09/11/2023
O WYPRAWIE NA LITWĘ
W tym roku udało nam się wrócić na Mierzeję Kurońską. Tym razem bez Połągi, sam półwysep.
Z oczywistych względów tylko litewską część.
Plan był taki, aby przejechać Mierzeję rowerem. Zanocowaliśmy więc w połowie półwyspu, w miejscowości Juodkrante czyli w/na „czarnym wybrzeżu”. Miejscowość piękna, jak przystało na miejsce znajdujące się na liście UNESCO. Zresztą przyroda i cywilizacja żyją tam w doskonałej synergii. Nie ma walających się swobodnie śmieci, architektura jest zadbana i estetycznie wyrafinowana. Brak budowlanej samowoli cieszy oko przybysza. Lasy nie są wycinane (dobrze, że nie działają na Litwie nasze Lasy Państwowe, bo byłaby wycinka, jak w niedoszłym Turnickim Parku Narodowym).
Zanocowaliśmy w miejscu, które booking.com wycenia na 9* (na 10 możliwych). Moja recenzja tego miejsca spisana od razu po pobycie oddaje dobrze warunki: cisza, spokój, przestrzeń miejsca, szerokie, wielkie okna; piękna, duża weranda. Kuchnia, pralka, działający kominek! Życzliwy i pomocny gospodarz. Moskitiera! Przydało się ogrzewanie, było super. Szkoda, że sypialnia nie jest oddzielona od pokoju dziennego drzwiami.
Nie zabraliśmy ze sobą rowerów, pożyczyliśmy za to je na miejscu. Na 1 maja nie było to łatwe, jeszcze przed sezonem. Ale dzięki pomocnemu gospodarzowi udało się. Cena 12 EUR za dobę. Mieliśmy następnego dnia wymianę roweru, firma wypożyczająca spisała się na medal. Musieli przyjechać z „kontynentu” z nowym rowerem, ustawić się w kolejce do promu. Byli niezawodni.
Pierwszego dnia pojechaliśmy w stronę Kłajpedy. Przed nami piękna ścieżka rowerowa między lasem a plażą. Jednak niebawem się urwała, gdyż dalsza jej część była w remoncie. Pewnie latem już w pełni sprawna, szeroka jak autostrada (śmiem twierdzić, że ok. 4 metrów szerokości). My tymczasem jechaliśmy trochę plażą, trochę lasem, a na końcu z powodu piachu już drogą dla samochodów. Był wówczas mały ruch, więc byliśmy b. zadowoleni. Zobaczyliśmy także trochę wojennej historii,
a konkretnie kilka schronów z czasów II wojny światowej. Na trasie dopisała nam pogoda. Było chłodno i wietrznie, więc klimatyzowane zewnętrza. Zrobiliśmy pierwszego dnia ok. 50 km, zjedliśmy w Kłajpedzie (ale na półwyspie) kolację w restauracji i wróciliśmy już krótszą i szybszą drogą na nocleg.
Następny dzień to była wyprawa do Nidy. Czyli pod granicę z obwodem królewieckim. Znów ścieżka rowerowa między lasami a plażą. Tym razem bez remontu (pewnie nastąpi jesienią), ale widać, że z niej staruszka. Zdarta, zniszczona, ale ciągle przejezdna. Jechaliśmy sprawnie. Obejrzeliśmy pokaźne Martwe Diuny z zasypanymi wioskami czy łodziami. Kiedyś mieszkali tam ludzie, ale ciągłe wiatry i piaski z nimi wygrały i musieli się przenieść gdzie indziej. Bardzo widowiskowy fragment wyprawy, bez wątpienia wart drobnej opłaty i wysiłku.
Po pewnym czasie szlak rowerowy poprowadził nas w kierunku zalewu Kurońskiego. Przed wioską Pervalka odpadł nam w jednym rowerze pedał. To nawet nie była połowa drogi. Dalsza jazda była niemożliwa, nawet rower w formie odpychanej hulajnogi nie dałby rady pojechać na tyle kilometrów (tego dnia zrobiliśmy ponad 70 km). Co byś czytelniku zrobił w takiej chwili? Jak wracać (ok. 20 km)? W naszym przypadku zadziałała dewiza „potrzeba matką wynalazku”: zatrzymaliśmy litewskich rowerzystów, ale nie pomogli. Przejeżdżał obok nas van. Też nie pomógł, ale powiedział nam, że 500 metrów dalej znajduje się warsztat naprawy… łodzi. Poprowadziliśmy tam rowery, pan mechanik obejrzał pedał i powiedział, abyśmy przyszli za pół godziny. Odesłał na spacer na pobliską kopę, czyli wydmę. Odnotowałem, że nazywała się Skirpstas. Tłumaczenia nie będę podawał, bo mi nie pasuje do niczego. Ale spacer się udał, widoki były piękne (znów na cały wszechświat), a po powrocie czekał na nas sprawny rower. Mechanik nie chciał zapłaty. My mieliśmy w gotówce jedynie 10 EUR i bez wahania je człowiekowi chciałem przekazać choćby w formie napiwku, jednak zdecydowanie odmówił.
Tak więc szczęśliwi pojechaliśmy dalej w kierunku Nidy, którą znaliśmy już z ubiegłorocznej, jednodniowej wyprawy samochodowej na mierzeję. Odwiedzając różne wydmy zajechaliśmy też nad zalew kuroński w Preila. Bardzo polecam to miejsce do zatrzymania się. Mniejsza to wioska niż Juodkrante, ale z wieloma domami nad samym zalewem. Gdybym miał wrócić kiedyś na tę mierzeję – próbowałbym zanoclegować właśnie w Preili. Ale uwaga: słońce może podglądać śpiących rano w sypialni. Niedaleko w pieszym zasięgu od Preili znajduje się piękna wydma z widokiem 360⁰ na morze i zalew, na Kłajpedę i Nidę. Również pieszo dojść można do punktu obserwacyjnego kolonii kormoranów. Dużo obumarłych drzew, dużo gniazd i latających wszędzie rodziców to widok, który zapamiętaliśmy na dobre. Trochę powiało grozą, jak u Hitchcocka, no ale nie daliśmy się strachowi, wyszliśmy szalenie zadowoleni i pojechaliśmy dalej – tym razem po stronie zalewu do Nidy. Zakotwiczyliśmy w porcie na smaczną obiado-kolację, przejechaliśmy w drodze powrotnej przez sklep Maxima i popędziliśmy na nocleg do Juodkrante. Bardzo chcieliśmy zobaczyć wydmę, która umknęła nam rok temu. Otóż litewskie google maps nie pokazują szlaków rowerowych i akurat ta diuna na mapach oznaczona jest źle. Znów mapa wywiodła nas w przysłowiowe pole. I znów się nie udało. Dopiero następnego dnia, kiedy pojechaliśmy inną trasą samochodem znaleźliśmy mały parking z oznaczeniem jak iść do Vecekrugo kopa (w wolnym tłumaczeniu „stara wydma”). No i polecam wszystkim. To chyba jedna z najpiękniejszych wydm na Mierzei. Na pewno najwyższa (67 m. n. p. m.). Oczywiście nie wolno nie odwiedzić wydmy Sklandytojų kopa (czyli Szybowcowej). To przy samej granicy z obecnie Rosją królewiecką. Widoki piękne, gdyby nie morze i zalew, moglibyśmy pomyśleć, że jesteśmy na pustyni w Emiratach.
Jesteśmy rodziną, która nie lubi wracać tą samą drogą, którą przyjechała. Z konieczności dotarliśmy do Kłajpedy, ale stamtąd wracaliśmy już do kraju nie nudną autostradą, lecz bocznymi drogami. Przez Silute (po polsku dziwna nazwa Szyłokarczma). Była po drodze, ale do dziś została mi w pamięci jako piękna, schludna, estetyczna, odnowiona miejscowość. Tym bardziej, że jesteśmy po wakacyjnej wyprawie do Rumunii przez Słowację, Węgry a nawet z zahaczeniem o jedną miejscowość w Bułgarii.
I widzę, że udało się Polsce i udało się Litwie wyjść z wirażu historii lepiej niż Słowacji, Węgrom czy Rumunii. Tam widać po prostu większą biedę i więcej śladów po komunizmie.
Nasza dalsza droga doprowadziła nas do miejsowości Poniemuń. To mała osada graniczna nad Niemnem. Po drugiej stronie rzeki miasto w okręgu królewieckim obecnie zwane Sowieck. Nazwa nie jest historyczna, lecz propagandowa. Wcześniej była to Tylża, znana nam z kart historii jako miejsce zawarcia pokoju, który Polsce dał Księstwo Warszawskie. Wcześniej byli tu Krzyżacy.
Nie przekroczyliśmy granicy, a widok po drugiej stronie rzeki smutny. Zrujnowane zakłady, na ścianie najbliżej stojącego domu widać wstęgę w kształcie nazistowskiej litery „Z” oznaczającej wojnę. Świat zamknięty z każdej strony, getto niewinnie uwięzionych obywateli, którzy nie bardzo gdzie mają i mogą wyjechać.
W następnym artykule napiszę o dalszej podróży, m. in. o wieży widokowej Bristonas nad Niemnem o dojeździe do Troków koleją.