08/08/2026
Nowy felieton Tomasz Kruszewski, lekarza i działacza NN ze Szczecina:
Homo sovieticus
Narody dzielą się na mądre i głupie. Różnica nie polega na tym, że w którymś narodzie są wyłączne ludzie mądrzy, a w innym sami głupi. Chociaż nigdy tego nie badano, nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że proporcja mędrców do idiotów na całym świecie jest podobna. Różnica polega na stworzeniu mechanizmów, które w mądrych narodach premiują mędrców do sprawowania władzy, a w głupich idiotów. Co gorsze nie jest to cecha dziedziczna, czego najlepszych przykładem są Niemcy. Naród, które przez wiele dekad posiadła najlepszą kadrę zarządzającą państwem, powierzył swój los w ręce osobników odklejonych od rzeczywistości, którzy w 15 lat rozłożyli niemiecką gospodarkę.
Jak my Polacy wyglądamy na tym tle. Niezbyt korzystnie. W sytuacji, w której od 20 lat wybieramy do rządzenia tych samych ludzi, znanych nam od 40 lat, których wyznacznikiem są nie tylko regularne afery i bezpardonowa walka o stołki, ale także głęboka niezdolność rozwiązywania problemów Polski i Polaków, a przede wszystkim brak umiejętności długoterminowego, strategicznego planowania; nazwanie nas narodem głupim należałoby uznać za głęboki eufemizm. Ale czego możemy wymagać od homo sovieticus, ludzi wyrwanych z realnego socjalizmu, którym komuna została w kościach.
To co odróżnia mędrca od głupca przy władzy, to nie inteligencja, spryt, wykształcenie czy wiedza, ale podejście do realnych problemów. Głupiec zawsze próbuje znaleźć winnego i zamieść problem pod dywan. Mędrzec spróbuje ustalić przyczynę i podjąć działania, które zapobiegną podobnym sytuacjom w przyszłości.
Najlepszy przykład to zarządzanie polską medycyną. Mamy znowu aferę z doktorem Kasprzykiem. Niedawna gwiazda KO została rzucona mediom na pożarcie. Zmarła pacjentka u której nie rozpoznano zawału. Kilka kłamstewek, parę ckliwych argumentów pod publiczkę i znalezienie winnego, to powinno zadowolić opinię publiczną.
Hola! Hola! Hola!. Żądzę mordu może zaspokoi, ale problemu na pewno nie rozwiąże. Szczególnie, że właśnie ta sytuacja doskonale ilustruje problemy ochrony zdrowia w Polsce.
Nigdy nie czuję się komfortowo wypowiadając się w sprawach medycznych. Zwykle w prasie znamy relację jednej strony, często ukierunkowanej w formie presji na sąd, celem wymuszenie korzystnego wyroku. Nie mamy szeregu informacji i musimy opierać się jedynie na fragmentarycznym obrazie, często zafałszowanym.
Zacznijmy od pierwszego pytania, czy zostały zachowane procedury. Jedną z podstawowych pytań to jak zachowali się ratownicy w przypadku wezwania do bólu zamostkowego. Jedna z nielicznych procedur, jaką się przestrzega się w Polsce, jest procedura wezwania do bólu zamostkowego. Ratownicy, przy podejrzeniu zawału, podają leki przeciwpłytkowe i ewentualnie morfinę, a potem EKG przesyłają na kardiologię. Pacjent z podejrzeniem zawału STEMI od razu jest kierowany na kardiologię interwencyjną z pominięciem SOR'ów. Mamy więc dwie możliwości, albo ratownicy skopali sprawę, albo w EKG nie było cech zawału i pacjentka została skierowana na najbliższy SOR.
Na miejscu powinna mieć ponownie wykonane EKG i pobrane troponiny. Gdy są zmiany typowe w EKG dla STEMI i ma typowy ból pacjentkę kieruje się od razy na koronarografię, podobnie przy wysokich troponinach. Przy niejednoznacznych wynikach powtarza się procedurę po 3 godzinach.
Czy ta procedura była wykonana na SORze. Na pewno wykonano wszystkie etapy i należy zadać pytanie, czy pacjentka nie mogła wcześniej jechać na interwencje.
Przede wszystkim należy powiedzieć wprost, że jakiekolwiek standardy medyczne w Polsce nie mają statusu obowiązującego. Rządzący jak ognia unikają standaryzacji postępowania medycznego. Przede wszystkim pozwalałoby to kwestionować wyceny dokonywane przez NFZ. Po drugie byłoby doskonałym sposobem oceny pracy lekarza i jednostki ochrony zdrowia. Na pewno na tym nie zależy ani politykom, ani grupie wysoko postawionych lekarzy, którzy zarabiają fortuny na wszechobecnym bałaganie organizacyjnym. W praktyce zrobienie maniany nie jest związane ani z utratą wynagrodzenie przez jednostkę, ani nie jest gwarancją sankcji wobec lekarzy wykonujących procedurę. Z drugiej strony profesjonalne wykonanie pracy nie gwarantuje, że lekarz lub jednostka nie będą miały kłopotów. Taki stan rzeczy pozwala ukryć nawet największe błędy medyczne, a z drugiej można skazać na wieloletnie więzienie lekarzy, którzy nie popełnili uchybień.
Efektem tego jest wykonywanie ogromnej masy niepotrzebnych badań, tylko po to by uniknąć roszczeń. To nie tylko ogromne pieniądze i zmarnowana praca lekarzy, ale przede wszystkim utrata czasu, który w niektórych przypadkach może być krytyczny.
Należy więc zadać kolejne pytanie. Czy niezależnie od braku standaryzacji na poziomie krajowym, Szpital Południowy posiadał procedury postępowania w przypadku ostrego zespołu wieńcowego? Zdecydowana większość polskich jednostek, takich nie posiada.
Kolejną sprawą są złe relacje między lekarzami. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich. Ogromna większość pracujących w systemie zachowuje się profesjonalnie. System nie ma jednak mechanizmów eliminacji ludzi aroganckich i butnych. W systemie zarządzanych polityczne, karierą w medycynie zwykle robi się nie poprzez swoje kompetencja zawodowe i menadżerskie, ale poprzez znajomości i układy. Co gorsza duże dysproporcję w zarobkach powodują, że często ludziom na topie listy wynagrodzeń odbija i czują się bogami. Na szczęście w ostatnich czasach coraz mniej słyszę o problemach wynikających z takiego zachowanie, jednak doskonale pamiętam, jak bardzo paraliżowała SOR informacja, że dzisiaj na interwencji jest Pan kardiolog, który regularnie miewa miesiączki; a co gorsza jego pielęgniarki informują, że właśnie ma.
Według prasy lekarze nie rozpoznali zawału. Pacjentka miała zatrzymanie krążenia w trakcie transportu na interwencję wieńcową, więc zawał został rozpoznany. Ten przykład doskonale ilustruje działania polskiej prasy. Zaufanie jest walutą, a w tym przypadku dziennikarze mogą bezkarnie dokonać linczu na lekarzu, którego tajemnica lekarska obliguje do zachowania tajemnicy.
W przypadku danych podanych w prasie SOR wykonał wszystko zgodnie z procedurą … obowiązującą przed około 20 laty, przed szerokim wprowadzeniem kardiologii interwencyjnej. Procedura jest dalej poprawna i wykorzystywana do wykluczenia zawału, ale nie jest niezbędne obecnie oczekiwanie na wzrost troponin w przypadku spełnienia kryteriów zawału. Skoro przestarzałą procedurę zastosował lekarz po studiach, prawdopodobnie mający nadzór starszych lekarzy, to mamy tu poważny problem dotyczący jakości nauki na polskich uczelniach medycznych. Tej procedury chłopak sam nie wymyślił.
Dlaczego absolwenci polskich uczelni medycyny nie mają podstawowej wiedzy dotyczącej standardów postępowania w stanach nagłych? Dlaczego nie ma systemu szkolenia podyplomowego lekarzy zapewniającego regularną aktualizację wiedzy?
Skoro dziś tak jest, to co będzie, gdy na rynek wejdą absolwenci 39 „uczelni” medycznych, z których część będzie miała jeszcze gorszą jakość szkolenia.
Kolejną sprawą jest zatrudnienia w strukturach krytycznych lekarzy o niedostatecznym doświadczeniu zawodowym bez nadzoru merytorycznego. Tu kłania się brak systemu zarządzania ochroną zdrowia, niedostateczna wycena świadczeń, nadmierne ryzyko prawne oraz brak odpowiedzialności zarządzającego jednostką za szkody wyrządzone przez osoby bez kwalifikacji. I to jest właśnie cechą politycznie zarządzanego systemu ochrony zdrowia. Menadżer nie jest rozliczany za wyniki finansowe, czy jakość zarządzania jednostką, ale za realizację celów politycznych wskazanych przez organ założycielski, jak choćby stworzenie synekur dla znajomych królika, czy saloników VIP dla polityków.
Sprawa śmierci pacjentki z zawałem, to nie kwestia błędu medycznego. To ilustracja załamania się systemu, całkowitej bezmocy zarządzających i wszechogarniającego chaosu. Dlaczego więc Polacy pragną takich sytuacji? Dlaczego wolą ryzykować życie swoje i swoich bliskich dla medialnej zabawy? Odpowiedzcie sobie na to pytanie przy kolejnych wyborach.