07/01/2026
Książka „Wojsko w miasteczku. Na przykładzie K**ka w latach 1817–1830” Justyny Jarosz-Romaniec to opowieść o Polsce, której nikt nie uczy w szkołach. O Polsce z czasów, gdy po Napoleonie pozostały tylko wspomnienia i chociaż mundur polski wciąż nosił jednogłowego orła w koronie, to rozkazy płynęły z Petersburga. To nie praca naukowa, nie rozprawa o strategii i polityce — to raczej reporterska wyprawa w głąb małego miasteczka, w którym historia była codziennością, a codzienność historią. Autorka, z wykształcenia archeolog, z zamiłowania archiwistka z duszą romantyczki, pokazuje, że prowincja też ma swoje legendy, a w garnizonie K**ka tlił się duch całego Królestwa Polskiego.
Już we wstępie Jarosz-Romaniec przyznaje, że uwielbia Jane Austen, mimo że jest jej daleko, do jej stylu — to właśnie ona jest jej patronką duchową. W podobny sposób, jak angielska pisarka obserwowała swoje panny Bennet i oficerów Wickhamów, tak nasza pasjonatka K**ka tropi losy redemptorysty Monety, burmistrza Pacławskiego i sierżanta Glińskiego. Jej K**k to nie tło do bitew, lecz mała scena, na której rozgrywają się codzienne dramaty: zazdrość, kariera, romanse, przekręty i pożary. W świecie, gdzie większość historii pisze się wielkimi literami, ona pisze małymi, z czułością i dociekliwością.
Pierwsze rozdziały stanowią swoisty wstęp metodologiczny, ale utrzymany w tonie gawędy. Autorka wyjaśnia w przystępny sposób rzeczy wiadome naukowcom, ale zwykłym zjadaczom chleba niezbyt, niezbyt już oczywiste. Tłumaczy, że wiedzę o dawnych mieszkańcach można dziś pozyskać z metryk, zapisków sądowych i ... rachunków miejskich. Z pasją opowiada o żmudnej pracy w archiwach, o tym, jak wyłuskiwała nazwiska z pożółkłych kart, jak tropiła losy żołnierzy, ich żon, dzieci i służby. To, co dla naukowca byłoby przypisem, dla niej staje się punktem wyjścia do historii człowieka. Z jej opowieści przebija ton zaangażowania i lekka ironia wobec archiwalnego chaosu: „Rajcy koccy zapisywali jak najmniej, bo im mniej zapisane, tym mniej problemów z przełożonymi”. Bo czyż nie jest odwieczną prawdą, że co oko (zwierzchności) nie widzi, to serce nie boli?
Autorka przybliża tło epoki: czasy po Kongresie Wiedeńskim, gdy Królestwo Polskie stało się formalnie autonomicznym, a faktycznie podporządkowanym Rosji tworem quasi państwowym. To okres, w którym z jednej strony kształtowała się nowoczesna administracja, a z drugiej — powstawały lokalne absurdy. K**k, położony między Lublinem a Wilnem, jawi się jako typowe miasteczko pogranicza: z rynkiem, karczmą, kościołem i pałacem, w którym rezydowali d’Anstettowie, rosyjscy dygnitarze i — jak pisze autorka z przekąsem — „najwyższy rangą szpieg w okolicy”.
Opis pałacu i jego mieszkańców to przykład jej stylu: skrupulatność połączona z anegdotą. Poznajemy kucharki, ogrodników, lokajów, a także notariusza zamieszanego w finansowe przekręty. W tej mikroskali odbija się cała ówczesna Polska — kraj między pokracznym dostojeństwem a drobnym swojskim oszustwem. Autorka niczym przewodnik prowadzi nas na rynek z ratuszem, który wkrótce zostanie wynajęty wojsku, ze studniami, brukiem i karczmą, gdzie toczy się prawdziwe życie. Opisuje plebanię, na której toczy się intryga rodem z powieści, o zazdrości, o zemście i urażonych ambicjach wikariusza.
Jednak główną sceną książki pozostaje magistrat z burmistrzem Stefanem Pacławskim. To postać barwna jak z satyry Gogola. Wolnomularz, urzędnik i oszust w jednym. Autorka kreśli jego portret z wyraźną sympatią do ludzkich słabości — jakby w każdej epoce potrzebny był ktoś, kto „potrafi wszystko załatwić”. Pacławski, dwie żony i kilka afer — oto lokalny teatr w miniaturze. Towarzyszą mu radni, którzy zamiast rządzić, raczej „konsultują się przy kieliszku”. Z takim tłem administracyjnym nawet najsprawniejszy garnizon musiał mieć kłopoty.
Kolejne rozdziały tworzą socjologiczny fresk mieszkańców K**ka według zawodów i pochodzenia — zegarmistrzów, złotników, karczmarzy. Tutejszych chłopów i Żydów. Każdy pojawia się z nazwiskiem, życiorysem, czasem nawet z charakterem. To nie statystyka, lecz panorama miasteczka, które tętniło codziennością. Które pachniało estymą i nad którym unosił się swojski smrodek. Justyna Jarosz — Romaniec pisze o sporach, rabunkach, budowie ubojni, zakupie sprzętu pożarniczego — słowem, o tym, czym żyło miasto między jednym rozkazem dowódcy garnizonu a drugim zarządzeniem burmistrza. W tle przewijają się konflikty z włodarzem miasteczka, plotki o romansach i kronika drobnych katastrof.
W drugiej części książki pojawia się zasadniczy temat: wojsko. Autorka, z wyraźnym entuzjazmem, przygląda się garnizonowi artylerii pieszej, który stacjonował w K**ku przez kilkanaście lat. Żołnierze, jak pisze, byli „zaskakująco czyści i pachnący” — efekt codziennego golenia, cotygodniowej kąpieli w łaźni. Wpajanego obowiązku dbałości o mundur i dyscypliny.
Stawia też ważne pytania. Skąd pochodzili? Z całego Królestwa — od Mazowsza po Galicję, a nawet z zagranicy. Gdzie mieszkali? W pałacu, w karczmach, u mieszczan — gdzie się dało. Ile zarabiali? Niewiele, ale wystarczająco, by wydawać na to, co najważniejsze: wódkę, tytoń i miłość.
Tu Jarosz-Romaniec pozwala sobie na ton niemal felietonowy. Odtwarza codzienność żołnierzy z humorem i szczegółem: dzień zaczyna się o świcie, kończy po nocy, a między musztrą i wartą trzeba znaleźć czas na herbatkę u miejscowej panny. W lazarecie — którego opis jest jednym z najbardziej malowniczych — rządzi doktor Borgoni, cyrulicy i posługacze. Autorka opisuje diety, procedury, szczepienia, a także choroby weneryczne, które zdarzały się częściej, niż by wypadało o tym pisać. Karczmy zaś były „centrum życia publicznego”, gdzie spotykali się żołnierze, oficerowie, pasażerowie dyliżansów i kobiety lekkich obyczajach.
W tle przewijają się dezercje, bo jak zauważa autorka z przekąsem — nie każdy miał naturę bohatera, a dyscyplina bywała bardzo surowa. A wojsko na ogół nie żyje tylko manewrami i musztrami. Ono również się bawi. Wśród rozrywek wymienia bale, polowania i „proszone herbatki”, które w miasteczku o tysiącu mieszkańców urastały do rangi wydarzeń sezonu. K**k, jak widać, żył mundurem i z munduru, z wszystkimi emocjami, jakie ten mundur niósł.
Najciekawsze rozdziały poświęcone są relacjom między żołnierzami a ludnością cywilną. To tutaj autorka najpełniej ujawnia swoje poczucie humoru i reporterski zmysł. Mamy więc podpalenie domu żydowskiego przez żołnierzy, mamy burmistrza patriotę, który niszczy mogiły rosyjskie, mamy też cały wachlarz romansów, związków nieformalnych i bigamii. Autorka nie moralizuje, a raczej notuje z uśmiechem: bo życie pisze swoje regulaminy, niezależnie od carskich dekretów. To w nim na podstawie metryk śledzi statystyki nieślubnych dzieci, a przy okazji pokazuje, że garnizon był źródłem nie tylko dyscypliny, ale i wzrostu populacji. Może to podpowiedź dla współczesnych włodarzy miast i miasteczek, które borykają się z ujemnym przyrostem naturalnym?
Zaskakującym elementem jest wątek badań DNA, który autorka wplata z odwagą i współczesnym zacięciem. To dowód, że historię można badać nie tylko przez dokumenty, lecz także przez genetyczne ślady przeszłości. W świecie, w którym nie było rozwodów, a wielożeństwo uchodziło bokiem, autorka dostrzega w tych związkach coś więcej niż obyczajowe potknięcia, raczej dowód na to, że miłość i pożądanie nie znają granic administracyjnych.
W końcowych partiach książki pojawia się nuta melancholii. Rozdziały o zgonach i emeryturach żołnierzy brzmią jak epitafium dla epoki. Statystyki nic nie mówią, archiwa milczą, a losy ludzi giną w niepamięci. System emerytalny, jak sugeruje autorka, był raczej „projektem propagandowym” niż realną pomocą. Żołnierze odchodzili w zapomnienie, często bez śladu w księgach.
Kulminacją narracji jest oczywiście rok 1830 i wybuch Powstania Listopadowego. Garnizon z K**ka rusza na front; część żołnierzy ginie, część znika w chaosie historii. Dla autorki to moment symboliczny: koniec małej stabilizacji i początek wielkiej zawieruchy, która na zawsze odmieniła miasteczko. Po powstaniu K**k traci swój militarny charakter i wraca do codzienności, z nowymi mitami, z ranami i ciszą po dawnym defiladowym kroku wojaków.
W ostatnich rozdziałach Jarosz-Romaniec wychodzi poza ramy lokalnej kroniki. Z lekką nostalgią pisze o współczesności, o tym, że w jej opowieści można odnaleźć odbicie naszych czasów: biurokracja wciąż kwitnie, społeczeństwo wciąż podzielone, a mundur nadal budzi skrajne emocje. Zamiast morału mamy cichą przestrogę: historia kołem się toczy, tylko nazwiska się zmieniają.
„Wojsko w miasteczku” to książka napisana z sercem lokalnej patriotki i piórem skrupulatnej archiwisty. Nie ma tu taniej, brukowej sensacji ani nudnego akademickiego tonu, jest za to ogromna porcja wiedzy i pasji. Autorka potrafi z metryk chrztu uczynić opowieść o zakazanej miłości, z rachunku miejskiego — o korupcji, a z garnizonowego rozkazu — o ludzkiej naturze. Dzięki niej K**k z lat 1817–1830 ożywa jak w powieści, z mroków wynurzają się eleganccy oficerowie, stateczni mieszczanie, piękne kobiety w długich sukniach i prości żołnierze z wąsami.
To opowieść o tym, że historia nie dzieje się tylko w stołecznych gmachach. A również między prowincjonalnym kościołem, ratuszem i karczmą kryje się tyle samo dramatu, co na polach bitew. I każdy, kto zechce pochylić się nad dawnymi księgami, może odnaleźć własnych bohaterów — swoich „oficerów Wickhamów” i „panny Bennet z K**ka”.
A gdyby tu nie chodziło o K**k, a Zambrów, Węgrów czy inne małe prowincjonalne miasteczko tamtej epoki? Każdy, kto lubi historię, każdy, kto zastanawia się jak żyło się w miastach i miasteczkach Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego powinien sięgnąć po tę publikację.