Kuryer Dworski

Kuryer Dworski Porzućcie wszelką nadzieję na smutek Ci, którzy tu zajrzeliście.

Pozostając jeszcze przez chwilę w mediolańskich klimatach, postanowiłem sięgnąć do szuflady i wydobyć z jej głębin opowi...
21/08/2026

Pozostając jeszcze przez chwilę w mediolańskich klimatach, postanowiłem sięgnąć do szuflady i wydobyć z jej głębin opowieść, która być może pozwoli Szanownej Publiczności lepiej zrozumieć pewne zawiłości i meandry naszej historii. Bo wiadomo wszem i w ogóle, że Skryba od tematów trudnych nie stroni, autorytetów przesadnie się nie lęka, a jeśli zachodzi taka potrzeba, gotów jest nawet wdać się w polemikę z historykami. Cóż więc dopiero mówić o przewodnikach i pilotach wycieczek.

Ci ostatni, jak powszechnie wiadomo, sięgają niekiedy po materiały ogólnodostępne, nie zawsze zadając sobie trud sprawdzenia ich rzeczywistej wartości. Potem człowiek stoi sobie gdzieś w Mediolanie, słucha opowieści o wielkich rodach, dynastycznych mariażach i wydarzeniach sprzed wieków, a coś mu w tej całej historii zwyczajnie nie pasuje. Skryba oczywiście słuchał grzecznie, nie protestował i nie próbował wyprowadzać nikogo z błędu, bo człowiek kulturalny, a za takiego, jak by nie było, Skryba jest uważany, nie powinien publicznie podważać kompetencji przewodnika.

Po powrocie uznałem jednak, że dłużej milczeć nie można. Zwłaszcza że gdzieś w głębi szuflady od dawna leżał gotowy materiał, który tylko czekał na właściwy moment, by ujrzeć światło dzienne. A skoro los rzucił Skrybę do Mediolanu, trudno o lepszą okazję. Czas zatem naprawić to wielowiekowe niedopatrzenie.

Na koniec jeszcze jedna uwaga do Szanownej Publiki.

Historyków, przewodników, pilotów wycieczek oraz osoby nadmiernie przywiązane do faktów uprasza się o zachowanie spokoju, powstrzymanie od wulgaryzmów i nieplucie jadem w kierunku autora. Ewentualne protesty można oczywiście składać na piśmie, najlepiej w trzech egzemplarzach. Skryba obiecuje zapoznać się z nimi zaraz po tym, jak przestaną być aktualne.

https://kuryerdworski.pl/index.php/opowiesci-rozczochrane-skryby/

Z Notatek SkrybyO miejscach, które nie muszą być wielkieSą miejsca, na których widok człowiek staje i od razu wie, to je...
15/08/2026

Z Notatek Skryby

O miejscach, które nie muszą być wielkie
Są miejsca, na których widok człowiek staje i od razu wie, to jest zachwycające. Monumentalne, wysublimowane, dopracowane w każdym detalu. Architekt zrobił wszystko, aby nie pozostawić wyboru. Kamień pnie się ku niebu, marmur błyszczy, złoto odbija światło, kolumny każą podnieść głowę, a przewodniki podpowiadają, ile milionów wydano, ile lat budowano i ilu ludzi pracowało, ilu ludzi pomieści dana budowla, abyśmy właśnie w tej chwili powiedzieli: ale wielkie.
Jaki wspaniałe!
Są również miejsca zupełnie inne. Takie, obok których człowiek niewtajemniczony może przejść, wzruszyć ramionami i pomyśleć, że właściwie nie ma tutaj niczego szczególnego.
Do takich miejsc należy mediolańska La Scala.
Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem jej fasadę, pomyślałem, że gdybym nie wiedział, przed czym stoję, zapewne poszedłbym dalej. Mediolan ma przecież wiele podobnych budynków. Klasycystyczna fasada, kolumny, spokojne proporcje, żadnego krzyku kamienia, żadnej architektonicznej fanfary oznajmiającej przechodniowi, że oto znalazł się przed jedną z najsłynniejszych scen świata. Po spotkaniu z Duomo La Scala może wydawać się wręcz niepozorna. Katedra niemal zmusza człowieka do zachwytu, podczas gdy teatr pozostawia mu całkowitą obojętność.
A jednak wystarczy wypowiedzieć dwa słowa: La Scala.
Dla śpiewaka znaczą one więcej niż wielkość budynku, ilość marmuru czy szerokość schodów prowadzących na widownię. Na tej scenie występowali najwięksi. Tutaj rozbrzmiewały po raz pierwszy dzieła, które później śpiewano na całym świecie. Tutaj rodziły się legendy, lecz również tutaj legendy umierały, ponieważ mediolańska publiczność potrafiła zrobić coś, czego nie potrafi kamienna fasada żadnego teatru. Potrafiła powiedzieć człowiekowi przekonanemu o własnej wielkości, że dzisiejszego wieczoru wielki to ty nie byłeś. Byłeś wręcz przeciętny.
Może właśnie dlatego artyści marzą o La Scali.
Nie po to, aby stanąć na największej scenie świata. Są większe. Nie po to, aby wystąpić w najpiękniejszym teatrze. Są bardziej olśniewające. Chcą wejść tam, gdzie przed nimi wchodzili najlepsi, stanąć w świetle sceny i zmierzyć się nie tylko z partyturą, lecz także z publicznością. Z publicznością, która słyszała już niemal wszystko i która nie musi wierzyć w nazwisko wydrukowane największymi literami na afiszu.
La Scala nie potrzebuje przekonywać, że jest wielka.
Ona sama w sobie jest wielka.
I właśnie wtedy, stojąc przed jej spokojną fasadą, pomyślałem o miejscu odległym od Mediolanu o tysiące kilometrów. O polanie pośród sosnowego, podlaskiego lasu, do której kiedyś dotarłem rowerem. Nie było tam eleganckich kawiarni, tramwajów ani wystaw światowych projektantów mody. Pachniało sosną, żywicą i kurzem. Stała niewielka cerkiew, a wokół niej wyrastały tysiące krzyży.
Grabarka.
Pierwsze spotkanie z nią również może rozczarować. Zwłaszcza człowieka, który wcześniej nasłuchał się opowieści o Świętej Górze i wyobraził sobie miejsce niemal wyrwane z innego świata. Tymczasem przyjeżdża na większą polanę pośród lasu. Widzi niewielką cerkiew, która swoją architekturą może wydać mu się zaskakująco zwyczajna, a nawet obca temu, czego spodziewał się po podlaskiej świątyni. Pamiętam własne zdziwienie. Patrzyłem na nią i myślałem, że bliżej jej formą do drewnianej architektury zakopiańskich Krupówek niż do tych kolorowych cerkwi, za którymi tyle razy jechałem bocznymi drogami Podlasia.
Siedziałem wtedy na ławce.
Byłem zmęczony. W nogach miałem kilometry przejechane rowerem, więc przez chwilę bardziej niż mistycznych przeżyć potrzebowałem zwyczajnego odpoczynku. Patrzyłem na cerkiew, potem na las i na krzyże. Setki, tysiące krzyży, krzyżyków przyniesionych tutaj przez ludzi. Małych i wielkich, prostych i ciężkich, starych, omszałych oraz tych pozostawionych całkiem niedawno.
Każdy z nich ktoś tutaj przyniósł.
Nie ku chwale prezesa korporacji. Nie po to, aby na metalowej tabliczce umieścić nazwę fundatora. Nie dlatego, że ktoś potrzebował pozostawić po sobie dowód własnej hojności. Człowiek brał krzyż na ramiona, niósł go pod górę i zostawiał pośród innych, często bez nazwiska, bez historii i bez oczekiwania, że ktokolwiek dowie się, ile kosztował go ten gest. Przynosił ze sobą chorobę, strach, wdzięczność, rozpacz albo nadzieję. Tego już nie wiedziałem.
I wtedy usłyszałem głos.
Najpierw chyba nawet nie zrozumiałem, skąd dochodzi. Płynął gdzieś spomiędzy drzew, ponad polaną, ponad krzyżami i ponad cerkwią. Czysty, spokojny, niemal pozbawiony ludzkiego wysiłku. Po chwili dołączyły do niego następne i narodziła się harmonia tak doskonała, że przestałem patrzeć na architekturę.
Siedziałem i słuchałem.
Nie wiem jak długo. W takich chwilach czas przestaje być czymś, co człowiek mierzy zegarkiem. Wiem tylko, że ten śpiew chwycił mnie za gardło i odebrał potrzebę komentowania czegokolwiek. Można znać technikę śpiewu, rozumieć wielogłosowość, mówić o akustyce, barwie i harmonii. Można wszystko rozebrać na części i nadać każdej z nich odpowiednią nazwę.
Tylko po co?
Dla mnie był to wtedy anielski chór.
Nie dlatego, że naprawdę wierzyłem, iż pomiędzy sosnami ukryły się anioły. Być może po prostu zabrakło mi lepszego określenia na coś tak czystego, że człowiek przez chwilę nie chce tego dotykać rozumem. Jeszcze kilka minut wcześniej oceniałem cerkiew, porównywałem jej bryłę z innymi świątyniami i zastanawiałem się, czy Święta Góra nie została trochę przereklamowana przez tych, którzy opowiadali mi o niej wcześniej. Teraz było mi zwyczajnie głupio.
Bo znowu patrzyłem na opakowanie.
W Mediolanie popełniłem dokładnie ten sam błąd.
Patrzyłem na La Scalę i widziałem budynek. Na Grabarce również patrzyłem na cerkiew i widziałem budynek. Tymczasem ani La Scala nie jest tylko teatrem, ani Grabarka nie jest tylko polaną z drewnianą świątynią pośrodku. Ich wielkość znajduje się gdzie indziej.
W La Scali są nią głosy.
Na Grabarce również.
Jedne należą do ludzi, którzy przez lata ćwiczyli każdy oddech, każdą frazę i każdą nutę, aby pewnego wieczoru stanąć przed najbardziej wymagającą publicznością. Drugie należą do ludzi śpiewających modlitwę pomiędzy sosnami. Jedni przyjeżdżają do Mediolanu, aby zmierzyć się ze swoim talentem. Drudzy przychodzą na podlaską górę, aby zmierzyć się ze swoją słabością.
A przecież w obu miejscach chodzi chyba o to samo.
O prawdę.
La Scala nie wybacza przeciętności artyście, który uwierzył, że nazwisko wystarczy, aby być wielkim. Grabarka nie potrzebuje przepychu, aby przekonać człowieka, że stoi w miejscu świętym. Jedna odbiera złudzenia tym, którzy pomylili pychę z wielkością. Druga odbiera złudzenie, że świętość potrzebuje monumentalnej oprawy.
Może dlatego obie tak łatwo rozczarowują przy pierwszym spotkaniu.
Nie oferują wielkości gotowej do sfotografowania.
Duomo można objąć szerokim kadrem i przywieźć do domu na karcie pamięci. Monumentalną bazylikę można sfotografować tak, aby człowiek stojący przed nią wydawał się maleńki. Można pokazać złocenia, marmury, kopuły, wieże i powiedzieć: patrzcie, jakie to wielkie. Znacznie trudniej sfotografować ciszę widowni na sekundę przed pierwszą nutą. Jeszcze trudniej sfotografować chwilę, gdy zmęczony rowerzysta siedzący na zwyczajnej ławce nagle przestaje widzieć niezbyt zachwycającą go cerkiew, ponieważ spomiędzy drzew dociera do niego śpiew.
Tego nie da się przywieźć na fotografii.
Można tylko pamiętać.
I może właśnie pamięć jest najlepszą miarą wielkości miejsca. Nie wysokość wieży, powierzchnia budynku ani liczba ton marmuru użytego do jego budowy. Wielkie jest miejsce, które po latach potrafi wrócić do człowieka za sprawą jednego dźwięku, zapachu albo wspomnienia. Miejsce, przy którym nie pamiętamy już nawet dokładnie, jak wyglądało, lecz doskonale pamiętamy, co wtedy poczuliśmy.
La Scala i Grabarka.
Mediolan i Podlasie.
Światowa stolica opery i polana pośród sosnowego lasu. Dwa miejsca, których właściwie nie powinno się ze sobą porównywać, a jednak im dłużej o nich myślę, tym bardziej wydają mi się do siebie podobne. Oba mówią człowiekowi coś, czego najwyraźniej ciągle nie potrafimy zapamiętać.
Wielkość nie potrzebuje wielkiego budynku.
Czasami wystarczy głos.
Głos, który pewnego wieczoru zatrzymuje oddech kilku tysięcy ludzi siedzących w czerwonych fotelach mediolańskiego teatru. Albo głos płynący między koronami podlaskich sosen, który zatrzymuje jednego zmęczonego rowerzystę siedzącego na ławce.
I naprawdę nie wiem, który z nich był większy

Z notatek SkrybyKomu potrzebna jest ta potęga?Nie wiem, czy szukał Boga. Być może szukał tylko siebie. Do Mediolanu przy...
11/08/2026

Z notatek Skryby
Komu potrzebna jest ta potęga?

Nie wiem, czy szukał Boga. Być może szukał tylko siebie. Do Mediolanu przyjechał jak tysiące innych ludzi. Chciał zobaczyć miasto, przejść się jego ulicami, napić się kawy, stanąć przed słynną katedrą, którą wcześniej znał tylko ze zdjęć. Nie odbywał pielgrzymki i nie oczekiwał żadnego objawienia. Był po prostu człowiekiem trochę pogubionym, może bardziej, niż chciał przed sobą przyznać, który przez wiele lat nauczył się radzić sobie z życiem, lecz wciąż nie nauczył się odpowiadać na kilka najprostszych pytań.
Kiedy stanął przed Duomo, poczuł zachwyt. Bo trudno go nie poczuć. Tysiące rzeźb, las kamiennych iglic, jasny marmur, ogrom i świadomość, że kolejne pokolenia ludzi poświęcały temu miejscu swój talent, pracę, pieniądze, a czasem całe życie. Patrzył długo, próbując ogarnąć wzrokiem coś, czego wzrokiem właściwie ogarnąć się nie dało. A gdy wszedł do środka, zrobił to, co niemal wszyscy wchodzący do wielkich świątyń. Podniósł głowę.
I właśnie wtedy pojawiło się pytanie, którego się nie spodziewał.
Komu potrzebna jest ta potęga?
Bogu?
Próbował odsunąć tę myśl, bo wydawała mu się niestosowna, może nawet niesprawiedliwa wobec ludzi, którzy przez stulecia dawali Bogu to, co mieli najlepszego. Talent kamieniarzy i rzeźbiarzy, wiedzę budowniczych, pieniądze możnych, pracę tysięcy zwykłych ludzi. Jedni rozpoczynali dzieło, którego końca nie mogli zobaczyć, inni podejmowali pracę swoich ojców i dziadów. Wznosili mury coraz wyżej, kamień po kamieniu, jakby chcieli powiedzieć:
Boże, to w imię Twojej wielkości zrobiliśmy.
Tylko czy na pewno chodziło wyłącznie o Niego?
Stał pośród tego ogromu i coraz mniej był pewien, gdzie kończy się zachwyt człowieka nad wielkością Boga, a gdzie zaczyna zachwyt nad własną potęgą. Widział geniusz, ambicję, cierpliwość i upór. Widział wiarę, bo przecież bez niej trudno byłoby przez pokolenia budować coś, czego ukończenia wielu budowniczych nigdy nie miało zobaczyć. Ale dostrzegał również coś jeszcze, znacznie bardziej ludzkiego i dlatego może tak dobrze mu znanego.
Próżność.
Odwieczne pragnienie pozostawienia po sobie śladu, który okaże się trwalszy od naszego życia. Potrzebę udowodnienia, że potrafimy wznieść się wyżej niż inni, zbudować piękniej, bogaciej, wspanialej. Może nie było w tym niczego złego. Może właśnie tacy jesteśmy. Tylko dlaczego człowiek, chcąc opowiedzieć o wielkości Boga, tak często czuje potrzebę pokazania również własnej?
I wtedy pomyślał o Podlasiu. O swoim ukochanym Podlasiu.
Przez lata przemierzał je na rowerze. Setki, może tysiące kilometrów bocznymi drogami, którymi mało kto jeździł. Mijał wsie, których nazw nie znali ludzie mieszkający kilkadziesiąt kilometrów dalej. Jechał przez pola i lasy, przez niewielkie miejscowości, w których życie zdawało się płynąć własnym rytmem, niezainteresowane pośpiechem większego świata. Zatrzymywał się przy drewnianych kościołach i niewielkich cerkwiach, czasem dlatego, że chciał je zobaczyć i sfotografować, a czasem tylko po to, żeby odpocząć. Opierał rower o płot, siadał na ławce pod drzewem, pił wodę z bidonu i słuchał ciszy.
Wtedy nie zastanawiał się nad Bogiem.
A przynajmniej tak mu się wydawało.
Pamiętał skrzypienie drewnianej podłogi, zapach starego drewna i wosku. Pamiętał niewielkie okna, przez które wpadało światło, stare ikony w cerkwiach i obrazy w wiejskich kościołach. Czasami wnętrza były skromne, czasami pełne kolorów, złoceń i ludowej potrzeby ozdabiania tego, co uznano za święte. Niekiedy nikogo nie było. Żadnego przewodnika, żadnej kolejki, żadnych telefonów uniesionych nad głowami. Za ścianą szumiały drzewa, gdzieś zaszczekał pies, zaterkotał traktor i po chwili znowu robiło się cicho.
Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek zadawał tam wielkie pytania. Właściwie najczęściej nie zadawał żadnych. Wchodził spocony po kilkudziesięciu kilometrach jazdy, czasem zmęczony, czasem zły na siebie albo na świat, czasem zwyczajnie ciekawy wnętrza, które kryło się za drewnianymi drzwiami. Siadał na chwilę w ostatniej ławce i pozwalał odpocząć nogom. Być może właśnie dlatego nigdy nie przyszło mu do głowy, że dzieje się tam coś więcej niż zwyczajny odpoczynek człowieka będącego w drodze.
Dopiero stojąc w Mediolanie zrozumiał, że w tych małych świątyniach nigdy nie miał potrzeby podnoszenia głowy.
Mógł ją pochylić.
Do modlitwy, choć nie zawsze się modlił. Do rozmowy ze Stwórcą, choć nie zawsze wiedział, czy potrafi z Nim rozmawiać. A może tylko do rozmowy ze sobą samym, tej najtrudniejszej, od której człowiek przez znaczną część życia potrafi skutecznie uciekać.
I nagle przestał być pewien, gdzie przez wszystkie te lata znajdował się bliżej Boga. Tutaj, pośród marmurów, pod sklepieniem będącym jednym z największych osiągnięć człowieka, czy wtedy, gdy spocony po kilkudziesięciu kilometrach jazdy otwierał drzwi małego drewnianego kościoła gdzieś na końcu podlaskiej drogi. A może pytanie od początku było źle postawione? Może Boga nie było więcej ani tutaj, ani tam. Może to człowiek w jednym miejscu potrafił być bliżej Niego, a w drugim bardziej zajęty samym sobą.
Może nigdy Go tam nie szukał.
Może właśnie dlatego czasami był tak blisko.
Nie znalazł odpowiedzi w Mediolanie. Wyszedł z katedry równie zagubiony, jak do niej wszedł, może tylko trochę mniej pewny swoich wcześniejszych przekonań. Nie chciał oskarżać ludzi, którzy wznosili katedry. Nie chciał również udawać, że skromny drewniany kościół z podlaskiej wsi jest z samej swojej natury miejscem świętszym niż mediolańskie Duomo. Piękno nie musi przecież oddalać od Boga, tak samo jak ubóstwo nie musi do Niego prowadzić.
A jednak pytanie pozostało.
Dlaczego człowiek, chcąc opowiedzieć o wielkości Boga, tak często musi najpierw pokazać własną?
Może potrzebujemy katedr właśnie dlatego, że jesteśmy ludźmi. Potrzebujemy ogromu, żeby poczuć własną małość. Kamiennych sklepień, żeby unieść głowę. Światła wpadającego przez witraże, muzyki organów i przestrzeni większej od wszystkiego, co znamy z codziennego życia. Może przez stulecia wznosiliśmy te wszystkie świątynie nie dlatego, że Bóg ich potrzebował, lecz dlatego, że potrzebowaliśmy ich my.
Tylko że jemu przypomniało się wtedy zupełnie inne miejsce.
Rower oparty o drewniany płot. Niewielka cerkiew pomiędzy starymi drzewami. Zapach nagrzanej słońcem trawy i chłód, który czuł po wejściu do środka. Skrzypnięcie deski pod butem, kilka płomyków świec i cisza, której nikt nie próbował wypełniać. Przypomniał sobie siebie siedzącego samotnie w ostatniej ławce, bez wielkich słów, bez próśb i bez potrzeby udowadniania czegokolwiek.
Nie wiedział wtedy, że zapamięta tę chwilę.
Nie wiedział nawet, że była ważna.
Tamten człowiek nie miał Bogu niczego do pokazania. Nie miał marmuru, strzelistych wież ani kamiennych figur. Nie miał nawet szczególnie mądrych słów, którymi mógłby usprawiedliwić swoje pojawienie się w tym miejscu. Miał tylko zmęczone nogi, rower zostawiony przed świątynią, własne życie z jego błędami, pytaniami i sprawami, których mimo upływu lat wciąż nie potrafił uporządkować.
I może właśnie tyle wystarczało.
Boże... jestem.

Z kroniki SkrybySkryba ma pewien kłopot. Kiedy pisze o własnych książkach, powinien zapewne zachować należytą skromność,...
09/08/2026

Z kroniki Skryby

Skryba ma pewien kłopot. Kiedy pisze o własnych książkach, powinien zapewne zachować należytą skromność, spuścić wzrok na kałamarz i powiedzieć jedynie, że oto są, powstały i jeśli ktoś zechce po nie sięgnąć, będzie mu miło. Tyle że od pewnego czasu Czytelnicy przysyłają mu słowa, wobec których trudno przejść obojętnie. Nie dlatego, że chwalą autora, lecz dlatego, że opowiadają, co te książki robią z ludźmi, którzy je otwierają.

O Revenancie jedna z Czytelniczek napisała krótko: „Jak się czyta? Za szybko...” Potem dodała ostrzeżenie, że kiedy już zaczniecie, przepadniecie, bo każde opowiadanie wciąga i prowadzi gdzieś pomiędzy historię, fikcję, magię i wyobraźnię. Najbardziej ucieszyło jednak Skrybę wyznanie pozostawione niemal na końcu: „Czuję niedosyt... chcę więcej". Trudno chyba wymyślić dla książki lepszą recenzję niż żal Czytelnika, że właśnie zabrakło następnej strony.

Z „Cichą kobietą. Opowieściami pałacowymi” stało się coś zupełnie innego. Jedna z Czytelniczek wyznała, że „po każdym opowiadaniu musiała zrobić przerwę”, ponieważ historie zmuszały ją do przemyślenia tego, co właśnie przeczytała. Ktoś inny zauważył, że tragedie zawsze towarzyszyły ludziom, a prawdziwe charaktery ujawniają się właśnie wtedy, kiedy przychodzi czas trudnych wyborów. Pałace, dwory, Podlasie czy Mazowsze pozostają więc tylko dekoracją, za którą są ludzie, ich lęki, miłość, słabości i decyzje.

Na półce Kuryera Dworskiego stoją zatem dwie książki trochę do siebie podobne, a jednak czytane zupełnie inaczej. Jedną podobno trzeba odkładać, żeby pomyśleć. Drugą trudno odłożyć, dopóki nie zabraknie stron. Obie opinie mówią Skrybie coś znacznie ważniejszego: „po zamknięciu książki opowieść jeszcze przez jakiś czas trwa w Czytelniku".

A przecież chyba właśnie po to opowiada się historie.

Skryba Kuryera Dworskiego

Jest i w moim rodzinnym Zambrowie. Można ją wypożyczyć, poczytać. Dziękuję
29/07/2026

Jest i w moim rodzinnym Zambrowie. Można ją wypożyczyć, poczytać.
Dziękuję

Krzysztof Raducha (rocznik 1963) – pochodzący z Zambrowa, z pozoru zwyczajny człowiek, który po prostu wsiada na rower i jedzie przed siebie. Najczęściej na Podlasie, choć jego trasy prowadzą także przez Mazowsze, Lubelszczyznę czy Podkarpacie. Nie szuka wielkich atrakcji. Zatrzymuje się tam, gdzie inni zwykle przejeżdżają obojętnie. Przy ruinie, przy kapliczce, w miejscu, o którym świat zdążył już zapomnieć.

Robi zdjęcia. Słucha historii. Z drobiazgów składa opowieści.

Na blogu Kuryer Dworski , gdzie pisze jako Skryba, od lat zapisuje to, co łatwo przeoczyć – ślady dawnych światów, ludzkie losy i ciche miejsca, które wciąż coś w sobie przechowują.

Jego wcześniejszy zbiór Cicha kobieta – opowieści pałacowe prowadził czytelników przez dwory i pałace, pokazując historie kobiet uwięzionych w świecie konwenansów, zależności i przemilczeń.

Revenant idzie o krok dalej.

To opowieści o samotności, potrzebie bliskości, utracie, depresji i akceptacji. O ludziach próbujących odnaleźć siebie pośród wspomnień, win i niespełnionych pragnień. Historie ubrane w kostiumy różnych epok i miejsc, ale dotykające spraw zaskakująco bliskich współczesnemu człowiekowi.

Bo niezależnie od czasu i miejsca człowiek wciąż odbywa tę samą podróż – przez pamięć, lęk, miłość i własne życie. A jak mówi autor, każda podróż zaczyna się od jednego kroku. I nie zawsze prowadzi tam, gdzie chcielibyśmy dojść.

Zapraszamy do naszej biblioteki. Ta książka już czeka na Ciebie!🙂📖

Kiedyś usłyszałem słowa, które zostały ze mną na zawsze."Jeśli choć jedna osoba Cię czyta, to pisz. Pisz choćby dla niej...
28/07/2026

Kiedyś usłyszałem słowa, które zostały ze mną na zawsze.

"Jeśli choć jedna osoba Cię czyta, to pisz. Pisz choćby dla niej".

Nie wiem, ile osób sięga po moje książki. Wiem natomiast, że wciąż są ludzie, którzy lubią usiąść z książką, przewrócić kolejną stronę i pozwolić, by opowieść lub obraz zatrzymały ich na chwilę. To właśnie dla nich warto pisać.

Wielu z Was zna już "Cichą kobietę – opowieści pałacowe" i "Revenanta", ale chciałbym przypomnieć także o albumach, którym poświęciłem równie wiele czasu i serca.

To podróże przez Podlasie, Mazowsze oraz wschodnią i centralną Polskę. Dziesiątki miejsc, setki fotografii i gawędy, które powstawały z zachwytu nad tym, co często mijamy obojętnie. Dziś coraz częściej wracam do tych albumów, bo odnajduję w nich obrazy świata, którego już nie ma. Drewniane domy zniknęły, cerkwie otrzymały nowe barwy, stare drzewa ustąpiły miejsca asfaltowi, a wiele miejsc zmieniło się nie do poznania.

Mówi się czasem, że czasu nie da się zatrzymać. To prawda. Można jednak zachować jego ślad. I właśnie tym są dla mnie te albumy – próbą ocalenia od zapomnienia fragmentów krajobrazu i codzienności, które niepostrzeżenie odchodzą.

Jeśli zechcecie do nich zajrzeć, znajdziecie je:

📚 w księgarni Puszczyk – szczególnie wygodnej dla bibliotek i instytucji, które potrzebują faktury:
https://www.puszczyk.sklep.pl/Krzysztof-Raducha/pr/9989

📖 oraz w mojej autorskiej księgarni Kuryera Dworskiego:
https://kuryerdworski.pl/index.php/sklep/

Być może uda się Wam odnaleźć w tych fotografiach miejsce, które pamiętacie z dzieciństwa. A może takie, którego już nigdy nie zobaczycie w tej samej postaci.

Mówią, że nie wypada chwalić się własnym dziełem. Być może coś w tym jest. Z drugiej strony, gdybym nie opowiedział o Re...
26/07/2026

Mówią, że nie wypada chwalić się własnym dziełem. Być może coś w tym jest. Z drugiej strony, gdybym nie opowiedział o Revenancie, nikt nie dowiedziałby się, jak naprawdę powstała ta książka.

Choć nazwisko na okładce jest tylko jedno, Revenant nie narodził się wyłącznie przy moim biurku. To książka, która powstała z wielu rozmów, sporów, wątpliwości i niekończących się dyskusji.

Ja dałem początek tym opowieściom. Jedne publikowałem przez lata na łamach Kuryera Dworskiego, inne po napisaniu trafiały do mojej prywatnej szuflandii. Sądzę, że wiele z nich pozostałoby tam na zawsze, gdyby nie kilka osób, które uparcie powtarzały, że szkoda je zostawić. To dzięki nim wróciłem do tekstów napisanych nieraz wiele lat wcześniej. Poprawiałem je, zmieniałem, czasem pisałem od nowa. Jedne dojrzały. Inne okazały się słabsze, niż wydawało mi się w chwili ich powstania.

I wtedy zaczęła się praca, której Czytelnik zwykle nie widzi.

Autor bardzo łatwo przyzwyczaja się do własnego stylu. Nie dostrzega powtarzanych zwrotów, nie widzi miejsc, które należałoby skrócić, ani zdań, które wymagają przebudowania. Potrzebuje kogoś, kto spojrzy na tekst świeżym okiem.

Taką osobą była Kinga Dolczewska.

To ona podjęła się najtrudniejszego zadania - nie tylko poprawiania języka, interpunkcji czy stylistyki, ale przede wszystkim zbudowania z kilkunastu opowiadań jednej książki. Bo zbiór opowiadań nie jest przypadkowym zestawem tekstów. Powinien mieć swój rytm, własny oddech i prowadzić Czytelnika od pierwszej do ostatniej strony. Niektóre opowiadania wróciły więc do szuflady. Nie dlatego, że były złe, ale dlatego, że nie pasowały do świata Revenanta. Inne zostały przepisane niemal od początku. Były też takie, które sam odrzuciłem, uznając, że nie dorastają do poziomu pozostałych.

Czy wybory były słuszne? Tego już nie mnie oceniać.

Jest jeszcze jedna osoba, bez której ta książka wyglądałaby inaczej.

Justyna.

To właśnie ona swoim nieustannym uporem i nieco szalonymi pomysłami popchnęła mnie w stronę opowieści o mroczniejszej stronie ludzkiej natury. Jeśli więc ktoś zapyta, gdzie podział się dawny śmieszek i kpiarz, odpowiem: nigdzie nie zniknął. Nadal siedzi we mnie i od czasu do czasu przemyca do opowiadań odrobinę przewrotnego humoru. Choćby w historii Janko z małym fletem. Ku mojemu zaskoczeniu ani Kinga, ani Justyna nie wykreśliły jej z książki. A dla tych, którzy jeszcze o niej nie słyszeli - to jedna z toruńskich legend.

Czy warto sięgnąć po Revenanta?

Ja żyję tym światem od kilku lat. Wiem też, że nie wszystkie powroty są dobre. Są wspomnienia, do których człowiek nie chciałby już nigdy wracać, a jednak wracają. Właśnie o tym jest ta książka. Nie odkrywa kamienia filozoficznego ani nie próbuje udzielać prostych odpowiedzi. Pokazuje jedynie świat takim, jakim często jest naprawdę - po zdjęciu ładnego opakowania.

Czy odnajdziecie w nim cząstkę własnego życia?

Tego już nie wiem.

Jeśli jednak zdecydujecie się otworzyć Revenanta, będę wdzięczny za każdą opinię. Za słowa uznania, ale również za krytykę. To właśnie rozmowy z Czytelnikami sprawiają, że książki żyją dłużej niż dzień swojej premiery.

Do zobaczenia na kartach Revenanta.

Piękno często bywa złudne.Patrzymy na stare pałace, zachwycamy się ich architekturą, zadbanymi parkami i spokojem, który...
17/07/2026

Piękno często bywa złudne.

Patrzymy na stare pałace, zachwycamy się ich architekturą, zadbanymi parkami i spokojem, który zdaje się trwać od pokoleń. Rzadko zastanawiamy się, ile niewidocznych rys kryje się pod tynkiem. Jeszcze rzadziej dostrzegamy, że podobnie jest z ludzkim życiem.

Najtrwalsze mury nie rozsypują się w jednej chwili. Najpierw pojawia się drobna rysa. Potem następna. Przez długi czas niemal nikt ich nie zauważa, aż przychodzi dzień, kiedy nie można już udawać, że wszystko jest w porządku.

Czy z miłością nie dzieje się podobnie? Czy potrafimy dostrzec pierwsze pęknięcia, zanim staną się przepaścią nie do przebycia? A może, zajęci codziennością, widzimy je dopiero wtedy, gdy jest już za późno?

Dziś zapraszam Was do Łężan, a właściwie do dawnego Lossainen. Na spacer po parku otaczającym pałac, który stał się tłem opowieści „Rysy na murze”. To historia dwóch kobiet, które dzieli niemal sto lat, lecz łączy doświadczenie cichego oddalania się od człowieka, którego kiedyś kochały.

To nie jest opowieść o duchach.

To opowieść o tym, że największe pęknięcia najczęściej pozostają niewidoczne.

Jeśli lubicie historie skłaniające do refleksji, bliskie klimatowi „Revenant”, zapraszam do lektury.

https://kuryerdworski.pl/index.php/rysy-na-murze/

Pierwsi Czytelnicy mają już w swoich rękach moją najnowszą książkę, noszącą tajemniczy tytuł Revenant.To dla autora szcz...
16/07/2026

Pierwsi Czytelnicy mają już w swoich rękach moją najnowszą książkę, noszącą tajemniczy tytuł Revenant.

To dla autora szczególny moment. Przez wiele miesięcy książka żyje wyłącznie w jego świecie. Powstaje powoli, dojrzewa, zmienia się. Niekiedy jedno opowiadanie trzeba napisać od nowa, innym razem usunąć fragment, do którego człowiek zdążył się już przywiązać. Zanim jednak książka trafi do drukarni, przychodzi etap, o którym mówi się znacznie rzadziej.

Tekst trafia w ręce redaktora i przestaje być wyłącznie dziełem jednej osoby.

W przypadku Revenant miałem ogromne szczęście współpracować z Kingą Dolczewską. To dzięki jej wnikliwości wiele opowiadań nabrało ostatecznego kształtu, a cały zbiór zyskał układ, który prowadzi Czytelnika przez kolejne historie w sposób znacznie bardziej przemyślany. Autor bardzo łatwo przyzwyczaja się do własnego tekstu i po pewnym czasie przestaje dostrzegać jego słabsze strony. Potrzebuje wtedy kogoś, kto spojrzy na niego świeżym okiem, zada niewygodne pytania i zaproponuje rozwiązania, o których sam by nie pomyślał. Dla mnie taką osobą była właśnie Kinga. Dzięki niej Revenant stał się książką lepszą, niż byłby, gdybym próbował dopracować go wyłącznie sam.

Dopiero po tej wspólnej pracy przychodzi dzień, w którym książka opuszcza biurko autora i trafia do Czytelników. Od tej chwili zaczyna żyć własnym życiem.

Nie do mnie należy ocena tego, co znajdziecie na jej kartach. Każdy odbierze ją inaczej, każdy odnajdzie w niej coś własnego albo nie odnajdzie nic. Literatura nie jest matematyką i nie daje jednej, jedynej właściwej odpowiedzi.

Być może znajdą się i tacy, którzy po przeczytaniu Revenant powiedzą, że szkoda było ich czasu albo pieniędzy. Mam tego pełną świadomość i nie zamierzam z tym polemizować. Każda książka znajduje swoich Czytelników i każda mija się z oczekiwaniami kogoś innego. Tak było od zawsze i zapewne zawsze tak będzie.

Jedno wiem na pewno. Każda przeczytana książka zostawia w człowieku jakiś ślad. Czasem zachwyt, czasem wzruszenie, czasem sprzeciw, a czasem jedynie myśl, że następnym razem sięgnie po coś innego. Nawet jeśli nie zawsze się z nią zgadzamy i nie każda historia staje się nam bliska, samo spotkanie z literaturą poszerza nasze spojrzenie na świat.

I chyba właśnie dlatego warto czytać. Bo, jak głosi jedna z moich ulubionych sentencji: Ten, kto czyta, ten żyje.

Jeśli zdecydujecie się sięgnąć po Revenant, będę ogromnie wdzięczny za każdą opinię. Zarówno za słowa uznania, jak i za krytyczne uwagi. Wszystkie są dla mnie cenne, bo pozwalają spojrzeć na własną twórczość oczami drugiego człowieka. A jeśli uznacie, że warto było spędzić z tą książką kilka wieczorów, będzie mi niezwykle miło, jeśli polecicie ją swoim znajomym. Dla autora nie ma większego wyróżnienia niż Czytelnik, który mówi o jego książce innym.

Kilka słów o samym Revenant.

Podobnie jak moja pierwsza książka Cicha kobieta - Opowieści pałacowe, jest to zbiór opowiadań. Tamta opowiadała przede wszystkim o kobietach zamkniętych w świecie konwenansów, społecznych oczekiwań i decyzji podejmowanych za nie. Wielu Czytelników właśnie w ten sposób ją odczytało.

Revenant jest książką bardziej różnorodną. Nadal wiele miejsca zajmują w niej kobiety i ich historie, ale tym razem równie ważne stało się męskie spojrzenie na świat. Jest opowieść o miłości ojca do dziecka, o relacjach między małżonkami, o przemijaniu, tęsknocie, niespełnieniu i próbie odnalezienia siebie na nowo. Są historie poważne, chwilami bolesne, ale są też takie, przy których można się uśmiechnąć.

Tak, są również opowiadania z... Ciechocinka. Nie wiem, czy po ich lekturze nadal będę mile widziany w sanatoriach, ale uznałem, że nie wszystko trzeba opowiadać śmiertelnie poważnym tonem. Znajdziecie też kilka legend związanych z Toruniem oraz jedną opowieść spod Kocka. Lubię, gdy fikcja spotyka się z historią i miejscami, które naprawdę istnieją.

Wiele osób pyta, gdzie można kupić książkę.

Tym razem nie będzie ona dostępna w dużych sieciach handlowych. Dlaczego? Jak mawiają ludzie znający życie: jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to zapewne chodzi o pieniądze. Nie ukrywam, że jako autor wydający książki własnym sumptem muszę patrzeć również na tę stronę całego przedsięwzięcia. Chciałbym, aby jak największa część ceny książki trafiała do tych, którzy poświęcili swój czas i pracę na jej powstanie, a nie do kolejnych pośredników.

Najłatwiej zamówić ją w mojej księgarni autorskiej:
👉 https://kuryerdworski.pl/index.php/sklep/

Revenant jest również dostępny w księgarni Puszczyk, z którą współpracuję od wielu lat. To właśnie ona od dawna użycza swoich półek moim albumom, za co jestem jej ogromnie wdzięczny.
👉 https://www.puszczyk.sklep.pl/

Książkę można również zamówić bezpośrednio u mnie. Z przyjemnością podpiszę każdy egzemplarz, a jeśli będziecie mieli takie życzenie, dopiszę także osobistą dedykację.

Na koniec pozostaje mi już tylko życzyć Wam dobrej lektury.

Mam nadzieję, że wśród tych opowiadań każdy odnajdzie choć jedną historię, która zostanie z nim na dłużej. Bo właśnie dla takich chwil warto pisać.

Adres

Między Mazowszem A Podlasiem
Zambrów
18-300

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Kuryer Dworski umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Ta Organizacja

Wyślij wiadomość do Kuryer Dworski:

Skróty

Udostępnij