12/06/2026
NOWA RUDA / NEURODE
„Dwudziesta piąta minuta... Zapomniany wyrzut”
W 95 rocznicę zapomnianej tragedii
Zaskakujące, jak niesamowite i poruszające historie potrafią opowiedzieć nam dokumenty zdeponowane w archiwach. Oczywiście odnajdziemy tam setki stron zapisanych suchymi liczbami, tabelami wyliczeń i nazwiskami ważnych oraz bardzo ważnych osobistości, ale są tam również akta pełne ludzkich dramatów i niezwykłości...
Lata 30. i 40. XX wieku to w historii noworudzkiego górnictwa czas wielkich katastrof. Najpierw, w 1930 roku, doszło do tragedii na szybie Kurt, w dzisiejszym Jugowie, która pochłonęła 151 ofiar. Zaledwie 11 lat później, w 1941 roku, miała miejsce ta największa, najtragiczniejsza w skutkach – gwałtowny wyrzut gazów i skał w kopalni Ruben w Nowej Rudzie (późniejsze Pole „Piast”), który odebrał życie 187 górnikom. Dwa potężne wyrzuty i niewyobrażalna liczba 338 ofiar.
I gdzieś pomiędzy tymi dwoma potężnymi dramatami, w cieniu wielkich liczb i narodowej żałoby, rozegrała się kolejna tragedia. Tragedia cicha, bo dużo mniejsza. Przez to, że kosztowała życie „tylko” siedmiu ludzi, niemal zupełnie uciekła z naszej zbiorowej pamięci.
W cieniu wielkiej statystyki
A przecież od katastrofy na szybie Kurt minął niespełna rok. Nie opadł jeszcze kurz tamtego dramatu z porażającą liczbą ofiar, która wstrząsnęła całym ówczesnym światem. Jednak gdy 9 czerwca 1931 roku ziemia ponownie upomniała się o kolejnych siedmiu górników, dla statystycznego mieszkańca Nowej Rudy, Dolnego Śląska czy Niemiec było to zaledwie niewielkie, zdawkowe doniesienie prasowe.
Ale czy ten dramat był przez to mniej bolesny? Przecież ludzka śmierć nie karmi się statystyką. Dla rodzin ofiar runął wtedy cały świat. Jeden z ówczesnych reporterów, poruszony tym wydarzeniem, zapisał słowa, które do dziś zmuszają do refleksji:
„Ponownie potwór drzemiący głęboko w łonie noworudzkiego zagłębia węglowego zażądał siedmiu ludzkich istnień. Decydujący jest fakt, że w całym noworudzkim regionie nieubłagana, nienasycona bestia czyha głęboko we wnętrzu ziemi i co jakiś czas wyciąga swoje szpony, żądna nowych ofiar, a wobec której całe ludzkie dzieło i ludzka wiedza są bezsilne i bezradne”.
Mimo to, tragedia z 9 czerwca 1931 roku została przykryta grubą warstwą zapomnienia.
Śmiercionośny wyrzut na szybie Kurt w Jugowie rozpętał burzę na temat warunków bezpieczeństwa w noworudzkich kopalniach. 9 czerwca 1931 roku w niemieckim parlamencie miano debatować o zabezpieczeniu górniczego losu. Jednak historia rzadko bywa tak boleśnie ironiczna: w tym samym momencie, gdy na berlińskich salonach dyskutowano o poprawie bezpieczeństwa w Nowej Rudzie, gaz zabijał ponownie, kpiąc sobie z parlamentarnych procedur.
Dwudziesta piąta minuta...
Jak niemal za każdym razem, nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy. Górnicy z nocnej zmiany zgodnie z planem zajechali pod ziemię i rozpoczęli pracę. Tego wieczoru nie wydarzyło się nic niepokojącego – nie było żadnej awarii ani nadzwyczajnej sytuacji. Każdy w spokoju wykonywał swoje zadania.
Aż nagle, tuż po godzinie 22:00, w drążonym szybiku doszło do nagłego, niekontrolowanego wyrzutu gazów i skał. Uwolniona siła była potężna. W szybik i prowadzące do niego chodniki wyrzucone zostało 1707 ton węgla i kamienia (według innych danych: 997 ton). W wyniku tego kataklizmu życie straciło 7 górników, w tym szesnastoletni uczeń, a 4 innych odniosło rany.
W Archiwum Państwowym w Kamieńcu Ząbkowickim do dziś spoczywa teczka dotycząca tego nieszczęśliwego wypadku. Zebrane w niej dokumenty nie skupiają się stricte na samej katastrofie czy jej przyczynach. Znajdziemy tam kilkadziesiąt listów, formularzy, protokołów i oficjalnej korespondencji, jaką dyrekcja kopalni prowadziła z rodzinami ofiar w sprawie odszkodowań i rent. Z tych pożółkłych pism wyłania się niebywale zimny, wręcz wyrachowany charakter kopalnianych decydentów.
Ostatnia szychta Friedricha
Wśród dokumentów moją szczególną uwagę przykuwa historia najmłodszej z ofiar, szesnastoletniego Friedricha Trautmanna – chłopaka, który dopiero uczył się trudnego fachu górnika. Doskonale wiem, co mógł wtedy czuć. Sam byłem uczniem szkoły górniczej i potrafię spojrzeć na kopalnię oczami tego młodego człowieka. Praca pod ziemią jest ciężka, niebezpieczna i nieprzewidywalna. Dla nastolatka wszystko na dole jest nowe, przytłaczające, ciasne i mroczne. Tam, głęboko pod ziemią, młodziak zawsze przed starszymi zgrywa odważnego, ale w sercu skrywa naturalny lęk.
Feralnego wieczoru szesnastolatek został przydzielony jako pomocnik do doświadczonego górnika strzałowego o nazwisku Weigang. Obaj wykonali odwierty, zainstalowali materiały wybuchowe, po czym – zgodnie z surowym regulaminem – udali się za bezpieczną tamę strzałową.
Detonacja ładunków przebiegła prawidłowo. W górniczym przodku najpierw potężnie huknęło, mocno zatrząsło i po chwili z korytarzy wydobyła się gęsta chmura pyłu i dymu. Strzałowy z uczniem odczekali regulaminowe 20 minut – czas potrzebny, by system wentylacji usunął poeksplozyjne dymy – i ruszyli na rutynową inspekcję miejsca odstrzału.
Jako pierwszy szedł Weigang, trzymający w ręku benzynową lampę wskaźnikową. Kilka metrów za nim podążał młody Trautmann, oświetlający drogę jasnym snopem elektrycznego światła. Mieli tylko otworzyć wrota tamy, podejść kilkadziesiąt metrów i sprawdzić stan wyrobiska...
Górnicza lampka benzynowa (często mylona ze zwykłą lampą oświetleniową) to proste, ale niezwykle skuteczne urządzenie pomiarowe. Jej obsługa i odczyt nie były specjalnie skomplikowane. Przy bezpiecznym składzie powietrza płomień lampy palił się stabilnie. Jednak w momencie pojawienia się niebezpiecznych gazów natychmiast zmieniało się zachowanie płomienia, który tym samym ostrzegał górników przed niewidzialnym niebezpieczeństwem. Gdyby pojawił się metan, płomień lampy natychmiast by się powiększył lub zmienił kolor; gdyby w atmosferze znalazł się dwutlenek węgla – płomień by przygasł. Tamtej nocy natura uwięziona w węglu okazała się jednak szybsza niż reakcja człowieka.
Przez krótką chwilę wszystko wydawało się być w porządku. Powietrze było czyste, górotwór stabilny. I nagle – wstrząs. Płomień lampki benzynowej zachwiał się gwałtownie, zamigotał i momentalnie zgasł. Doświadczony górnik natychmiast zrozumiał, co to oznacza. Odwrócił się energicznie i krzycząc na całe gardło: „Gaz! Wracamy!” rzucił się do ucieczki.
Minął zaskoczonego, stojącego w bezruchu Trautmanna i pędził co sił w nogach w stronę tamy strzałowej. Słyszał jeszcze, że chłopak ruszył za nim. Jednak śmiercionośny gaz napierał z wielką siłą i prędkością. Górnik strzałowy, mimo rozrywającego ucisku w klatce piersiowej i rozpaczliwego braku tchu, zdołał dopaść drzwi tamy i otworzyć je, po czym bezwładnie runął na ziemię, tracąc przytomność. Ocucili go dopiero ratownicy. Szczęśliwie wyrwany z łap śmierci, był jednym z nielicznych ocalałych.
Młody Friedrich Trautmann nie miał tyle szczęścia. Nie zdołał dotrzeć do zbawiennego, świeżego prądu powietrza za tamą. W gęstym mroku i tumanach unoszącego się pyłu leżącego chłopca nie dostrzegli również inni przerażeni, uciekający z zagrożonych rejonów koledzy. Uduszony, skonał w całkowitych ciemnościach, zaledwie kilkanaście metrów przed ratunkiem. Miał tylko 16 lat.
Walka o godność i cyniczna gra kopalni
Ojciec chłopaka, sam będąc doświadczonym górnikiem, nie potrafił pojąć, jak mogło dojść do takiego zaniedbania. Nie mieściło mu się w głowie, że w kopalni o tak gigantycznym ryzyku wyrzutów wydano polecenie niedoświadczonemu szesnastolatkowi, by asystował strzałowemu podczas skrajnie nebezpiecznej inspekcji świeżo odstrzelonego przodka.
Dyrekcja kopalni, powołując się na nadzorującego pracę sztygara, wyjaśniła bezdusznie, że przełożony miał do tego pełne prawo i nie było w tym nic nadzwyczajnego czy niepokojącego. Górnicy zastosowali się do wszystkich kopalnianych zaleceń i przepisów. Nikt nie złamał prawa, nikt nie postąpił wbrew regulaminowi. To natura po raz kolejny zakpiła sobie z ludzkich paragrafów – do wyrzutu doszło w 25. minucie po odpaleniu ładunków, i to w miejscu, które uznawano za stosunkowo bezpieczne. A jednak potwór zaatakował.
Kopalnia, chcąc szybko i cicho zamknąć sprawę, planowała pochować wszystkie ofiary tragedii we wspólnym, masowym grobie na jednym cmentarzu. Zbiorowa mogiła miała połączyć dawnych kamratów z pracy na wieki. Wybór padł na cmentarz w Nowej Rudzie, co poniekąd było uzasadnione, gdyż cztery ofiary pochodziły właśnie z terenu miasta. Plan ten nie wszystkim jednak odpowiadał.
Ojciec szesnastolatka stanowczo nalegał na pogrzeb w rodzinnym Drogosławiu. Ostatecznie kopalnia ustąpiła częściowo: zaplanowano jedną ceremonię pogrzebową 13 czerwca 1931 roku w Nowej Rudzie, skąd trumny miały zostać przetransportowane na miejscowy cmentarz i nekropolię w Drogosławiu. Jednak i tutaj Trautmann senior postawił twardy warunek. Nie wyrażał zgody na pochowanie syna w zbiorowej mogile – żądał osobnego, dedykowanego tylko jego dziecku grobu. Kategorycznie odrzucił również pochówek organizowany i finansowany przez władze kopalni, które bezustannie obarczał winą za śmierć dziecka.
Dyrekcja, choć niechętnie, musiała ugiąć się przed determinacją zdesperowanego ojca, ratując tym swój nadszarpnięty katastrofą wizerunek.
Rano 13 czerwca, po oficjalnej ceremonii w kaplicy Szpitala Brackiego, trumny z czterema ciałami noworudzkich górników spoczęły na pobliskim cmentarzu. Ciała trzech górników z Drogosławia przewieziono pod kościół św. Barbary, gdzie pochowano dwóch z nich. Trzecią trumnę – z ciałem szesnastoletniego Friedricha – odprowadzono bezpośrednio do jego rodzinnego domu. Pogrzeb ostatniego z górników odbył się dopiero w poniedziałek, 15 czerwca – w ciszy, bez oficjeli, tłumu gapiów i ciekawskich reporterów. Doszło wówczas do kolejnego starcia z dyrekcją: rodzina chłopca zakupiła własną trumnę u lokalnego stolarza, ostentacyjnie odrzucając tę ufundowaną przez władze kopalni Ruben.
Cena „czarnego złota”
Ktoś mógłby pomyśleć, że ojciec młodego górnika przesadzał, a przez jego decyzje przemawiała jedynie czysta złość i żal po stracie ukochanego syna. Jednak zebrane w archiwum akta obnażają bezwzględną, cyniczną grę finansową zarządu kopalni. Władze dążyły do jednego, masowego pogrzebu z bardzo prozaicznego powodu: kasy. Wykonanie jednej zbiorowej mogiły było bez porównania tańsze niż przygotowanie siedmiu osobnych kwater. Trumny zamówiono hurtowo poza miastem, ponieważ noworudzcy rzemieślnicy żądali wyższych stawek. Dyrekcja planowała również wystawienie jednego, wspólnego pomnika – z oszczędności. Archiwalne dokumenty z przerażającą skrupulatnością wyliczają te cięcia budżetowe: jeden opłacony ksiądz, jeden grabarz, jeden kamieniarz...
Gdy ojciec szesnastolatka, starym zwyczajem, przedłożył dyrekcji rachunek za niezależny pogrzeb syna na kwotę 127,50 RM, kopalnia Ruben wypłaciła mu zaledwie 82,50 RM. W oficjalnym uzasadnieniu zaznaczono, że zakład nie zamierza płacić za „fanaberie” starszego z Trautmannów, bezdusznie odrzucając koszty mszy świętej, oprawy muzycznej, nekrologów czy choćby skromnego anonsu w lokalnej prasie. Co więcej, w wewnętrznej, poufnej korespondencji walczącego o godność syna ojca określano mianem „komunisty” i „pieniacza”.
Jednak i tym razem, pod naciskiem, kopalnia wypłaciła należną całość zasiłku pogrzebowego, który – jak słusznie wytykał Trautmann – i tak był rażąco zaniżony w porównaniu do ubiegłych lat. Dawniej zakład za ten smutny obowiązek wypłacał ryczałtem 200 RM, a przy katastrofie na szybie Kurt w Jugowie, zaledwie 11 miesięcy wcześniej, zasiłek wynosił aż 350 RM (tak przynajmniej twierdził w swoim piśmie Trautmann).
Dniówka ówczesnego górnika pracującego w noworudzkiej kopalni wahała się w granicach od 4,00 do 7,50 marki za dzień. Można więc przyjąć, że życie i śmierć szesnastoletniego Friedricha Trautmanna wyceniono na niewiele więcej niż 23 dni jego ciężkiej pracy pod ziemią...
Grób Friedricha Trautmanna na drogosławskim cmentarzu nie przetrwał do naszych czasów. Pamięć po nim, zatarta przez dekady milczenia i wielką historię, przetrwała jednak na pożółkłych kartach archiwalnych teczek – po to, by dziś przypomnieć nam o cenie, jaką Nowa Ruda płaciła za swoje czarne złoto.
MC Noworuders - Marek Cybulski ..bo historia fajna jest!