01/06/2026
Irena Exner wychowywała się w Warszawie, ale z powodu kłopotów finansowych rodzina na kilka lat przeprowadziła się na wieś do majątku Sanki pod Grójcem. Pani Irena wspomina zabawy z dziećmi sąsiadów: „To dla mnie był bardzo oryginalny okres, bo w Warszawie byłam stale pod opieką mamy, a tam zyskałam dużo więcej samodzielności. Miałam swobodę, od rana buszowałam po ogrodzie. Było ogromne podwórze, oczywiście inwentarz: konie, krowy, świnki i tak dalej.
Było towarzystwo dzieci naszych pracowników, tak zwanych fornali, którzy mieszkali w czworakach – to były budynki mieszkalne dla pracowników. Nie wolno mi się było bawić z chłopcami, „bo to łobuzy”, tylko się bawiłam z dziewczynkami, które przychodziły do naszego parku i do domu. Wtedy były gry i zabawy, których w Warszawie właściwie nie [znałam]. I różne zabawy przechodziły jakby takimi falami na całą okolicę – jak myśmy się w coś bawili, to okazywało się, że sąsiednie wioski czy majątki też się w to samo bawiły. Więc się grało w piłkę, skakało w klasy. A ulubiona zabawa, to toczenie fajerki żelaznej z wielkim hałasem, za którą oczywiście bardzo się gniewano, bo się gubiły te fajerki, tłukły i rozpadały na części. No więc nie bardzo nam wolno było...
Jeszcze taką dość oryginalną zabawą to było to, że się robiło pukawki. Tak zwany psi bez miał gałęzie w środku z takim miąższem dość łatwo usuwalnym: ścinało się kawałek gałęzi długości jakichś 20 centymetrów, wydłubywało się ten miękki środek, robiła się rurka. W tym się umieszczało patyk z grubszym końcem i z tego się strzelało kawałkiem kartofla – czyli czubek tej wydrążonej gałązki zatykało się szczelnie kawałkiem kartofla i patykiem przepychało ten kartofel. I on z takim głośnym odgłosem wylatywał dość daleko”.
Na zdjęciu dzieci z majątku Ostrzyca, okres międzywojenny. Fot. ze zbiorów Janiny Wyżnikiewicz/AHM