05/02/2026
Nasza SUBKOWIANKA❤️❤️❤️ Zawsze z uśmiechem, dobrym słowem, piękna, autentyczna osoba.
W kolejnym odcinku serii rozmów "Gmina Subkowy dawniej, wspomnienia mieszkańców" główną bohaterką jest Maria Nędza. Wraz z niezastąpionymi Patrycja Kussowska i Małgorzata Gądek spędziłyśmy cudowny czas na rozmowie a Pani Maria zaszczyciła nas dodatkowo kociewskimi kolędami ❤
Zapraszam do lektury !
"Gdybym miała coś powiedzieć młodym ludziom, to jedno: bądźcie dobrzy dla innych. Nie chowajcie urazy. Ja zawsze pierwsza wyciągam rękę do zgody, bo życie w zgodzie daje spokój w sercu. Zdrowie jest najważniejsze, a reszta - jakoś się ułoży."
Maria Nędza, z domu Marek urodziła się 18-ego czerwca 1952 roku w powiecie Rzeszowskim. Pochodzi miejscowości o nazwie Rzędzianowice, niedaleko Mielca. Jest najstarsza z sześciorga rodzeństwa. Jej dzieciństwo nie wyglądało jak dzieciństwo innych dzieci. Bardzo wcześnie została nauczona odpowiedzialności.
- Swoje najmłodsze lata wspominam tak, że musiałam opiekować się młodszym rodzeństwem. - mówi Maria - Mama szła do pracy, tato również. Dodatkowo jeszcze chorował. W pamięci zapadła mi szczególnie jedna sytuacja, która wydarzyła się gdy miałam siedem lat. Podgrzewałam mleko dla najmłodszej siostry. Nie znałam się jeszcze na zegarze ale wiedziałam o której godzinie mam dać siostrzyczce butelkę. Wstawiłam więc to mleko a sama poszłam na zewnątrz i szybko o nim zapomniałam. Na szczęście tata wrócił do domu na czas. Cały dom był w dymie. Takie chwile zapadają w pamięć na całe życie. Zabaw prawie nie było. Moja jedyna lalka była zrobiona z kolby kukurydzy owiniętej w szmatkę. Z kolbowych włosów plotłam jej warkoczyki. W domu było skromnie, biednie, ale byliśmy razem. Bieda uczy pokory i zaradności - wtedy się o tym nie myślało, po prostu trzeba było dać radę. W jednym pokoju spało nas sześcioro. Nikt nie narzekał, bo nikt nie znał innego życia. - Rodzice pracowali. Mama chodziła do fabryki, tata był stolarzem, ale długo chorował. Zmarł we śnie w wieku 48-miu lat. Pamiętam jak dzisiaj jak mama płakała. Bardzo martwiła się o przyszłość swoich dzieci a Bogu dzięki pożeniła wszystkie.
Dom rodzinny Maria pamięta do dziś. Jedna kuchnia, jeden pokój, jedno łóżko. - Potem tato zrobił drugie, wsuwane. Spaliśmy po dwoje, a rodzice razem, dopóki nie wykończyli następnego pokoju. Nikt nie miał swojego pokoju, a jednak wszyscy się zmieścili. I dało się żyć.- wspomina nasza bohaterka. - Pamiętam dużą beczkę na kapustę, chyba dwieście litrów. Deptaliśmy kapustę nogami. Telewizora nie było. Dużo czasu spędzaliśmy nad rzeką Wisłuchą i nikt się nie potopił. W niedziele rodzice po południu szli do takiego miejsca, gdzie ludzie się spotykali. Była beczka piwa i kilka desek. Cała wieś tam przychodziła.
Z domu wyniosłam wiarę w Boga. Pamiętam mamę zmęczoną, po nocnej pracy. Kładła się i żegnała. Mówiła: „Dzieci, nie patrzcie na mnie, ja już nie mam siły.” To bardzo utkwiło mi w pamięci.
- Do Subków trafiłam dzięki miłości. Mój przyszły mąż przyjechał w moje rodzinne strony na wesele i tak się poznaliśmy. Potem długo były tylko listy. Później przyjechałam tutaj zobaczyć, jak to wygląda. Ślub wzięliśmy 1 kwietnia 1978 roku - nawet proboszcz żartował, czy to na pewno nie prima aprilis i czy sobie nie żartujemy. - śmieje się Maria - Mój mąż to człowiek bardzo dobry, wrażliwy i uczuciowy. Cichy, raczej skryty. Jesteśmy razem od 48 lat. Były chwile łatwe i bardzo trudne, ale zawsze trzymaliśmy się razem.
- Tydzień po slubie przyjechaliśmy do Subków przyjechaliśmy Żukiem. Dostaliśmy jeden pokój. Przez pierwsze dwa tygodnie bardzo płakałam. Wychodziłam na podwórko, nocami nie spałam… tak mi było tęskno. Tęskniłam za rodziną, za swoim domem. Z czasem przyszły dzieci, obowiązki, codzienność. Dziś mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem: Subkowy to mój dom.
- Zawsze lubiłam śpiewać i czytać. Śpiewałam już jako młoda dziewczyna, znałam przyśpiewki rzeszowskie. A od szesnastu lat należę do zespołu „Kociewiaki”. To są piękne czasy. Jedna z najfajniejszych rzeczy, jakie mnie spotkały. Pamiętam jak wstąpiłam do zespołu. Podczas ślubu mojego syna podeszła do mnie Pani, której spodobał się mój śpiew, zaprosiła mnie do zespołu. Dwa tygodnie później były Dożynki w Subkowach. Piosenek musiałam nauczyć się na pamięć a przecież kociewska gwara nie była mi znana. Często pytałam się Pani Halinki, co dane wyrazy oznaczają. Co to są te Bómbómy? Śpiewałyśmy bez notatek, było próby, występy, ludzie. Bardzo to pokochałam.
- Przez kilka lat pracowałam jako tokarz w Mielcu, ale po przeprowadzce do Subków zajęłam się gospodarstwem. Były krowy, świnie, dom, praca od rana do wieczora. Mąż całe życie pracował w gospodarstwie. Tak wyglądało nasze wspólne życie.
Najtrudniejszym doświadczeniem w życiu Marii była choroba syna. Po Czarnobylu zaczął poważnie chorować - najpierw oczy, potem problemy z poruszaniem się i słuchem. - Przez lata jeździłam z nim po szpitalach w całej Polsce. Przez dziesięć lat odwiedziłam przeróżne kliniki a nawet znachorów.- mówi ze wzruszeniem - Lekarze mówili wprost, że mam przygotować się na najgorsze. Do mnie w ogóle nie docierało, że mój syn może umrzeć. Ja jeździłam z nim przez pięć tygodni, dzień w dzień do kliniki. Z dworca w Tczewie wyjeżdżałam rano a wracałam w nocy, bo przecież tutaj była jeszcze czwórka dzieci. Dużą pomoc zawdzięczam sąsiadkom i teściowej i nie poddawałam się. Codziennie się modliliśmy. Dzień po dniu uczyłam go na nowo chodzić. To była długa, ciężka droga. Dziś mój syn jest po przeszczepach rogówek, ma implant słuchowy, skończył szkoły i studia. Ma swoją rodzinę i dzieci. Dla mnie to cud. Wierzę, że modlitwa dała mi siłę, żeby przez to wszystko przejść.
Z opowiadań mamy i babci pamięta, że byli wysiedlani, a potem po wysiedleniu wrócili. Dom był jeden, zbombardowany. Była w nim taka jedna wielka dziura. - Mama wspominała też czasy, kiedy przyszli Ruscy. Była zima, jedli zmarzniętą kapustę, zbieraną gdzieś na polu. U babci przez jakiś czas stacjonowało dwóch Niemców. Babcia miała kuchnię i jeden pokój. Mówiła, że mieli się dobrze, bo Niemcy dawali cukier i konserwy. - opowiada Maria - Mówili jej: „Idź, bo ja też mam dzieci i rodzinę." albo "Kazali mi iść, to muszę.” Nie mieszkali u babci, tylko byli w pobliżu ale najważniejsze, że wszyscy przeżyli. W mojej rodzinie nikt na wojnie nie zginął.
W Subkowach najbardziej ceni sobie ludzi i Kościół. Jest bardzo związana z tutejszą parafią - troje moich dzieci brało tu ślub. Mamy tu dobre relacje sąsiedzkie. Mamy nawet swoją tradycję, że codziennie się odwiedzamy na kawę.
Zapytana o poradę dla młodszych pokoleń, odpowiada: - Gdybym miała coś powiedzieć młodym ludziom, to jedno: bądźcie dobrzy dla innych. Nie chowajcie urazy. Ja zawsze pierwsza wyciągam rękę do zgody, bo życie w zgodzie daje spokój w sercu. Zdrowie jest najważniejsze, a reszta - jakoś się ułoży. Dzisiaj młodzi mają lepiej - materialnie i społecznie.. ale kiedyś ludzie bardziej żyli ze sobą. Teraz każdy siedzi sam w domu. Ja bym tak nie umiała. Człowiek potrzebuje drugiego człowieka. Ja staram się nie trzymać urazy. Zawziętość nic nie daje, tylko odbiera spokój. Trzeba jednak pamiętać, że najważniejsze jest zdrowie, a reszta jakoś się ułoży.
Chciałabym, żeby z mojej historii zostało jedno przesłanie: wszystko da się przejść jeśli jest wiara, miłość i ludzie obok.