04/07/2026
Zapach fiołków z Drulit.
Czasami kolekcjonerowi trafia się przedmiot, który okazuje się czymś znacznie więcej niż tylko starym papierem. Tak było z niepozorną pocztówką wysłaną 4 kwietnia 1912 roku z Drulit (Draulitten) w Prusach Wschodnich.
Na awersie widzimy elegancki pałac rodziny Krahmerów. Na odwrocie zaś znajduje się odręcznie napisany list skierowany do Siostry Olgi Lüttges, prawdopodobnie diakonisy lub nauczycielki związanej z Berlinem i czasowo przebywającej w Koszalinie.
Na początku nic nie zapowiadało, że ten list otworzy historię obejmującą ponad sto lat europejskich dziejów. Autor pisze o zbliżających się Świętach Wielkanocnych. Nie są to jednak radosne życzenia.
Przeciwnie. W liście pobrzmiewa samotność. Pisze:
"Te święta spędzam ZNOWU sam, bez mojej żony i dwójki starszych dzieci, które są w Homburgu." To słowo -„znowu” - brzmi wyjątkowo przejmująco.
W ogromnym pałacu pośród pruskiego majątku ziemskiego siedzi człowiek, który wraca do zdrowia po chorobie, zarządza gospodarstwem i spędza święta bez najbliższych.
Najbardziej poruszający jest jednak inny fragment. Autor wspomina starą kartkę bożonarodzeniową otrzymaną od Olgi. Znalazł ją przypadkiem jako zakładkę w książce.
I wtedy wydarzyło się coś niezwykłego. Pisze, że gdy zobaczył jej charakter pisma i adres, miał wrażenie, jakby z kartki unosił się zapach fiołków. Był tak przekonany o tym zapachu, że uznał kartkę za perfumowaną. Dopiero po chwili zauważył wieniec fiołków na ilustracji i sam przyznał, że był to jedynie odruch pamięci i tęsknoty.
Na końcu dodaje zdanie, które po ponad stu latach nadal porusza:
„Moje myśli zawsze spieszą naprzeciw Pani myślom.”
Kim był ten człowiek?
Wszystko wskazuje na to, że autorem listu był 47-letni dr Robert Krahmer, właściciel majątku w Drulitach. Dalsze poszukiwania doprowadziły do niezwykłego odkrycia. Żoną Roberta była Juliane Wertheimber, córka znanej żydowskiej rodziny bankierskiej z Bad Homburga. To najprawdopodobniej do rodzinnego Homburga wyjechała na święta wraz z dziećmi, pozostawiając męża samego w Drulitach. W tamtym momencie nic nie zapowiadało tragedii.
Był rok 1912. Europa żyła jeszcze w świecie wielkich majątków, rodzinnych pałaców i spokojnych świąt. Nikt nie wiedział, że już za kilka lat wybuchnie wojna, a kolejne pokolenie tej rodziny zostanie wciągnięte w dramat XX wieku. Po dojściu nazistów do władzy Juliane Wertheimber-Krahmer, ze względu na swoje żydowskie pochodzenie, została zmuszona do opuszczenia Niemiec. Uciekła do Francji. W 1940 roku, gdy wojska niemieckie zbliżały się do Paryża, odebrała sobie życie, nie widząc dla siebie przyszłości w Europie opanowanej przez nazizm. Jej syn Hans-Werner Krahmer został ostatnim właścicielem Drulit.
Jego córka, Catherine Krahmer, miała zaledwie sześć lat, gdy w styczniu 1945 roku musiała wraz z rodziną uciekać z Prus Wschodnich przed Armią Czerwoną.
Po wojnie los rzucił rodzinę do Francji. Tam, dzięki rodzinnym kontaktom z francuską gałęzią Rothschildów, znaleźli schronienie w Normandii. Mała dziewczynka z pałacu w Drulitach dorosła, została cenioną historyczką sztuki i autorką książek.
Dziś, mieszkając w Paryżu z partnerką, opublikowała swoje wspomnienia zatytułowane:
„Von Ostpreußen nach Frankreich – Eine Odyssee der vierziger Jahre”
(„Z Prus Wschodnich do Francji - Odyseja lat czterdziestych”)
I właśnie wtedy historia zatoczyła niezwykłe koło.
W czasie, gdy wnuczka Roberta Krahmera opisuje utracony świat swojego dzieciństwa w Drulitach, na rynku kolekcjonerskim pojawia się odręcznie napisana pocztówka jej dziadka.
Kartka, na której nie ma wielkiej polityki. Nie ma wojny. Nie ma jeszcze tragedii XX wieku.
Jest tylko samotny człowiek siedzący w pałacu w Prusach Wschodnich, wspominający zapach fiołków z listu otrzymanego od przyjaciółki.
Czasami jeden niewielki kawałek papieru potrafi opowiedzieć więcej niż książka.
Cdn.