03/06/2026
Spotkanie z marszałkiem Włodzimierzem Czarzastym w Wołominie miało być pokazem siły Lewicy. W praktyce stało się pokazem problemów, z którymi to środowisko polityczne coraz częściej musi się mierzyć.
Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało dobrze. Sala była niemal pełna, wolnych pozostało mniej niż dziesięć miejsc. W pierwszych rzędach zasiedli samorządowcy i działacze partyjni. Wśród gości znaleźli się przedstawiciele władz samorządowych różnych szczebli. Organizatorzy mogli więc mówić o frekwencyjnym sukcesie.
Wystarczyło jednak rozejrzeć się po sali, by dostrzec mniej wygodną dla Lewicy rzeczywistość. Zdecydowaną większość uczestników stanowiły osoby starsze, głównie emeryci. Osób poniżej trzydziestego roku życia było mniej niż wolnych miejsc na sali. Trudno nie odnieść wrażenia, że partia, która przedstawia się jako nowoczesna i skierowana ku przyszłości, ma coraz większy problem z dotarciem do młodego pokolenia.
Dodatkowo część uczestników stanowili działacze partyjni przybyli z innych miejscowości województwa. Nie jest to domysł - sami podczas zadawania pytań przedstawiali się jako członkowie partii i podawali nazwy miejscowości, z których przyjechali. To sprawiało, że spotkanie momentami bardziej przypominało wewnętrzną mobilizację własnego środowiska niż otwartą rozmowę z mieszkańcami Wołomina.
Samo spotkanie trwało około dwóch godzin. Trudno jednak mówić o dialogu. Przez pierwsze półtorej godziny uczestnicy słuchali niemal nieprzerwanego monologu marszałka. Dopiero ostatnie trzydzieści minut przeznaczono na pytania. Już sam ten podział czasu wiele mówił o formule wydarzenia.
Znaczną część wystąpienia poświęcono wojnie na Ukrainie i konsekwencjom tego konfliktu dla Polski. Marszałek mówił o nieprzewidywalności amerykańskiego prezydenta oraz konieczności ścisłego związania Polski z Unią Europejską. Ostrzegał również przed Konfederacją, przekonując, że ugrupowanie to dąży do wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. Według niego zagrożenie dla Polski znajduje się na wschodzie, a nie na zachodzie.
Brzmi to rozsądnie, ale trudno nie zauważyć pewnej niekonsekwencji. Gdy kilka lat temu wybuchł kryzys migracyjny na granicy z Białorusią, wielu polityków obecnej koalicji podchodziło z dużym sceptycyzmem do działań mających chronić granicę państwa. Dziś ci sami politycy przedstawiają kwestie bezpieczeństwa i ochrony granic jako jeden z najważniejszych obowiązków państwa.
Dużo miejsca poświęcono również sporowi z prezydentem. Z wystąpienia marszałka można było odnieść wrażenie, że główną przyczyną problemów rządu są prezydenckie weta. Nie wspomniano jednak, że przy wetowaniu ustaw prezydent przedstawiał własne argumenty i propozycje zmian. Jeszcze mniej miejsca poświęcono faktowi, że część inicjatyw prezydenckich trafiła później do sejmowej zamrażarki razem z projektami składanymi przez opozycję.
Szczególnie interesujące było odwoływanie się do pojęcia „marszałkowskiego weta”. Tym terminem politycy Lewicy określają sytuację, gdy marszałek Sejmu nie nadaje dalszego biegu projektom ustaw składanym przez prezydenta. Trudno nie dostrzec tutaj pewnej ironii. Z jednej strony oburzenie na korzystanie przez prezydenta z konstytucyjnych uprawnień, z drugiej akceptacja dla blokowania inicjatyw prezydenckich przez własne środowisko polityczne.
W całym wystąpieniu dominował bardzo prosty podział polityki na dobrych i złych. Dobrzy byli politycy obecnej większości. Wśród złych znaleźli się między innymi Braun, Czarnek, Nawrocki, Mentzen, Bosak i Kaczyński. Trudno było znaleźć miejsce na jakiekolwiek niuanse czy próbę zrozumienia argumentów drugiej strony.
Nie zabrakło również krytyki pod adresem partii Razem. Szczególnie wyraźnie było to widoczne podczas omawiania sukcesów Lewicy. Marszałek dużo mówił o budownictwie społecznym i komunalnym, przekonując, że realizowany jest największy taki program w historii. Jednocześnie zarzuty formułowane przez Razem określał jako kłamstwa.
Znaczną część spotkania zajęło wyliczanie osiągnięć własnego środowiska politycznego. Nie ma sensu ich wszystkich wymieniać - od tego są politycy Lewicy i ich sympatycy. Warto jednak zauważyć, że skoro prezydent jest przedstawiany jako główny hamulcowy zmian, to jednocześnie podpisał wiele ustaw przygotowanych przez obecną większość. Być może większym problemem nie są same weta, lecz jakość części proponowanych rozwiązań. Trudno bowiem oczekiwać powszechnego entuzjazmu wobec projektów takich jak próba nadania Odrze osobowości prawnej, podczas gdy wielu Polaków oczekuje rozwiązywania bardziej przyziemnych problemów.
Najciekawsza okazała się jednak sesja pytań. O ile marszałek unikał krytykowania swoich koalicjantów, o tyle publiczność była znacznie mniej powściągliwa. Jedna z uczestniczek w bardzo ostrych słowach wypowiedziała się o marszałku Hołowni. Inna, mówiąc o głowie państwa, nie była w stanie powiedzieć „nasz prezydent” i ostatecznie określiła go jako „ich prezydenta”, jakby funkcjonował w innym państwie lub reprezentował obce społeczeństwo.
Na sali obecni byli również emerytowani przedstawiciele służb mundurowych. Ich wiek sugerował, że kończyli służbę na początku III RP, a być może nawet wcześniej. Jeden z nich podał datę przejścia na emeryturę, nie wspominając jednak, w jakiej formacji służył. Panowie byli wyraźnie oburzeni tym, że podczas protestów pod Sejmem nikt z polityków nie chciał z nimi rozmawiać. Marszałek tłumaczył im, jak mogą walczyć o swoje interesy, oraz zadeklarował chęć dalszej rozmowy po zakończeniu spotkania.
Były też pytania zadawane przez działaczki partyjne z różnych miejscowości województwa. Co ciekawe, obie przed zadaniem pytania uznały za stosowne poinformować salę, że są członkiniami partii oraz skąd przyjechały. Tego rodzaju wystąpienia tylko wzmacniały wrażenie, że wydarzenie miało w dużej mierze charakter spotkania własnego środowiska politycznego.
Najbardziej symboliczny moment nastąpił jednak wcześniej. Gdy marszałek przekonywał do skrócenia czasu pracy, jako argument przywołał czasy pracujących sobót i zapytał salę: „Kto jeszcze to pamięta?”. Niemal cała sala pamiętała. Ja i garstka innych młodych uczestników - nie.
Był to moment, który najlepiej podsumował całe spotkanie. Lewica chętnie mówi o przyszłości, nowoczesności i zmianach społecznych, ale w Wołominie jej najwierniejszymi słuchaczami okazali się przede wszystkim ludzie pamiętający rzeczywistość sprzed kilku dekad. Frekwencja była dobra i organizatorzy mają prawo być z niej zadowoleni. Problem polega jednak na tym, że polityka nie wygrywa się frekwencją na pojedynczym spotkaniu, lecz zdolnością przyciągania nowych wyborców. A tych w Wołominie było jak na lekarstwo.