnej korespondencji walczącego o godność syna ojca określano mianem „komunisty” i „pieniacza”.
Jednak i tym razem, pod naciskiem, kopalnia wypłaciła należną całość zasiłku pogrzebowego, który – jak słusznie wytykał Trautmann – i tak był rażąco zaniżony w porównaniu do ubiegłych lat. Dawniej zakład za ten smutny obowiązek wypłacał ryczałtem 200 RM, a przy katastrofie na szybie Kurt w Jugowie, zaledwie 11 miesięcy wcześniej, zasiłek wynosił aż 350 RM (tak przynajmniej twierdził w swoim piśmie Trautmann).

Dniówka ówczesnego górnika pracującego w noworudzkiej kopalni wahała się w granicach od 4,00 do 7,50 marki za dzień. Można więc przyjąć, że życie i śmierć szesnastoletniego Friedricha Trautmanna wyceniono na niewiele więcej niż 23 dni jego ciężkiej pracy pod ziemią...
Grób Friedricha Trautmanna na drogosławskim cmentarzu nie przetrwał do naszych czasów. Pamięć po nim, zatarta przez dekady milczenia i wielką historię, przetrwała jednak na pożółkłych kartach archiwalnych teczek – po to, by dziś przypomnieć nam o cenie, jaką Nowa Ruda płaciła za swoje czarne złoto.

MC Noworuders - Marek Cybulski ..bo historia fajna jest!

NOWA RUDA / NEURODE„Zjawa z Kościelnej”Wg relacji Barbary E., dziś mieszkanki Wrocławia, wówczas mieszkanki ul. Fredry, ...
31/05/2026

NOWA RUDA / NEURODE
„Zjawa z Kościelnej”

Wg relacji Barbary E., dziś mieszkanki Wrocławia, wówczas mieszkanki ul. Fredry, spisanej w sierpniu 2011 roku.
Nowa Ruda, lato 1991 roku.

Dziewczyna zakończyła swoją popołudniową zmianę, która – jak co wieczór – przedłużyła się o kolejne, darmowe 40 minut. Ze wściekłością trzasnęła drzwiami tak mocno, że osadzona w nich szyba zatrzęsła się. Przez chwilę wydawało się, że wypadnie i roztrzaska się na mokrym asfalcie. Pracowała w restauracji, gdzie od kilku miesięcy była kelnerką, ale też pomocą kuchenną, barmanką i sprzątaczką. Od dawna nosiła się z zamiarem porzucenia tej pracy i wyjazdu do Wrocławia. Długie godziny, ciężka robota i marne pieniądze – ot, szara rzeczywistość lat 90. XX wieku.
Przeszła ulicę i wąskim chodnikiem kierowała się w stronę Rynku. Nigdy o tej porze nie wracała do domu samotnie. Najczęściej ktoś jej towarzyszył – to mąż, to mieszkająca po sąsiedzku koleżanka z pracy – ale tego wieczora musiała wracać sama.
Trasa, którą miała pokonać, niemal zawsze przebiegała tak samo: Armii Krajowej – Rynek – Kościelna – Fredry. Czasami tylko, gdy pogoda była naprawdę nieciekawa, wybierała wariant przejścia przez ulicę Podjazdową, aby uniknąć śliskich, ciemnych i stromych schodów za kościołem św. Mikołaja.
Tamten wieczór był ciepły i mokry. Padający wcześniej deszcz obficie zmoczył noworudzkie ulice, a na domiar wszystkiego wskazywało na to, że kolejna ulewa wisiała na włosku. Tego lata nie było to rzadkością – od tygodnia padało niemal codziennie.
Zmęczona marzyła o wygodnej sofie i kubku ulubionej herbaty. Może właśnie dlatego, mimo niepewnej aury, postanowiła iść krótszą trasą – czyli przejściem obok kościoła i wąskimi schodami w dół na ulicę Fredry. Prosta i szybka trasa. Wiedziała, że tym samym skróci sobie drogę o przynajmniej kilka minut, co w tej chwili uznawała za całą wieczność.
W przeciwieństwie do Rynku ulica Kościelna nie należała w tym czasie do najlepiej oświetlonych w mieście. Mętne światło kilku ulicznych latarni odbijało się w mokrym od deszczu bruku, a wysokie ściany kamienic ginęły gdzieś w ciemnościach parujących kałuż. Za dnia zawsze ktoś tu chodził, coś załatwiał, a wiekowe domy, mimo sypiącego się tynku, przyozdobione były plastikowymi donicami wypełnionymi kolorowymi kwiatami. Jednak nocą ta na pozór spokojna ulica przemieniała się w ciemny górski wąwóz o stromych, niebezpiecznych zboczach, wokół którego panowała głucha cisza, przerywana co jakiś czas monotonnym turkotem zdezelowanego wentylatora zamontowanego w oknie piekarni.
Z ulicy Kościelnej skręciła na niewielki placyk przed kościołem. Początkowo chciała iść na wprost, tuż obok niewidocznej w ciemnościach kaplicy, ale zaniechała tego pomysłu. Ruszyła alejką wzdłuż kościoła. Na jej końcu błyskało blade światło starej ulicznej latarni, przytwierdzonej do metalowego wspornika gdzieś nad przejściem. Światło było słabe, a srebrna żarówka co jakiś czas rytmicznie migała i gasła na kilka sekund, pozostawiając całą okolicę w zupełnym mroku.
Widząc to, zwolniła i przez ułamek sekundy rozważyła eventualną możliwość powrotu. Jednak pierwsze, drobne krople deszczu oddaliły tę myśl. Nie zważając na ciemność, kierowała się w stronę migoczącej latarni. Za chwilę skręci, minie oświetlony budynek plebanii i po kilku metrach dotrze do schodów.
– Dość szybko minęłam stare tablice nagrobne wmurowane w ścianę obok kościoła i ruszyłam w stronę plebanii, gdy nagle do moich uszu dobiegł jakiś dziwny odgłos… Szum? Szelest? Nie wiem, jak to dokładnie określić… Jakby odgłos zsuwającego się materiału. Jakby jedwabny obrus zsuwał się ze stołu.
Zatrzymała się, zaintrygowana dźwiękiem i miejscem, skąd dobiegł.
– Początkowo nic nie zauważyłam, ale po chwili ze ściany, dokładnie tam, gdzie znajdują się stare epitafia, wyłonił się blady obłok. Stałam jak zahipnotyzowana. Nie mogłam wykonać najmniejszego ruchu, nie mogłam wydać z siebie żadnego odgłosu. Nic. Po prostu stałam i patrzyłam.
Z muru oporowego, do którego przytwierdzono kilka płyt nagrobnych z cmentarza roztaczającego się niegdyś wokół kościoła, wyłaniała się niekształtna postać. Opowiadająca tę historię pokazała później to miejsce – znajduje się ono dokładnie przy płycie nagrobnej z naturalnej wielkości wizerunkiem zmarłej przed wiekami dziewczynki. Sparaliżowana strachem obserwowała, jak z niekształtnej materii zaczyna wyłaniać się sylwetka – najpierw ledwo widoczna, mglista, ale już po kilku sekundach dało się zauważyć ludzkie kształty: dziewczynę w długiej, jasnej sukni…
– Jej twarz była blada… sina! Wpatrywała się we mnie swoimi dużymi, smutnymi oczami. Trwało to nie dłużej niż kilka sekund, po czym zjawa rozpłynęła się niczym rozwiana przez wiatr mgła… i zniknęła.
Uliczna latarnia ponownie zabzyczała, zaburczała, drgnęła i zgasła. Wszystko to zadziało się w zupełnej ciszy – bez żadnych krzyków, bez odzianych na biało duchów, bez litrów krwi czy twarzy w upiornych maskach, tak dobrze znanych z filmowych produkcji. Po prostu była to zjawa młodej dziewczyny o sino-bladej twarzy. Przestraszona kobieta uciekła, ile sił w nogach. Pojawiła się tu kolejnego dnia w asyście męża, relacjonując mu przebieg wydarzeń z ostatniej nocy. Czy uwierzył w jej opowieść? Chciało się zapytać, ale to pytanie nie padło.
Czy istnieje logiczne wytłumaczenie tego, co wydarzyło się tamtej nocy w wąskiej, przykościelnej uliczce? Czy mieliśmy tu do czynienia z jakimś zjawiskiem paranormalnym, a może był to efekt długotrwałego zmęczenia, stresu lub czegoś zupełnie innego? Trudno jest takie rzeczy rozsądzać, oceniać lub racjonalnie tłumaczyć. Scena rozegrała się dokładnie w miejscu, gdzie przytwierdzone są stare epitafia, wśród których znajduje się płyta nagrobna zmarłej w 1631 roku dziewczynki. Właśnie okolice tej płyty pani Barbara wskazuje jako miejsce tego niesamowitego spotkania.
Co właściwie wiemy na temat tej dziewczynki i samej płyty? Na imię miała Judyta (niem. Judith) i była córką noworudzkiego pisarza miejskiego, niejakiego Johannesa Löchterleina. Zmarła w wieku zalezwie sześciu lat, sześciu miesięcy i dziesięciu dni na bolesną i nieuleczalną wówczas chorobę – ospę prawdziwą. Była zatem jeszcze małym dzieckiem, gdy odeszła z tego świata. Pochowano ją na przykościelnym cmentarzu, gdzie spoczywała do wielkiego pożaru miasta, podczas którego spłonęło wiele noworudzkich domostw oraz zabytkowy kościół.
W roku 1884 zdecydowano o budowie nowego kościoła i likwidacji cmentarza. W krótkim czasie rozebrano mury starej świątyni, a teren wokół dokładnie splantowano. Szybko ruszyła budowa nowego, obecnego kościoła. Wszystkie ludzkie szczątki, na jakie wówczas natrafiono, złożono w jednym grobowcu, na którym wzniesiono kaplicę stojącą po dziś dzień. Postanowiono też zachować kilka starych płyt nagrobnych, najpewniej wmurowanych wcześniej w ściany kościoła, które przytwierdzono do przykościelnego muru oporowego. Traf chciał, że znalazło się tam również niezwykłe epitafium z wizerunkiem małej Judyty. Przypadkowo? Nie wydaje się. Płyta po prostu była ciekawa i kunsztownie wykonana.
Można odnieść wrażenie, że siedemnastowieczny twórca nagrobka starannie odwzorował postać sześcioletniej Judyty, utrwalając w kamieniu wiele drobnych szczegółów. Dziś trudno nam to ocenić, gdyż płyta – mimo że została starannie odrestaurowana w 2025 roku – wiele straciła względem pierwotnego wyglądu i dostrzeżemy jedynie ułamek mistrzowskiej roboty sprzed lat. Niegdyś, jeszcze w latach 50. i 60. XX wieku, znakomicie było widać niewielką postać odzianą w długą, marszczoną sukienkę z elegancko wywiniętym, dużym kołnierzem i ozdobnym kaftanem. Na głowie Judyty znajdował się niewielki czepiec zakrywający wysoko i ciasno splecione włosy. Na jej szyi zawisł szeroki, perłowy naszyjnik zwieńczony sporej wielkości medalionem. Na piersiach dziewczynki spoczywały splecione dłonie, trzymające malutki bukiecik polnych kwiatów – symbol przedwczesnej śmierci. Twarz Judyty miała duże oczy, które harmonizowały z niewielkimi, nieco wykrzywionymi ustami i pełnymi policzkami.
Wiek dziewczynki zupełnie nie pasuje do opisu zjawy, którą rzekomo widziała noworudzianka, i prawdopodobnie mamy tu do czynienia z dwoma różnymi historiami. Jednak pani Barbara z całą stanowczością stwierdziła, że zjawa wyłoniła się właśnie z tej płyty grobowej…
Najważniejsze w tej opowieści jest jednak to, że mimo upływu blisko 400 lat nadal pamiętamy malutką, sześcioletnią Judytę. Pamiętamy ją dzięki siedemnastowiecznej płycie nagrobnej, którą przytwierdzono do kościelnego muru. Epitafium nie jest w najlepszym stanie – pogoda, a przede wszystkim kwaśne deszcze doprowadziły do tego, że kamień, w którym wykuto oblicze Judyty, powoli niszczeje. Dziś z trudem dostrzeżemy niemal zupełnie rozmyte rysy twarzy, zatarte napisy czy herby rodzinne. Pozostaje tylko pamięć…
A zjawa? Jeśli to nie była Judyta, to kto? A może stary noworudzki cmentarz skrywa jeszcze inną, nieznaną nam tajemnicę? Tak czy inaczej, miły przechodniu, przystań i wspomnij małą Judytę, której oblicze niemal zupełnie się zatarło, oraz tajemniczą, bezimienną zjawę… Zjawę z ulicy Kościelnej.
..bo historia fajna jest!
MC Noworuders - Marek Cybulski
***
Jeśli podoba Ci się moja pasja i wspólnie ze mną przenosisz się w sentymentalną i tajemniczą podróż po okolicy, odkrywasz jej historie i zagadki, i chciałbyś mnie w tym wesprzeć, stawiając symboliczną kawę/herbatę? To zapraszam na: https://buycoffee.to/nowaruda-neurode

PRAWDZIWA PETARDA! ..czyli mało znane zdjęcia z przeszłości Kopalnia Ruben (niem. Rubengrube) po 1945 Kopalnia Nowa Ruda...
27/05/2026

PRAWDZIWA PETARDA! ..czyli mało znane zdjęcia z przeszłości

Kopalnia Ruben (niem. Rubengrube) po 1945 Kopalnia Nowa Ruda. W miejscu centralnym Szyb Kolejowy (niem. Bahn Schacht) po 1945 Szyb Piast - dziś nie istnieje.
Pocztówka, obieg pocztowy 1906
Ze zbiorów autora.

…bo historia fajna jest!
MC NOWORUDERS — Marek Cybulski

Tylko widoczek… (Prawdziwa petarda)I jak zwykle zacznę od słów: „ależ petarda!” (*przynajmniej dla mnie ) - chyba ten dz...
23/05/2026

Tylko widoczek… (Prawdziwa petarda)

I jak zwykle zacznę od słów: „ależ petarda!” (*przynajmniej dla mnie ) - chyba ten dział będzie trzeba tak zacząć nazywać.

Kilka lat temu, pod zmurszałą, rozpadającą się ze starości podłogą, odnaleziono starą pożółkłą i nieco uszkodzoną kopertę ze zdjęciami. I to nie byle jakimi zdjęciami!
Fotografie pierwsza klasa — duży format, w sepii, niezwykle wyraźne, pięknie skadrowane, niemalże artystyczne. Zbiór monotematyczny — wnętrza i otoczenie nowo wybudowanego (wówczas) noworudzkiego szpitala brackiego. Na zdjęciach, jakiś tajemniczy mistrz fotografii uwiecznił salę operacyjną, izby szpitalne, pokoje personelu, kaplicę, apartamenty pracownicze, kuchnię, pralnię i każdy znajdujący się na terenie budynek. Niesamowita podróż w czasie, ponad sto lat wstecz, do roku około 1911... Zbiór to kilkanaście zdjęć i jak już kiedyś zapowiedziałem, w całości będą przedstawiony Państwu na osobnej wystawie (możliwe, że już na początku września), ale dziś prezentuję jedno, a właściwie koleją fotografię po wcześniej zamieszczonej kuchni, dziś:
„Pralnia”

Ze zbiorów autora.
…bo historia fajna jest!
MC NOWORUDERS — Marek Cybulski

TYLKO WIDOCZEKTo chyba późne lata 30. XX wieku, Góra Wszytkich Świętych (niem. Allerheiligenberg) w Słupcu i nietypowy w...
17/05/2026

TYLKO WIDOCZEK

To chyba późne lata 30. XX wieku, Góra Wszytkich Świętych (niem. Allerheiligenberg) w Słupcu i nietypowy widok od południa.
Fotografia ze zbiorów autora.

MC Noworuders - Marek Cybulski..bo historia fajna jest? Pokaż mniej

ŚCINAWKA ŚREDNIA / MITTELSTEINE"Cegielnia widmo"Ruszam wprost przez pole. Czuję się jak żołnierz pokonujący nierówności ...
10/05/2026

ŚCINAWKA ŚREDNIA / MITTELSTEINE
"Cegielnia widmo"

Ruszam wprost przez pole. Czuję się jak żołnierz pokonujący nierówności pola bitwy. Co rusz potykam się o suche gałęzie, przerdzewiałe druty czy niedbale porzucone kawałki cegieł. Te ukryte w terenie przeszkody co chwilę sprawdzają wytrzymałość mojej kostki, wyginając ją bezlitośnie we wszystkie strony. Wysoka i gęsta trawa, wymieszana z kolczastymi pędami jeżyn, skutecznie utrudnia marsz. Mimo wszystko w miarę zwinnie omijam wykopy i leje wypełnione gruzem. Dysząc (obiecuję, od jutra zacznę trening!), pokonuję ostatnie kilkanaście metrów i spocony (od wrażeń i emocji — oczywiście ;) ) staję przed wysokim budynkiem z czerwonej cegły. Dotarłem do ruin cegielni w Ścinawce Średniej.

Pierwsze cegły zaczęto wypalać tu jeszcze w XIX wieku, gdy lokalny przedstawiciel arystokratycznego rodu von Luttwitz otworzył pierwszy zakład. Wybór miejsca nie był przypadkowy – znajdowały się tu bogate złoża gliny o bardzo dobrej jakości i wyjątkowym składzie chemicznym. Dodatkowo manufaktura Luttwitza sąsiadowała ze ścinawskim dworcem kolejowym, co ułatwiało szybki transport i spedycję wyrobów na cały kraj. Wyjątkowe było również otwarcie niewielkiego szybu górniczego, który na krótki czas i stosunkowo tanio zaopatrywał zakład w węgiel. Cegielnia parowa barona von Luttwitz na początku XX wieku zatrudniała wg źródeł 50 pracowników, chociaż na pocztówce z 1900 roku do wspólnego zdjęcia pozuje ich dokładnie 80. Możliwe, że to grupa pracowników stałych i sezonowych? Tak czy inaczej, ścinawska cegielnia plasowała się wysoko w rankingu lokalnych pracodawców.
Od 1919 roku zakładem zarządzał nowy właściciel – Adrian Gaertner. Był to człowiek inwestujący w nowe technologie, wdrażający nowoczesne pomysły i w pełni zmechanizowane linie produkcji. Najpierw rozbudował zakład, stawiając kilka nowych obiektów. Sprowadził niezwykle wydajne angielskie kotły parowe, które wytwarzały tyle energii, że jej nadmiar oddawano do zasilania innych instalacji w Ścinawce Średniej. Gaertner oprócz tradycyjnych cegieł rozszerzył asortyment o wyroby specjalistyczne i klinkierowe. Katalog z lat 40. zawierał dziesiątki różnych produktów i kształtek w wielu wariantach. Wypalano tu dachówki, szczytówki, kanały kablowe, rury drenażowe, podwieszane płytki sufitowe, pustaki oraz panele izolacyjne.

Jako jeden z nielicznych zakładów na Śląsku cegielnia dr. Adriana Gaertnera prowadziła nieprzerwaną produkcję przez cały rok, co w tamtych latach było techniką rzadką. Gaertner szykował się do zimy z wyprzedzeniem – wydobytą wcześniej glinę przechowywał w specjalnych magazynach i kopcach. Dzięki temu nie musiał prowadzić wydobycia z zamrożonych wyrobisk. Wszystkie te innowacje sprawiły, że ścinawska cegielnia pracowała pełną parą nawet po wybuchu wojny.
Po 1945 roku zakład działał jako Państwowa Cegielnia Skałeczno, później jako Wrocławskie Przedsiębiorstwo Ceramiki Budowlanej, zatrudniając w pewnym momencie nawet 150 osób. Po transformacji systemowej w 1989 roku na krótko przeszła w prywatne ręce, po czym popadła w ruinę.
I właśnie ten najwyższy budynek, widoczny z oddali dzięki charakterystycznemu zakrzywionemu dachowi, był celem mojej wyprawy. Opierając się o jego ścianę, stopniowo uspokajałem oddech. To dawna kotłownia, bijące serce cegielni – bardzo wysoka hala, gdzie niegdyś znajdowały się nowoczesne piece napędzające turbiny. Obecnie z dawnego splendoru nie pozostało praktycznie nic; to strefa zniszczenia. Wywiezione maszyny, wyrwane ze ścian przewody i walające się śmieci składają się na obraz zagłady tego miejsca...a jednak jest tu coś niesamowitego i magnetycznego, bo miejsce to przyciąga nie tylko turystów urbexowych, ale i miłośników lokalnej historii. To ginąca przeszłość, której jeszcze można dotknąć, którą można odkryć i zasmakować. To ostatni dzwonek na udokumentowanie czegoś, co niebawem przestanie istnieć.
Pomieszczenie dawnej kotłowni, mimo że zupełnie zdewastowane, robi ogromne wrażenie. Wysokie, wręcz gigantyczne ściany z czerwonej cegły, żelbetowe wsporniki i kolumny, kilkumetrowe okna tworzą niezwykły, wręcz magiczny klimat. Przez chwilę wydaje mi się, że zamiast do fabrycznej hali, wkroczyłem do starej, średniowiecznej katedry.
Ruiny szybko jednak przypominają o swoim stanie. Niewielki powiew wiatru sprawia, że ze znajdującego się kilkanaście metrów nad moją głową dachu sypią się resztki cegieł i metalowych elementów pokrycia. Magia pryska, gdy cegła wielkości dłoni ląduje tuż obok mnie, powiększając stos innych przedmiotów wyrwanych przez wiatr. Szybko pokonuję kilka stopni i przechodzę do pomieszczenia na półpiętrze. Ponownie zaskakuje mnie ogrom dawnej hali. Wszystko wzniesiono z identycznej cegły; surowe ściany piętrzą się na kilkanaście metrów. Nad głową brakuje dachu — ten musiał runąć dobrych kilkanaście lat temu, ponieważ jego resztek nie dostrzegam na betonowej posadzce, niemal w całości pokrytej bujnymi krzewami i kilkumetrowymi drzewami. Pełno tu dziur i otworów, wiele pęknięć oraz chybocących się elementów konstrukcji. Widok jest abstrakcyjny: z jednej strony wysokie, czerwone mury, a z drugiej soczysta zieleń przyrody – i to w miejscu, w którym w ogóle nie powinna występować.
Przechodzę do kolejnych pomieszczeń. W każdym odnajduję chaotycznie porozrzucane cegły i elementy niegdyś tu produkowane. Niektóre z nich nawet dziś imponują estetyką i pomysłowością wykonania. Gdzieś tutaj w czasie II wojny światowej przetrzymywano angielskich jeńców, po których podobno jeszcze w latach 90. XX wieku można było odnaleźć wyryte w cegłach napisy: nazwiska i daty. Mimo poszukiwań nie udało mi się odnaleźć żadnej z tych pamiątek. Czułem dziwny niepokój, uświadamiając sobie, że stoję w miejscu, gdzie uwięzieni ludzie chcieli zachować pamięci o sobie, a dziś jedynym świadkiem ich obecności jest moja bezskuteczna próba odnalezienia ich imion. Nawet nie mam pewności, czy ryty jeszcze istnieją.

Docieram do niewielkich drzwi. Za nimi strome, betonowe schody prowadzą na dolną kondygnację. Mnóstwo tu betonowych fundamentów po jakichś trudnych do zidentyfikowania maszynach. Do każdego stanowiska prowadzą kanały techniczne, wąskie przejścia, zejścia i szybiki. Ciekawość wygrywa i podekscytowany schodzę jeszcze niżej, do części podziemnej. Nie spodziewałem się tu takich przestrzeni – te podziemne komory są naprawdę gigantyczne, a łączące je korytarze szerokie i długie. Wszędzie zalega gruz i porzucone elementy betonowe. W niektórych miejscach stropy trzymają się na przysłowiowe „słowo honoru” i nie mam pojęcia, jak to możliwe, że tony betonu i ziemi jeszcze nie pogrzebały tego miejsca.
Każdy mój krok wywołuje trzask lub zgrzyt i unosi tumany kurzu. Wirujący w powietrzu pył raz jest czerwony, raz szary, a niekiedy zupełnie czarny, o nieprzyjemnym, gryzącym zapachu spalenizny. Zakrywając usta, przekroczyłem kolejne ceglane wrota, zanurzając się w kompletnym mroku. Muszę wspomagać się światłem latarki. Blady promień wydobywa niewidoczne do tej pory komory z ciasnymi, czarnymi zakamarkami. Wszystko to przypomina bardziej zasypany wieki temu starożytny grobowiec niż opuszczony warsztat.
Brudna ciemność przytłacza. Nie czuję się komfortowo, więc przy pierwszej okazji opuszczam cegielniane lochy, by łapczywie odetchnąć świeżym powietrzem. Potrzebuję chwili, by zorientować się w terenie – to miejsce powoli zaczyna przypominać labirynt. Wybitym w ścianie otworem przechodzę do sąsiedniego pomieszczenia, a stamtąd do dawnej hali z głębokimi, betonowymi silosami. I znowu obok siebie trwają dwa niepasujące do siebie światy: dzika przyroda i zrujnowane ściany zakładu. Wokół rosną drzewa – i to spore, mimo że pomieszczenie znajduje się na piętrze.
Wydostaję się z budynku głównego i przedzieram w okolicę samotnie sterczącego komina. Przeskakuję gruzowisko, przecinam drogę i wkraczam w porośnięte gęstymi chaszczami najważniejsze miejsce cegielni – dawne piece do wypalania. Już dawno nie ma tu dachu, a kilka lat temu rozebrano boczne ściany, ale używając wyobraźni, wciąż można dostrzec długi korytarz, którym biegło torowisko, oraz wloty do komór piecowych. Niestety wszystko jest zniszczone i zarośnięte. Nie ma już cegielni w Ścinawce Średniej – pozostało jedynie umierające widmo historii. Bardzo niebezpieczne widmo...
Ścinawska cegielnia to żywy dowód na to, że czas nie bierze jeńców. Dokumentowanie takich miejsc to nasz obowiązek, zanim ten ceglany labirynt zniknie na zawsze, zabierając ze sobą resztki opowieści, których nie zdążyliśmy w porę ocalić od zapomnienia.
..bo historia fajna jest!
MC Noworuders - Marek Cybulski
***
Jeśli podoba Ci się moja pasja i wespół ze mną przenosisz się w sentymentalną podróż po okolicy, odkrywasz jej tajemnice i zagadki, i chciałbyś mnie w tym wesprzeć, stawiając symboliczną kawę/herbatę? Zapraszam https://buycoffee.to/nowaruda-neurode

Adres

Rynek
Nowa Ruda
57-400

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Nowa Ruda Neurode Tajemnice, zagadki, historia umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Ta Organizacja

Wyślij wiadomość do Nowa Ruda Neurode Tajemnice, zagadki, historia:

Udostępnij