Port Miron
- Strona główna
- Polska
- Warsaw
- Port Miron
co pozostaje
08/09/2012
PORT MIRON
na podstawie tekstów Mirona Białoszewskiego
scenariusz wydarzenia, które dzieje się na Wiśle 1 września 2012
wydarzenie ma charakter spektaklu
który dzieje się w mieszkaniu,
zacumowanym na Wiśle,
która przepływa między widownią a sceną
z lewa na prawo
na scenie
obecni są aktorzy
jest ich czterech
jeden w skórze
jeden w pidżamie
jeden w garniturze
jeden w fartuchu
grają jedną postać
której słowami się wypowiadają
ową postać będziemy nazywać POETĄ
mamy więc:
POETA 1
POETA 2
POETA 3
POETA 4
oraz
GITARA
TRĄBKA
KONTRABAS
PERKUSJA
oraz
ŚPIEWACZKA
oraz
JAKIEŚ DOGADYWANIA
muzycy na wyspie, dogadywania zza pleców
ale najważniejsze czytanie wierszy
dokopywanie się naoczne do słowa
SCENA 1
POETA 1
Skończyłem ze snami, które zaczynały być już kłopotliwe. Noc. Trochę poczytałem. Zamglone zorze nad polem. Zapach od Wisły, widocznie od Wisły powiew. Byłem słaby, ale w humorze. Poczułem się dobrze w tym nowym mieszkaniu. Wyszedłem ze swojego okna na schody i tam wyglądałem. Na większe miasto. Jeszcze zamglone. Ciche. Bez ludzi. Raptem ktoś ukazał się na mostku. Nawet dwoje. Zaraz wyszedł im naprzeciw ktoś trzeci, z rowerem. Dołem szedł czwarty. I samochód. W drugą stronę dwa. Ci znikli, tamten wsiadł na rower. Myślę sobie: czy to już ruch się zaczął, czy to przypadek? A może od takiego przypadku się zaczyna?
Znów dwa samochody i cisza. Zjechałem windą na trasę i na most. Srebrnawe przymglenia. Łowią ryby. Z własnymi odbiciami na wodzie. Samochody już szumiały. To był jednak ten początek. Na moście ktoś szedł w moją stronę, ktoś w przeciwną.
Wróciłem. Posiedziałem. Pojechałem na Korkową po kwiaty dla amerykańskiej Teresy z Saskiej Kępy. Korkowa ciągnie się i ciągnie. W pewnym miejscu prawie wszyscy wysiedli. Spojrzałem: zakład produkujący opakowania do mleka. A więc dlatego Korkowa. Korki do butelek od mleka. Ciekawe, kto wpadł na ten pomysł.
Za korkami las, zakręt, kocie łby; w tej porządnickiej epoce gładkości fioletowe, nierówne nabierają coraz większej wartości, jak drogie kamienie, a co z tego, że drogowe! Wreszcie osiedle Zielona. Wysiadka. Najpierw brzydkie domki, ale zaraz dalej pagór, drzewa i drewniane chałupy. Znalazłem ścieżkę. Od razu ślicznie. Łąka, dziewanny. I las. Ileś lat temu chciałem pisać wiersz o lesie. Wydało mi się to wtedy trudne. Nie napisałem. Te układy kroplowe, poziome, korytarzowe. Teraz wydało mi się to łatwe. Więc też nie napisałem.
Ale las mnie wciągnął i ścieżką przeprowadził na następne otwarte pole. Zobaczyłem znów łąkę, niebieskie i żółte kwiaty, dziewanny. I wieś. Może to już Wola Grzybowska.
Nazbierałem dla Teresy kwiatów żółtych, białych i niebieskich. Nawet znalazłem w kole krzaków dołek z żółtymi guzikowcami. To one i te drugie żółte, kaszane, nazywane polską mimozą, nadają mocny żółty zapach sierpniowi. Pomyślałem, że zabrakło do mojego bukietu zapachu miodowników. Nabrałem śmiałości w domniemaniu, że jeszcze kwitną.
Po miodowniki na Chełmżyńską! Za Kawęczyn!
Wracając do pętli, zobaczyłem napis
Lenina.
Więc to ta droga, którą wracałem. Oprócz sklepiku i jakiejś chatki chyba już nie ma przy niej żadnych innych zabudowań. Tylko las i trawy.
Dojechałem do rozjazdu Korkowej, Ostrobramskiej, Grochowskiej i Marsa i przesiadłem się na autobus do Kawęczyna, Chełmżyńska, odwidlająca się od Marsa, cała zarośnięta różnościami, a głównie żółtymi kępkami guzikowców. Stoją przy niej zagrody. Coraz topola. Tak zwana sokora. Taka jak u mnie na placu Dąbrowskiego. Bo te na Chamowie to nie sokory. Te na Chełmżyńskiej mają różny charakter. Niektóre parasolowato rozchodzące się na dużej wysokości. Drugie rozdwojone i krzywe. Trzecie obrośnięte od dołu, miotłowate. Przypomina mi się..jakby wstęgą, miedzą
Zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.
Ja wymawiam „zieloną” głośniej. „Siedzą” akcentuję mocno. A w ogóle to wszystkie słowa sylabizuję i puszczam dosyć osobno.
W pewnym momencie minął nas ogromny wóz z belami śmieci i skręcił w prawo, w pustą skwarną drogę. W nagłym błysku zobaczyłem ogromne grzbiety śmieciowych gór. Przypomniały mi się słowa Jota
to tam, gdzie śmietnik.
Zaraz była pętla i zżęte zboże. Więc to prawdziwe śmietnisko. W samym gąszczu piękności traw, drzew, zapachów, okrągłych sadzawek, pagórów pełnych miodownika. W środku raju! I te wałki otomanowe, podarte płaszcze i butle nie były przypadkiem. Tylko dlaczego w takiej odległości? Ośmieliło sąsiedztwo? Bo przecież nie przyszły na piechotę.
Zerwałem garść miodowników. Nie wiem, czy z tego miejsca, gdzie ostatnio sama rwała się trawa. Ja rwałem i ona się rwała. Wiem, że to było co innego, ale co?
Wlazłem przez rżysko na teren na pół zagrodzony, bardzo zarośnięty, nierówny, tak zarośnięty i upity zapachami, że można było się przewrócić niejeden raz.
Coraz gęściej. Wreszcie jeżyny, trzciny, osty, drzewa, krzaki i całe olbrzymie zagajniki na wysokość człowieka jakichś zielsk, które okazały się polską mimozą; tylko dopiero zabierają się do rozkwitania. Wplątałem się w takie gęściochy, że nie mogłem się przedrzeć. Musiałem wrócić przez te same trzciny, osty, pokrzywy. Wszedłem w las. Nie chciało mi się wierzyć, że zaraz będzie śmietnisko Warszawy. Góra z piachu. Nagła. W gęstych drzewach. Wdrapałem się na nią. Ale zobaczyłem las i nieprzebyte tłumy polskiej mimozy. Dalej coś majaczyło. Może to grzbiety śmieciowe. Zszedłem. Przebrnąłem przez kawałek lasu i przez polskie mimozy. Nowe góry. Śmiecie. Tak. Coś się pali. Spojrzałem na lecące ptaki. Trochę wron, ale najwięcej czarnych, powoli, równo lecących. To lecą stada palonych śmieci. Więc to już tu. Dostałem się do początku gór. Ale góry śmieciowe broniły się. Otoczone były fosą z wodą. Woda pewno z deszczu, dziwnego koloru, a pełno w niej topielców płaszczy, płacht i innych niewyraźności. Przeszedłem wzdłuż fosy. Znalazłem przejście. Tak. Porzucone kapcie. Setki pantofli. Termosów. Blach. Papierów. Wdrapałem się wyżej. Tam dalej całe pokłady śmieci. Jedne wysypują się z samochodów, inne udeptuje spychacz. Pokłady rosną w góry. W łańcuch górski.
To już zjawisko geologiczne. Tu na gorącym uczynku przyłapuje się ludzkość zagrożoną odpadkami, opakowaniami. Z tej strony gór — wagony dla pracowników. Obok pole, bujne kwiaty. Zżęte zboże. Chatki. Idę do drogi. Skwar. Słońce w kurzu. Droga pół z ziemi, pół wykładana dziurawymi prefabrykatami. Mijają mnie samochody, ze śmieciami, po śmieciach. Goło, gorąco. Jak do krematorium. Napada na mnie nagle powiew zgnilizny. W tę stronę wiatr. Uciekam do autobusu. Siadam w cieniu. Naprzeciw czeka chłop w szelkach. Za mną krzaki i brzydki ceglany domek, ale pod brzozami. Mieszanina raju z wygnaniem. Chłop w szelkach rusza ze swojego cienia. Wyglądam. Jedzie czerwone, kiwa się. Wsiadam. W pewnym momencie zaskakuje mnie
co to w górze? niebieskie kwiaty, takie duże?
A to stos mocno niebieskich skrzynek po czymś.
Niedawno szedłem przejściami mojego osiedla i ujrzałem
w górze nad ogródkiem niebieską kupę, niby kulę
sztuczne?
Nie. To były prawdziwe kwiaty. Pnące.
Mignęła mi ulica Kawcza, od tylnego końca, w kocich łbach, domkowo-chałupowa, z parkanami. Ale speryferyjniała! To znaczy, przysunęła się do miasta, ale nabrała łobuzerskiej sielskości. A przecież to tu zamieszkali w 1930 roku siostra i szwagier Zosi Romanowskiej z rogu Leszna i Wroniej, tu jako w miejscu raczej wytwornym. Między polami, łąkami, pustkami. Tu 8 września 1939 roku Zosia ściągnęła z Ogrodowej bratową. I tu we czworo zginęli od bomby. Dawno się tu zmieniło. Kiedy już mój znajomy z placu Szembeka mówił o grandzie z Kawczej.
Miałem wysiąść na moim krańcu Grochowa, żeby obejrzeć te domy, które widać z mojego mostku, a które ja nazywam parawanem grochowskim. Przemek powiedział, że na Grochowie niedaleko ode mnie jest okrągły dom Hansena. Ktoś inny potwierdził, że to tak zwany cyrk, bo ma okrągłe podwórko.
To nie te domy? — pokazałem na parawan
nie — odpowiedział Przemek, a on jest ścisły.
Ale kiedy we wtorek na te domy pokazał syn Berbery
to taka forteca, mają wspólne podwórze
zdradziłem zaufanie do Przemka
to nie ten cyrk?
nie, to nazywają „szwedzkie osiedle”, oni tam mają własne sklepy.
Z jednej tajemnicy zrobiły się dwie. Z autobusu nie wysiadłem. Za dużo kwiatów, za duże zgrzanie. Tylko zajrzałem w przelocie w którąś bramę fortecy. Mignęły mi skwery z kwiatami. Czego oni tam nie mają, ho, ho. W dodatku są nad wodą.
Wysiadłem zziajany. Starszy gruby pan w białym pierożku na głowie mówi do mnie
a tam cały kosz.
Patrzę: kosz stoi, ale bez kwiatów. Bo myślałem, że on o tym, że tam ich tyle, a ja skądciś wiozę. Patrzę na minę tego pana: sroga.
Pan rzuca bilety, a tam obok kosz.
Spojrzałem na dwa bilety, które wyrzuciłem w zmęczeniu, na odruchu. Fruwały nad śmietnikiem jak motylki. Zdziwiłem się
To panu aż tak na tym zależy?
Odwrócił się.
Wszedłem na mostek afrykański. Spojrzałem w upalną jezdnię. Samochód ciężarowy gubił wielkie zielone płachty papieru. Jechał dalej, nic nie wiedział. A płachty zaczęły się rozpełzać po jezdni. Obejrzałem się za moim panem w pierożku, ale go już nie było. Szkoda. Poszedłem dalej, ostrożnie, bo akurat spod nóg, spod mostku wysunął się długi zielony dach samochodu. Nadjeżdżał dach następny. Bałem się, żeby mnie nie podcięły.
POETA 4
Odczepić się
Od starego zamieszkania
od Marszałkowskiej
od co było do zawału
od siebie
od tchu
Pomału pomału
chce czy nie chce
się
spadnie
Wyniesienie
nastąpiło
– aż za Wisłę się przeprowadziłeś?
– no tak – Lu. za mnie wyjaśnia –
jak go wyniosło, to od razu za Wisłę,
to jest siła wyrzutu.
Przyszła Berbera
na nowe mieszkanie
– Pytam o tą twoją,
„ My nie znamy, proszę pani,
takiej ulicy,
to po tamtej stronie.”
Tu jest Saska Kępa-Chamowo.
– To dobrze.
Wyjrzała oknem
– Tu już tak zostanie,
tu kurortu nie będzie.
– To dobrze.
POETA 3
chcę iść
ciężko
nogi mnie nie niosą
to ja niosę nogi
jak sztuczny twór
wylatuje ze mnie pot
ja wór
Jestem stare palto
Przełom wiosenny
dobry
Ale się przecisnąć!
ze słabochą.
- - - - - - - - - - -
wiosną we mnie dmuchło
na zdechło
biernie
wynurzam się z bloku
na goły chodnik
blada wiosna
przezroczysta
jestem stare palto!
pręd-ko! do swojego bunkra
na dziewiąte piętro
co z tego że utyłem?
reumatyzm
po schodach
prztyka
mój kościotrup
w sztywnych ukłonach
– Wasza Cielesność długo zamierza?
POETA 2
Impuls
NAGLE
Jadę do Gdańska do Haliny, a ona:
— zapisałam się dziś przechodząc koło Orbisu na wycieczkę
do Egiptu, teraz w zimie, Alka zapisałam też, bałam mu się
przyznać, ale musiałam, „to dobrze” powiedział
poszedłem spać, myślę sobie
— a gdybym i ja tak pojechał posprawdzać?
mówię to po wstaniu do nich z zażenowaniem, oni:
— jedź!
i do Lu., a Lu. przez telefon
pustelnik w Orbisie
………………………………………………………………………
W dzieciństwie
Klęczałem przed łóżkiem
– „z ziemi egipskiej, domu niewoli”
mamo, co to?
Mama o Żydach.
Tyle ich wtedy na ulicy
nietrudno było sobie wyobrazić
słup ognisty
tłum
ogon z piachu
faraon goni
………………………………………………………………………………………………..
Egipt
KAIR
Ilu tu Ojców Zadżumionych.
SCENA2
POETA 1
Wsiadłem w tramwaj przed piątą. Tramwaj mijał pustą Marszałkowską, jak rzekę, z której wypuściło się wodę. Ale w tym suchym korycie hamowały go sygnały, wszystkie po kolei. Na skrzyżowaniu Marszałkowskiej z przełomem łazienkowskim zszedłem po schodkach do jeszcze głębszego i pustszego koryta. Koło mnie schodziła szybko, powiewając czarnymi welonami, zakonnica. Usiadła na ławce pod szklanym sufitem i patrzała w dal kamiennego dna, pod wiadukty. Ja usiadłem na drugim końcu ławki i też patrzałem. A potem nie tam, a na wprost, tylko czasem tam. Długo było szaro i bez ruchu, kamiennie. Zszedł mężczyzna z teczką, zeszła kobieta z torbą. Wszyscy patrzyli w perspektywę dna, pod wiadukty, i nic. Nareszcie coś zahuczało. Wpadły w wąwóz samochodziska ciężarowe. Za nimi autobus. Wszyscyśmy wpadli do środka. I jazda! Z ulgą.
U wylotu wiaduktu pod Ujazdowskimi przechodziły w poprzek trzy gołąbki. Autobus pędził. Gołąbki dreptały. Autobus coraz bliżej wylotu. Gołąbki się poderwały. Nie za wysoko, raczej w bok.
Trasa od Alej zjeżdża w dół kawał drogi, potem robi mały przesuw, idzie prosto przez most i za mostem znów zjeżdża w dół.
Za Wisłą wysiedli tamci troje. Obejrzałem się, jak po schodkach zbiegali — każde osobno — każde z teczką albo torbą w lewej ręce. Ja też na przystanku czekałem z torbą, bo w niej kryminały i płyta, i też chyba w lewej ręce.
Autobus jechał dalej. Ukazał mi się niespodzianie ogon z ludzi przy murze, siedzących, stojących, nie wiem, na wystającościach ściany, na wiadrach. Mężczyźni i kobiety. Dużo ich. A dopiero pięć po piątej. A tu szary deszczyk. A tu mus mięsa. Bo czego? Dziwny to kawałek przyrody: ożywionej.
Za saskim mostkiem powitały mnie rzędem kropione topole. Ścieżka mokra. Łąka zielenieje, dom nad nią bardzo długi, bardzo wysoki i bardzo szary, mój. To miasto od tej wsi.
POETA 4
Zbudowani, sklocowani
Wznosi
się
my
z dołu i popiołu.
W dole świeci
ukos
po folwarku.
Moloch
dziś niebieski.
Dojeżdżali, dojeżdżali.
Ja leżę osobno.
Zdobyli.
Zmrowili.
Babiloniarze
Od ogona-city.
POETA 3
przerzucony przez życie
patrzę
jak się wisi
mnie i światu
nad sobą
:
niepoważnie
POETA 2 ???
PIRAMIDA
jechałem do Egiptu
sprawdzić naczelną metaforą
styk z nieskończonością
i co
sprawdziło się?
na wylot
POETA 3
a kiedy życie wyjdzie z mody
z powrotem zejdą się wody
z ogniem
z szarzyzną
słowo się odpoczątkuje
ostatnie coś znieczuje
i od nowa
wyliże nas z brył nicość
krowa
która znajdzie
sama
się
?
czy
którą znajdzie
samo
się
?
POETA 2
Trzydzieści siedem lat jechałem do piramid
dojeżdżam
karuzela, krzyk
— bakszysz!! da — waj!!!
ja we wściek
— w dupie! to grzdyle! nie dam
Halina do mnie
— ćććsiii
ja
— zaraz mi przejdzie, patrz, jak się podchodzi,
to pochył Cheopsa stromieje pionowo, zaskok, słyszysz?
Halina!
I z tłoku Arab — jak echo
— Halina!
Przytaknąłem mu, już mi przeszło
SCENA 3
POETA 1
Rozwidniło się na szaro z połyskami. Cały czas pada.
Szumi, pobiją blachę. Nierówno.
Zaczął podkręcać się wiatr. Z wiania wynikło ćwierkanie. Gruchań nie było. Kiedy wstały? Ten już leci. Drugi. Spada jak wachlarz.
W gorące dni szedłem na plac Dąbrowskiego. Gołębie wgrzebane w ziemię, jak kury. Ani się ruszyły, czy kto szedł koło nich, czy nie.
W jednym miejscu pod blokiem przeciwnym na mokrzyźnie podreptują te duże. Za nimi małe. Te duże kręcą się, w porównaniu z małymi — krynolinowo, zachłannie. A może te małe to kępki trawki? Nie, jedna skacze. Druga skacze. Z pięć ich. Duże ruszyły się grupą na inne miejsce. Małe za nimi. Duże się zerwały. Małe też frrr...
Jak z przekupkami. Nieraz dziwota: stoją w kupie, jest konkurencja, jedna drugiej przeszkadza — owszem — ale się opłaca.
Już czuję się wygodnie w tym widoku na Siekierki ze skrzydłami bocznymi, z Grochowem i Mokotowem. Grochów ma pole, Mokotów góry. To, że podział jak w tryptyku, dobrze.
Właśnie doszedłem do okna na nowo: te dwa dziesięcio-piętrowce dzielą panoramę na trzy, przeszkadzają; ale gdyby ich tu nie było, nie byłoby widokowej intrygi.
POETA 4
Wyrocznie,
wieszczownie
w mrówkowcach
Na tej wieży,
w tej latarni,
sam na sam z białością
z przezroczystością,
z widokami,
sam na sam,
targają windą za ścianami
biegają nagle przez sen
po schodach
jako ci co mają być ofiarowani
obsuwani
oszukiwani
a wymagają
Jeszcze nie hiena
Dzień do dna.
Stoję u siebie.
Co to w dole za chichoty, jęki?
Aaa...
to butelki z mlekiem pcha.
To jeszcze nie ta
Przewidzenie z lamentem
Tu
nad Chamowem
w tym pudle
po śmierci
wygryzą mnie, wypolerują
dymy Siekierek
i samoloty
bu-u-u
buu u
POETA 3
Czy ja muszę wciąż być Polakiem?
Czy ja muszę wciąż być człowiekiem?
Chwilami zamęt,
ledwie dyszę,
jestem tylko ssakiem.
----------------------------------------
KOŃCZĘ 60 LAT
siedzę na pace z płytami
długi dzień ciemnieje
patrzę po ciemku na ścianę
ta jaśnieje
plama – coś powieszonego
gałąź, 7 lat temu
podniósł ją z ulicy Le., powiedział
„powieś na nowym mieszkaniu”
wspomnienie ma coś z metafory
coś z podniecenia
ale dziś – z żalu
najwięcej,
może pierwszy raz aż tak
nieraz się budziłem
wylękły że wszystko przeszło
że na wszystko się spóźniłem,
nie ma już nigdzie nikogo;
odwrotność tego:
czeka się, jest skupienie
na co się czeka?
na nic,
to jest to, co jest
to jest najwięcej
i wszystko
ale i to mija
szkoda, czego szkoda?
nawet zeszłorocznego?
operacji,
może, pewnie tak
a to
kiedy ktoś obok – w trumnie
jakby uczucie z sopla
ale to nie napuszcza wygaszania
wygaszanie samo nadchodzi
samo się cofa
ale wtedy to nie na drętwo,
chce się na żywo
a to – nie najprawdziwsze
ono samo wróci,
to drętwe
i to będzie wtedy jeszcze najlepsze
bo chyba że złapie to najgorsze
człowiek wkręcony w nieswoje
bolenie, duszenie
i dopiero podszewką wywrócenie
od wszystkiego
od każdego
od siebie
POETA 2
W końcu to wchodzenie w piramidę
sznureczkiem z mijanką
przypomina mi przejście przez kanały
tylko że to jest tamtego
na pół odwrotność
Halina wtedy w powstanie była w Śródmieściu,
do kanałów nie wchodziła,
teraz do piramidy też nie
POETA 1
Moja winda nieczynna, więc wsiadłem z ciężką torbą do innej. Wyszedłem na galerię na jedenaste piętro. Przed jedynym mieszkaniem — bo jednak tam mieszkają — pośrodku
między drzwiami a otwartym oknem dziewczynka prowadziła po podłodze lalkę
no idź, no idź, idź naprzód, no idź...
SCENA 4
POETA 3
– miejsce dla pana!
– jeszcze nie gotowe!
Mowa o mnie, na wejściu
– a 113?
– łóżko się suszy,
przecież całe na koniec zlał.
----------------------------------------
Kiedy już załóżkowany leżę,
pan z Płońska:
– o, tu gdzie pan, leżał pułkownik,
wycięli mu pęcherz,
coś się spaskudziło,
drugi raz go do szpitala,
dziś jest pogrzeb
Co tu ukrywać
u r o l o g i a
nie dało się siusiać
chodzimy z wmontowanymi rurkami
na które z miejsca zgoda, byle pomogły.
----------------------------------------
Siwy pan z Płońska już po operacji
przytacza nam siwo-łysym przedoperacyjnym
możliwości powikłań, w końcu:
– ale to nic, panowie,
jeszcze będziecie sikać jak źrebaki
----------------------------------------
wystające ręce, nogi,
ich białe negatywy w śmietnikach,
wózki i białe fartuchy prędkie,
szlafroki snują się wolno,
koty też wolno, jak chorzy, skręcają zza rogów,
pawilony tak jakby po romantyczności,
zielska ciągną cienie,
jasna stara z torbą szuka
– nie widzieliście panowie
takiego kulawego..z Kutna?
nad rumiankami fruwają motyle
Kolacja o wpół do piątej
POETA 2
nie jak u nas
nie jak u nas
księżyc wisi położony
nowiem na plecach
to dlatego na meczetach...
a ja przez 50 lat myślałem
że to fantazja
A w Polsce co?
⎯ podobno niedziela
i piramidy śniegu
POETA 4
Wisła
Długa, mokra
wisi, idzie
a jak tak idzie
to jest wysoka
uniesiona
o... na obcasach
„ta ciemna... to ja”
to ona.
A to na czym ona,
to nad nią,
krzakomosty
miastowłosy
i plunięcia na losy,
i ach, piach.
Kiedy ranne wstają zorze,
o Boże.
Wstają.
Niech te wody uciekają.
POETA 1
Szumna Wisłoszosa. Od samochodów. Za nią w dole i do góry oświetleniowce. Rojne i spocone w środku. Wylot uliczki, ślad po rozbiórce na plecach solnej rogatki. Od przodu ruszt, to uszanują. Przed szosą w dół i do góry drzewska, wspaniałe, trawa, ścieżki, zielska. Wisła. Duża woda. Świecąca. Pełna siebie, po brzegi. Nieduży most. Na odnogę. Odnoga dalej się rozdziela na ileś, daleko świeci to, odbija. Wyspa stąd sterczy.
Jak ta od Hamleta.
Wiem, że to nie wyspa.
— To nie zejdziemy?
Za mostem.
Za mostem. Na lewo w dół ciemno.
To nie zejdziemy?
Szumią pędzące.
Tu zejdziemy. Ostrożnie.
Zlatujemy.
W dół na prawo.
Ścieżki. Ciemno. Spląt. Gąszczyki. Coraz szerzej od drzew. Zaraz za nimi cała wielka woda. Idziemy. Ścieżki kręcą. Ognik. Leży dwoje w trawie. Gada. Le. podskakuje.
Op! Bym się przewrócił. To i tak… że ci. Bo pusto. Zawsze tu teraz pusto. Głupi prażanie tu nie przychodzą.
To właściwie środek miasta — z drugiego brzegu piętrzy się Warszawa, wywyższa, włazi w górę, po skarpie, po wieżowcach, świeci, spada, topi się w wodzie, drży, cała, od góry do dołu, gasi, zapala, zmącą, i od początku...
Nagle idzie na ciemnym tle ciemna postać, szybko, długie włosy...
Idzie Hamlet.
Nawet podobny.
Teraz już dużo drzew. Wierzby. Pękami. Po dziesięć, po piętnaście z jednego miejsca. Wysokie.
Powąchaj.
Mięta. Niedorosła.
Przyroda nie była przygotowana na taki wybuch.
To znaczy?
Nie jest tak, że wszystko aż drży?
E...
Sam nie byłem przygotowany, a wpadłem w niezwykłość.
Rozgnieć.
Eukaliptus.
O, teraz powąchaj.
Pachnie Bożym Ciałem.
I nikt nie przychodzi. Nie korzysta.
Bo rano praca. Chociaż nie, siedzą przy tych swoich meblościankach, telewizorach do dwunastej, zamiast tu. Przed wojną jednak był ten zwyczaj chodzenia późno.
Bo w Młodej Polsce to pejzaż...
Upadło.
I to mają wyrżnąć. Zmienić. Ulepszyć. Mają zrobić bulwar. Po co tu bulwar? Co tu ulepszać? No powiedz, co tu jeszcze można zrobić? Tylko gnoju nawieźć, żeby jeszcze lepiej zarosło.
Tylko. To ci, co rozbierają stare kamienice. Zawsze ludzkość była taka?
Zawsze.
A te po dworach, no to one może nie niszczyły, nie przeinaczały, bo było za trudno.
Mogli.
No tak. Ale to zaraz Iłłakowiczówna. Córka Konopnickiej. Zofia od Zofiówki. Mało ich było.
Jednak dużo. Ostatnia marszałkowa. Musisz ją policzyć. I wicehrabina. Pokazywała jakieś tam rośliny.
Co ona wiedziała?
Co my wiemy? Siedziała w tym wszystkim. Sama.
Siedziała.
Wielka woda wciąż idzie za drzewami. Miga. Miga.
Przecież tu raz przejść wystarczy.
Raz na całe życie?
No pewnie.
I się zapamięta. No tak, piramidy raz się ogląda. Mekka i Medyna też raz. Ci, co byli, noszą jakieś odznaki czy welony.
Co to tam świeci tak równo? Brzeg wody? Czy coś dodatkowego?
Brzeg wody, piasek.
Podeszliśmy. Buty wchodziły w głąb.
To statki tak chlapią, jak przejeżdżają.
Dotknąłem Wisły. Le:
Ja tu wszystko znam. Tam idą ścieżki. Kwitnie dziko róża. Raz wyleciała rójka pszczół i zawisła na drzewie, trójkątem.
O, szósta osoba przeszła. Bo od mostu do mostu tamtych dwoje, my i Hamlet.
Hamlet znów nas minął.
Cienie, lampy. To księżyc? Nie. Od lampy.
Księżyc jest.
A jest, pół. Ale nie świeci. Zagłuszony.
Świeci.
Woda, woda, drzewa migają. Ścieżka kręci. Ciemno, ciepło.
Jaki zapach od pokrzyw.
Mieć takie miejsce.
To tu długo się idzie. Gdzie most?
Daleko.
I mieć taką dużą wodę.
Tu się zaczyna uroczysko, święty gaj.
Zrobiło się jeszcze kulminacyjniej. I wtedy zobaczyłem most.
Jaki wielki.
Kolejowy.
Jak rzeźba. Nowoczesna. O, pociąg, jak się odbija cały w Wiśle...
jakie złote
ale jakie wydłużone, jakby płynął w poprzek cały most, cała Wisła. To wygląda stąd jak jedna rozkosz... a to zwykła jazda do Otwocka.
Znów jechał pociąg, zwalniał, świecił w poprzek wody, zajmował sobą szerokość, przystanął, cisza, ruszył...
Podeszliśmy pod most. Dziurawy wzdłuż. Przeświecający. Szum, nachodzi. Jedzie. Prześwieca. Drzewa powiększają się. Świecą. Ruszają. Płynąco.
Cyrk.
Ale dobry. Królestwo podwodne...
Zupełnie.
Zaszliśmy za most, między kolejowy a Poniatowskiego. Przejście przez wybieg piaskowy. Na szosie między wodą, nami a stadionem stał milicjant z wozem. Dalej domki na uroczystości. Krany z wodą.
Mało kto wie, że można się tu napić.
Nylonowe łodzie, nie idziemy na most?
Nie lubię mostu.
Wracamy?
Tak. Tą samą drogą.
Wróciliśmy. Ale Le. mnie wyprowadził na autoprzeloty.
Po co tędy?
W lewo w dół uroczyska. W prawo w dół uroczyska.
Bo cię chcę zaprowadzić na świstakówkę.
— Byłem tu dawno. To tu te odnogi.
Jeszcze nie świeciły. Zapachniały.
Chcę sprawdzić, czy będą żaby.
No są.
Są, masz.
— Trochę cicho, mało, nie, teraz lepiej. Zmienia się.
Bo odbija się o pociąg.
O drzewa.
Właśnie.
To świeci szosa? skarpa? a ja myślałem, że Wisła. Jak tu się mylą odgłosy żab, samochodów.
To ta dzika odnoga?
— Chyba ta.
Znów są głośniej. O tak, wpadają w trans. One tak jak te baby na bazarze. Cisza cisza, któraś tam kumka. Jedna zaczyna „cy-try-ny, cy-try-ny”. Druga „cy-na-mon”. Trzecia, czwarta. I „cy-na-mon-cytry-ny-u-bra-nia, cy-namon-ubra-cy-nia-try-ny-cy-bra-cy-try-na-mon... ke-ke-ke... ke-kra-ke”,
Znów Hamlet przeszedł, on szuka w nocy, pewnie, nie chce tak zwyczajnie w dzień.
Bo też trzeba mieć odwagę, żeby szukać w dzień, pokazywać siebie w świetle po dwudziestce
po trzydziestce
po dwudziestce.
Zeszliśmy nad odnogę, drzewa gęsto, a woda czarna, stoi, drzewa czarne. Le.:
O, tu można usiąść, nie ma na czym, można usiąść i marzyć...
I marzyć? Co to znaczy marzyć? O czym? Tu marzyć? O tym, co widać?
No tak. Zapatrzeć się.
To skupienie, coś w stronę kontemplacji.
Taki bierny stan.
Doktór Jaś mnie raz zapytał: ,,Ty lubisz marzyć?” Ja byłem zaskoczony: „Co to znaczy?” A on: „Ja jak zasypiam, to marzę.” „A o czym?” „O ludzkości, żeby jej co poprawić.”
To on myślał.
No właśnie. Marzenie to panienki o królewiczu.
Kopciuszek.
Chodziliśmy. Żaby się zanosiły to szczekaniem, to nakręcaniem. Druga woda zaświeciła.
O, to miejsce lubię, usiądźmy.
Usiedliśmy na przygiętej gałęzi.
Coś tu pachnie, jakby tanie wino.
Może leży butelka.
I jeszcze coś, po spoceniu... zostawili.
Masz rację — poniuchałem.
Było słychać i słowika.
Słabo coś ten słowik śpiewa, i daleko, w kilku miejscach.
To kilka. Żaby głuszą.
Głuszą.
Co to za ślady? Dużych zwierząt.
Tu biegały zające, sarny.
Nie, to dwie krowy.
O, konie milicyjne.
Tak, od kopyt, a co? jechali?
Jechali.
Widziałeś teraz?
Nie, kiedyś tu.
Zrobiło się jaśniej. Co?
Boś się rozpatrzył.
A nie księżyc?
I księżyc, tu nie ma lamp.
Księżyc, tak, to od niego te cienie?
Od niego.
To już się zapomina, co od księżyca...
Ruszyliśmy. Drzewa w pąkach. Łąki. Wody. Le.:
Ten słowik to czasem tylko się odzywa.
Samochody szumią.
Pójdziemy do kolei. Do stacji „Stadion”. Przynajmniej ja. I wysiądę na Powiślu.
To i ja.
Dawniej to tu było. I pary. I chodziły zalecajki tędy. Teraz gdzie...
Iw kurewskim świecie upadek?
Pewnie. Ani pijany nie leży. Ani bezdomnego. O, tu spotkałem wtedy w czerwcu tego, co go wypuścili z więzienia. Pokażę ci, gdzie palił ognisko.
Jeszcze raz stanęliśmy nad czarną wodą.
SCENA 5
POETA 2
co? co to? Takie białe
w brudnym rowie
między ludźmi
pionowe kaczuszki…? ...
pani z kąta
to ibisy
Na prawo palmy, Nil,
na lewo góry, jary pustyni,
pra-cheopsiarnia ludzkości,
POETA 3
Korytarz
pusto
śćmione światło,
idę,
w loży u sióstr
uśmiecha się
znajoma?
tak... to ona
Gioconda
– Skąd się tu wzięła? –
pytam potem
– a – macha ręką siostra –
z bomboniery
POETA 4
Ja lubię ciemno, ciemno
a tu jest jasno, jasno
Niebo mną kołuje.
Słońce mnie muruje
ten potwór
tur tur tur
Moje nowe miejsce
Miasto się odrąbało.
Ja wywindowany.
Na dziewiąte.
Jak to się nazywało
i gdzie?
Reszta dalej normalnie,
jeden na czubku na obco-
wanie z bóstwem.
Zobaczę teraz na swoim nowym punkcie
w niebie z łóżkiem, czy to prawda.
Powiem wam od razu.
Prawda stoi pośrodku.
W miseczce.
Tknąć nosem, się rozleje.
Siedzę, leżę
zawieszony
sfruwaj
nie zwlekaj
i słyszę
jak się skrada
do wymówienia
jak do mleka
POETA 1
Choruję od wtorku, nie wychodzę, dużo leżę, czytam. Wyjątkowa, jak na ten blok, cisza. Ci za głową przybijają dwa razy do roku. Za ścianą kuchni dzieci i pies chyba wyjechały. Sąsiadka z dziesiątego sufitowa przemieszkuje u rodziny.
Ciche postukiwanie. Bezładne. Nie. Nie takie bezładne. Tyk — tyk... Wiatr? Czasem podskakuje. Uspokoił się. Tam też. Palą. Ciepło. Zgasiłem. Kiedy wleciałem w jamę snu? Leżałem w niej budzony postukiwaniem. O, znów! Wygramoliłem się z jamy na jawę. Czytam. Mijają dwie godziny.
— Tyk — tyk — tamto.
Zrywam się do okna. Wyglądam. W oknach nade mną, pode mną ciemno. Obok ciemno — ciemno. Zamykam okno. Mróz z podwiewem. Nakładam skarpetki, szlafrok, biorę laskę wiszącą u mnie dwadzieścia dwa lata po dziadku Emfazego. W kapciach wychodzę na dziesiąte piętro. Wszędzie za drzwiami cicho. Coś szczęknęło dwa razy. Ale to wyżej. Wchodzę na jedenaste piętro, na zapasowy korytarz łączący wyloty ośmiorga schodów. Tu tylko bzyczy elektryczność. Jak zwykle. Jak stado pszczół, które żyły tu, zbierały kurz i pył z betonu, robiły szary miód, ale to dawno temu, nie żyją już tyle czasu. A cybernetyka po nich działa.
Wtem stuknięcie, jedno, drugie. Przykładam ucho do ściany. Tam, gdzie windziarze, pozamykane, nieczynne. I górne pokłady mieszkań dziesiątego piętra.
Tyk — tyk —
To z sufitu schodów. Już wiem. Wiem. Znad klapy. Zbiegam prędko, cicho w kapciach, z laską na półpiętro. Uderzam żelazną drabinkę. Znad żelaznej drabinki, znad klapy na ciemne poddasze — stukanie. Wspinam się kapciami, ręką wolną i ręką z laską po drabince. Szlafrok niemrawo za mną. Przykładam rękę wolną do klapy, pcham, ciężko. Pomagam tej ręce tamtą ręką z laską. Idzie. Poszło. Wstępuję. Półzanurzony. W ciemne. Patrzę. Ciemno. Patrzę długo. Cisza. Znów patrzę. Ciemno. Ale leży. Bez głowy. Rozrzucone rękawy. Bez dłoni. Patrzę dokładnie. Leży i leży. Spodnie. Butów nie ma? Tam nic nie ma. Jakby wzdęte, ale nic nie ma. To znaczy tam nikogo nie ma. W tym. To tylko łachy. Laską ostrożnie macham. Twardo-miękkie. Coś szczęknęło. Przeszedł mnie dreszcz. Ale stoję. Laskę w dół. Znów wyciągam. Macam nią. Lachy. Szczęknęło. Guzik, guziki. To one. Klepię laską. Leci kurz. Głupie lachy. Zostawiam. Zejść? Nie. Znów mnie coś na słuchu skręci. Zezłościłem się. Biorę na laskę to wszystko. Nadziało się. Schodzę z tym ostrożnie z drabinki. Majtają się nogawki, rękawy. Stężone zapachniałości. Przemachuję to przed siebie i po schodach prędko do dziewiątego i pół piętra, do okna od ulicy. Otwieram okno. Wypycham łachy laską, w świat, w noc. Mróz z powiewem złapały to w bok i na dół, rozpięły. Rozmach rękawów, nogawek. Jak do płynięcia, którego nie umieją, do topienia się. Prędko zamykam okno i ruszam, i dopiero słyszę klaśnięcie o bruk. Nie za głośne?
SCENA 6
POETA 4
Ja czarownica? – dobrze
Ja baba z bloku
Mam blok na oku.
Wystarczy ruch rzęs:
I blok rozchrzaniony jest!
Spięcie
Ja do niego
Co się stałoż?
Winda windzie liny nie przegryzie!
POETA 1
Przybór ludzi. Dane statystyczne mam tu od razu przed oczami z dziewiątego piętra. Rano różnymi skrótami ileś dzieci z iluś stron schodzi się w punkty uczenia. Ileś psów. Ileś ludzi mrowi się między blokami do pracy. Coraz mniejsi. Coraz gęstsi.
Gołębie robią naloty na blachy. Złoszczą mnie. Wysadzam pióropusz wietnamski. Uciekają z ociąganiem. Dla spokoju sumienia w nocy rzucam im coś na zapas. Niestety chleba nie używam. Co pewien czas ktoś kładzie do pudła przy śmietniku całe chleby, buły. Biorę to wtedy i ciskam w nocy na pożarcie tutejszym. Nie jakimś koniecznym krowom. Jestem wtedy po stronie bezużytecznych.
Nie miałem już mrówek faraona. Wracam rano ze sklepu, kładę pasztetową na krześle w kuchni. Idę tam za ileś. Krzesło roi się od mrówek. Zaglądam do pasztetowej. Cała w mrówkach. Wyrzucam to wszystko. Wyrzucam mrówki.
Idę za ileś do kuchni. Trzy mrówki nowe nad krzesłem, na ścianie. Wyrzucam. Idę za parę minut. Kilka mrówek na ścianie. Wyrzucam. Idzie i truteń. Jeden, drugi. Ze skrzydłami. Oho! To idą. Idą. Nadchodzą. Jedne za drugimi. Niepowstrzymanie. Całe rodziny. Ale skąd idą? Musiały nagle którędyś wejść. Badam sufit. W rogu sufitu. Idą. Spod drewnianej belki. Pierwsze szły zwabione bliskim zapachem jedzenia. Następne szły już za tamtymi. Siła rozpędu. Teraz już się wprowadzają. Zaraz zajmą całe mieszkanie. Zniosą tu swoje jajeczka. To są mrówki, które nie muszą mieć mrowiska, mieszkają, śpią byle gdzie, żywią się w braku innych rzeczy płytami bloku.
Miotam się po mieszkaniu. Co robić? Czym zatkać szparę? Mydłem! Łapię mydło. Ale to mało. Skoro przyszły zwabione miłym sobie zapachem, to może od niemiłego uciekną. Łapię pastę do zębów. Mentolową. Podobno nie znoszą takich zapachów. Szybko, szybko. Smaruję szpary pod belką. Mrówki te, które są, wyłapuję. Wieszam jeszcze pod szparę śmietniczkę z resztką zapachu po „Muchozolu”. Idę za kilka minut. Mrówek nie ma.
Za godzinę. Mrówek nie ma.
Najazd powstrzymany.
Po czterech dniach. Sprawdzam. Mrówek nie ma.
Potem znów były.
Aż nagle znikły zupełnie. W moim bloku. W innych. Na co ludzie: — To coś niedobrego znaczy, szczury uciekają z okrętu przed zatonięciem.
POETA 3
Salowa klapie śmietnikiem
– co panowie? e, z panami...
wychodzi
wchodzi ksiądz:
– Panie, nie jestem godzien...
Pan drugi spod okna
i Gruby spod zlewu
między łóżkami
przystępują do komunii na stojąco.
No – pomyślałem – trzeba mieć czym grzeszyć.
Chociaż podobno
nieraz myśli chcą brukać ciało
a ciała nie ma
a one chcą dalej.
POETA 4
Mój krzyk z okna
Mało ludzi tu widać
mało ludzi!
mało ludzi
mało ludzi tu widać!
małooo!
ma o
Warszawa z dziewiątych schodów
zakołysana
jak wryta
na siebie, na siebie
mgli
na niebie
woła
cywilizacja
jest tam kto?..ja...
POETA 2
Koty pochodzą z Egiptu —
nasza Mizia też.
Mama wynosiła na dzień do komórki
czarnej, gorącej
pierzynę, w niej Mizię.
Mizia tam była u siebie.
Potem zginęła w naloty.
Po latach czytałem, jak kapłani egipscy
schodzili w pomieszczenia
coraz ciemniejsze, gorętsze.
Teraz w Dolinie Królów
schodzę tam osobiście, cieleśnie.
Szukam komórki Mizi.
Pierwsza komora królewska
z pułapką, nakryta przepaść.
Druga komora fałszywa.
Schodzę w bok.
Trzecia prawdziwa.
Po bokach czarne coś,
w nich nic, gorąco, pył
znalazłem
to komórki Mizi,
pytam
— co to?
— a, w tym momencie faraon zmarł,
robotę rzucili, tego nie dokończyli,
następny faraon budował grobowiec
już dla siebie.
Więc Mizia w tych szparach
między faraonami?
SCENA 7
POETA 3
dotyk
– dlaczego pan zasłania oczy?
ocykam się, mój biały docent
– bo dzień razi
docent przysiada
– chyba w piątek operacja,
i przenosimy pana do pojedynki
– oj – ja w radość
i w zawstydzenie
przenoszą mnie, patrzą na mnie,
w końcu mam wytłumaczenie
– jestem wieszczem szpitala
prozą i wierszem
pan Gruby odwiedza mnie:
– no i dobrze, niezależność,
chce pan bzdnąć to pan bzdnie
POETA 4
Blok, ja w nim
– Ralla
la laa! – radio z babą
– uuu! – gdzieś dziecko
– Ralla
la laa! – baba
– uu! – dziecko
– Ral
la la – baba
– uu – dziecko
– Ra
la la –
– u
oho
ucho mi zwariowało?
a to nie:
niedziela
rusza
trzymajcie się ludzie!
POETA 1
Pod koniec nocy coś zatrzepotało. Patrzę — ćma. Ogromna. Latała nad ziołami, potem przysiadła. Przyjrzałem się jej od dołu. Kosmata. Nie takie małe zwierzę. Podobne do nietoperza. Oczy świecą, złote. I patrzą. Ćma znów się zerwała do fruwania. Ogromna. Nietoperz, ale z takimi skrzydłami. To jednak ważna różnica. Zobaczyłem ją na tle persko-tureckiej makaty od Le. Le. dostał to po Leonie. Spełniła się metafora. Bo makata nad łóżkiem podobna. A ma ćmę ogromną pośrodku. Kolor tej żywej ćmy, wzór też turecki, perski, w brązach. Ćma przysiadła na makacie większej, znów się zerwała i z trzepotem zaczęła krążyć nad lampą boczną. Stałem w pogotowiu z okładką od płyty. Ćma chciała usiąść na żarówce. Zdążyłem ją uchronić od zguby. Schowała się w szparze między tapczanem a ścianą. Przypomniałem sobie, jak wygląda.
Racja, paź królowej.
Ale większa, ach, bo to nie motyl, a ćma.
Zapaliłem światło w kuchni, a pogasiłem tu, żeby ćmę wywabić stopniowo z mieszkania, bo jej tu grozi przypalenie. Nie ukazała się. Zajrzałem w szparę. Zobaczyłem, że świecą jej oczy, i chyba na mój widok porusza się. Chciałem ją spłoszyć kopertą od płyty, ale była coraz bardziej śpiąca, nieruchawa.
No, jak się chcesz przespać tu, to się prześpij.
Zaraz wyjrzałem oknem.. Świtało. Zorze, a pod zorzami na całych polach Gocławka, Grochowa mgły. Wygląda to tak. jakbyśmy mieszkali nad jeziorami, w których odbija się wschód. Na Siekierkach mgły układają się dziwnie. Ukosami. Koło elektrowni. A tam gdzie wysokie drzewa, to piętrami. Nierówno.
Wyjrzałem teraz. Zrobił się dzień. I to już nie jest jednoznacznie widok jezior pod zorzami. Są warstwy mgły półprzezroczyste. Widać przez to drzewa. Tak jakby drzewa wyższe dziurawiły subtelną materię mistyczną, wystawiając czuby ponad nią. Albo tak jakby mgła dookoła poszczególnych drzew i nad ziemią, i cięższymi mgłami krążyła w spłaszczeniach, dając przez siebie oglądać inne drzewa i nawet te, które ją dziurawią, ale w niższych częściach.
Ćma porządnie się u mnie przespała. Zerwała się do lotu jak domowe zwierzę, kiedy pan wraca. Zgasiłem światło w pokoju. Zapaliłem w kuchni. Ćma poleciała do kuchni. Zamknąłem od kuchni drzwi. Ćma wyleciała w świat.
POETA 2
Wychodzę przed dom,
woda bije z dołu, zamarza,
jezdnia już wyższa o pół samochodu
— co to?
dziecko na piramidzie śniegu
wyciąga ręce, głosi
— rura pękła w trzech miejscach
nie wiadomo, czy tu czy tam!
Wracam, wody brak.
Uciekam na Hożą.
Nocuję za blokiem z szaf.
Budzę się
noc
patrzę białe kloce
— jestem w Egipcie, ale gdzie?
— kolosy Memnona? pylony?
— Hoża, drugie piętro.
SCENA 8
POETA 3
Ukazują się w drzwiach
w przejściach
ze zwojami rurek aż pod biodro piżamy
z dodatkowym pęcherzem w dłoni
niby symbolami
niewygód, udręczeń;
ptaki śpiewają,
szum liści,
przechodzą dwaj męczennicy
– o, ile k***a naleciało,
teraz mam z tym chodzić
więc to mnie czeka
POETA 4
Dzień kołowrotuje
Słońce – słońce – słońce – noc.
Ja z głową w tych szprychach.
W narzekaniach, urzeczeniach.
Trudno tu być na wyrywki.
Dziewiąte piętro.
Dalekie ciągi.
Trasa pędzi
a stoi.
Jak rzeka nad rzeką.
Wieje chceniem
i pogodzeniem.
Pogodzeniem
i popuszczeniem.
Osiedla od powijaków
od niewinności
Arabska
Alzacka
Argentyńska
Afrykańska
Ileś ich.
Na A.
Na biało.
Się zaczynają.
Nowe.
Dramaty dopiero narastają.
Zielska coraz nowe
upływa mi tu lato
ubywa
więc nawet i tu
będę się starzeć
dalej
POETA 3
na szybach krople chwili,
korytarzem cisza idzie,
raptem głos siostry
jak przeciąg
– idę! kolnę pana w tyłek!
POETA 2
Samolot wzbił się jak archanioł na dziesięć kilometrów w górę i za parę godzin był Egipt. Poczekalnia samolotowa pusta. Wielki Ozyrys na ścianie jako reklama. Na ławce zakwefiona Arabka.
Żywioł powietrza.
A żywioł wody?
Jak to jest, kiedy się płynie płynie, jest na okrągło woda, tylko woda, i tylko się płynie?
Sybilla siedzi na środku morza, szyje koszulę. Ogromną koszulę. Sama jest też chyba ogromna. A kiedy ostatni raz igłą sztychnie, wody przez siebie się przeleją i będzie koniec świata.
Po wycieczce do Egiptu tak mnie to zaciekawiło, że wpisałem się na okręt dookoła Europy
SCENA 9
POETA 4
Ciepło. Nieruchomo.
Znów zjechałem. Poszedłem
w uliczki Chamowa
między bliźniakowce,
wieżowce,
zielska.
Zielsk tyle, że ojej
a to zawsze
całe ich skwery, ulice,
wyższe od ludzi
i jeszcze rosną.
Idę na nasyp lotniskowy.
Ciemno, niżej wieś,
psy odganiają.
Krzyż – czytam:
„Poległym w obronie ojczyzny w bitwie
ze Szwedami 28, 29 i 30 lipca 1656 roku.”
W tych kumosach
akurat się skończyła.
319 lat temu.
No no.
Ruszam, schodzę za wał w dół,
zielska i żółto, świeci woda.
Czy to woda?
Stoi wszędzie, stoi, już
drzewa w wodzie,
patrzę, gdzie ja stoję,
a ja stoję
z drzewami na Wiśle.
POETA 2
Dobre życie na tej pływającej wyspie z samą w sobie ludnością daleko od lądu. Zawieszenie w przestrzeni i w czasie.
Latam, jeżdżę windą po okręcie. Zmieniam pokłady. Spaceruję po różnych korytarzach. Podglądam cudze kajuty. Chodzę słuchać muzyki. Obserwować ludzi. Chodzę do kina. Leżę w kajucie i czytam książkę. Ledwie nadążę powyglądać okienkiem na chlupocącą blisko wodę. Mało czasu. Za mało czasu na to wszystko. Tak jak w sanatorium. Mało czasu. Z początku wydaje się, że nuda. A potem okazuje się, że za dużo zajęć.
Objeżdżamy Europę. Objeżdżamy mapę. Znaną od dzieciństwa. Mapa wisi koło wejścia na jeden z górnych pokładów. Zawsze na niej zaznaczona najnowsza trasa. Jedziemy w stronę czubka Europy południowo-zachodniego. Czyli cypla Portugalii. Tak zwana Zatoka Biskajska. Kołysze mocniej niż poprzednio. Ale i tak jest dobrze. Zresztą to kołysanie wprowadza mnie w ekscytację. Mój sublokator nie jest pewien, czy go mdli od kołysania, czy od zjedzenia za dużo.
Przy stole siedziałem z początku bez gadania. Przypadli mi w sąsiedztwie tacy zwyczajni warszawiacy. Gadatliwi, jedzący, pijący. Obok mnie siada pulchna blondynka z Radomia. Już wiem, że z Radomia. Zacząłem z nią rozmawiać. Ona zaczęła z nimi rozmawiać, bo oni ją zaczepili. A w końcu zaczepili i mnie i z nimi gadam. Oprócz tego prowadzę obserwacje stołowe. Na prawo zerkam na Anglo-Amerykanki. Na lewo mam inne baby. Jedna czarna, tak ze czterdzieści albo więcej, je sceptycznie, krzywi usta wymalowane, zwisają jej z uszu dwa złote wielkie koła.
Dzień na wodzie. Woda woda. W okienku woda. Z pokładu woda. Tak przechodzi dzień i idziemy spać. Chlupot, łańcuch brzęczy, śruba chodzi, płyniemy. Do Konstantynopola.
Rano zimnawo w kajucie. Budzę się, podlatuję do okna. Mojego sublokatora już nie ma. Z okienka widać bloki. Takie jak moje na Lizbońskiej. Mieszkalne bloki, jeden, drugi, trzeci. Wysokie. Do brzegu z półtora kilometra. Myślę sobie, skąd te bloki. Sytuacja prawie taka jak na Saskiej Kępie. Tylko że bloki są widziane przez okienko z czegoś, co płynie. I ja jestem w tym okienku. A na Saskiej Kępie odwrotnie, ja stoję w okienku i wyglądam z czegoś, co stoi, na to, co tak jakby przepływało. Ale chwilami to znowu się to odwrócenie odwraca. To, co w dole, stoi, a ja z blokiem i z okienkiem tak jakby płynę.
Brzeg się przesuwa i domów coraz więcej, bloki bloki. Więc i tu, w Turcji, są bloki? Ale co to za miasto?
POETA 3
Rano.
Zaraz operacja.
Już się umyłem pod zimnym prysznicem,
polałem kolońską wodą.
Wchodzi siostra
– panie Białoszewski, idziemy,
portfel zostawić, zegarek zostawić, zęby zostawić
zęby... zostawić
Siostra mnie przekazuje
aniołowi-stróżowi – studentowi,
on trzyma w fiolkach moje krwie,
mnie daje pod pachę papiery,
winda rusza
– to pan jest poetą?
– tak
– pisze pan oryginalne wiersze –
i wprowadza mnie do zielonego przedsionka,
ukazuje się zielona służka
– zdjąć piżamę,
nałożyć koszulę,
płócienne łapcie na nogi,
to nic że opadają,
byle pan doszedł do stołu
Rozkrzyżowanie na dwie poprzeczki
dwóm medycznym grupom,
z lewej strony ktoś w chirurgouniformie z modnymi
kolczykami
w środku zielona postać:
to chyba mój docent,
tak,
z prawej ręki pytają
– zakręciło się w główce?
– nie... a tak, już
POETA 4
Topole, świeci woda, k**i
Wychodzę noc ciepło
na dole zielska
rozbuchane.
Chamowo.
Idę na mostek. Staję
i się obracam –
wszędzie nasycenie.
Z góry spadają, z Marszałkowskiej
samochody,
sześć taśm
i z powrotem
wielkie miasto się wdrapuje.
Gwiazda – Księżyc
wisi
grochowski,
pół go,
i turecki
po Sobieskim.
Idą trawy przez Siekierki
na Konstantynopol.
SCENA 10
POETA 3
i nagle pisk łóżek, trzęsienie,
ktoś jęczy, to i ja jęczę,
głos zza niepewności
– już jest pan po zabiegu
tak, że tę przerwę w byciu opłacałoby się
lepszym zastrzykiem wydłużyć w niebycie
które i tak czeka, po przeszkodach,
a tu taka okazja,
szkoda
POETA 4
Przesuwa się, przegwieżdża
Małe okno.
Stanięcie.
Uwijają się dookoła siebie niskości.
Noc
rwie do tyłu
rano
ziemia paruje.
Lepi się.
Drzewa.
Jeszcze nie ma zwierząt.
Ciut później
Powietrze na blokach
bloki na powietrzu
niebieskie
na drzewach
i samo na sobie
wszystko niebieskie.
To na prawo.
A na lewo
mgła i mgła i
zorza przyleciała
zaowocowała.
Widoki się przedzierają,
kraczą.
Na moim wysokim mieszkaniu
na tej mojej latarni
i na mnie w niej
blade szaro
tam się daje znać i stamtąd mnie
najraniej, raniej, rano
zamachają
światłocienie
za raz
za dwa
i słońce w ruch
i ja
i ludzie
SCENA 11
POETA 3
Odłączono mnie od rurek,
aż nieswojo,
jakby coś amputowali...
ale powoli powoli
strach – czy zrobię siusiu
po staremu?
Faktyczność
ani mrugnie
ja do niej coś
i chrząkam
ona nic
więc rzeczowieję
na nieruchomo
chrząkła
a wtedy ja
– ty świnio
POETA 2
I Warszawa. Po raz pierwszy Warszawa mi się podoba po podróży. Ma niektóre ładne ulice. Ciepło tu. U siebie. Kładę się na swoim łóżku na dziewiątym piętrze. Kołysze mną. Wspomnienie, teraźniejszość, pomieszanie. Idę do okna, wyglądam. Tak, jestem dalej na jakimś statku, tym czy nie tym, wszystko jedno. I wszystko jedno, czy to, co widać pode mną, płynie, czy nie płynie. Tak jakby płynęło.
POETA 1
Minął rok mieszkania tu. Przyzwyczaiłem się całkowicie. Tyle że nagle trzy dni temu stanąłem w oknie
Co ja tu robię na Pradze? To już naprawdę nie wrócę na plac Dąbrowskiego? Do Śródmieścia?
Zgasiłem zaraz w sobie tę chętkę, jak i chętkę papierosową. Nie marzę o papierosie, ale w każdej chwili bym zapalił.
To niepalenie i mieszkanie na Pradze ma poparcie w innych obcościach. Spoglądam na faceta w szybie sklepowych drzwi. Gruby, stary, brzydki, obcy. A przecież takiego mnie widzą. Wciąż nie przyzwyczaiłem się do swojego podstarzałego, brzydkiego wyglądu. Nie chcę go uznać. To ja na niby tylko. Od niedawna i na niedługo. Taki nieprzewidziany, dodatkowy.
Ostatnio brak sił.
Dziś gorąco. Słońce i cień. Wisła wieje latem. O wpół do czwartej wybrałem się na Czerniaków i Siekierki. Zmęczyłem się, spociłem. Zezłościła mnie nuda przerobionej ulicy. Chciałem iść wzdłuż kanału. Spiekota, trzciny, woda wysycha, brzegi nudne, trochę bab na słońcu.
Zahaczyłem o szosę wilanowską. I tu łyse drzewa. Podłysiałe. Im wyżej, tym gorzej. Topole. To samo na drodze do Garwolina. Dużo drzew marnieje. Nie wiem, czy to od spalin, czy taki rok. Stegny olbrzymie i żmudne. Autobusy wykręcają. Ludzie lecą do bloków.
Siekierki też mi się wydały nie takie jak w zeszłym roku. Gdzie te niezmierzone nieużytki z dzikimi kwiatami? Kilometry ostów. Siwe i złe. Jak stare baby. Nie ma ich. Siekierki pomniejszone. Wtedy — rok temu — zaskakiwało mnie, że tyle tam zakrętów, wsi, miasteczek, nagłych czekań.
Ten rok taki nieurodziwy.
Coraz więcej odpychająco. Po kątach. Bo te kąty nikną.
Trzeba się bronić przed pogorszeniem. Skoro wierzch przepadł, to od środka.
wieczorem
Postanowiłem wygonić z siebie niedobroć bycia sobie. Zwalić z siebie zmęczenie. Wybrałem się do saskokępowego kina na angielski film. Ale grają amerykański, z dumą w tytule, o dwojgu młodych. To nie poszedłem. Poszedłem do parku Skaryszewskiego. Ciepło, dobra pora. Coraz wieczorowiej. Chociaż ciągło się to a ciągło. To wieczorowienie. Park Skaryszewski łączy mnie z dawnymi latami. A i teraz dla mnie żywy.
Na rondzie zapalili latarnie wkoło i coś mi zaiskrzyło natchnionkiem. Stałem przy murku. Zapachniało coś egzotycznie. To ta srebrna wierzba. Tak ją nazwałem. Co kwitnie złoto. A to podobno oliwka. Nie wiedziałem pięćdziesiąt lat, że uwielbiam drzewa oliwne i że znam. O ile prawda, że to oliwka.
Więc doprowadziłem się do napisania wiersza. Potem pojechałem do dżungli nad dziką Wisłę i przeszedłem przez step. Dżungla wilgotna po przyborze wody. Łacha z żabami. Nareszcie bez ludzi. Psy za wodą. Z Siekierek.
Step jeszcze nie dorósł do zeszłorocznego. Przy stepie od afrykańskiego placu jakieś gołe ziemie, ledwie się coś wykluwa. Chyba zagony.
„Antonio Buero
Vallejo
Gdy rozum śpi
Teatr Na Woli”
I pod tymi napisami usta, nos, reszta zasłonięta, obłoki, iskry. Na plakacie obok Gioconda. Tylko z ustami, z uśmiechem. Reszta niewidoczna, za napisem „Krajowa Loteria Pieniężna”.
Gioconda podobno nagle została wdową. Młoda. Po mężu wielkie pieniądze. Kazała się Leonardowi portretować. Miała za co. Mówią, że stąd ten uśmiech.
Upały. Całe Chamowo w mszycach. Jasności.
Niedziela leżana. Wspólnota głośnikowa. Powietrze wisi. Dno roi się od dzieci.
Śniło mi się znów, że palę papierosy.
Chce mi się stąd wyprowadzić. Z tych mrówek.
POETA 3
Skąd tyle radości
na widok autobusu?
– bo lecę do okna –
to że czerwony
między blokami?
piąta rano?
ciepło?
mgła?
czy to że
on jedzie
ja żyję?
SCENA 12
POETA 4
Ja
stróż
latarnik
nadaję
z mrówkowca
Nie zabłądźcie.
Bądźcie.
Mijajcie, mijamy się,
ale nie omińmy.
Mińmy.
My!
Wy, co latacie
i jesteście popychani!
Finał - wymarsz pielgrzymki do Centrum Nauki Kopernik
Warszawa 2012
Adres
Warsaw
Strona Internetowa
Ostrzeżenia
Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Port Miron umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.